marca 27, 2018

Dlaczego BOBAS LUBI WYBÓR, a ja nie znoszę kaszy manny? Czyli o rozszerzaniu diety i żywieniu dzieci słów kilka....


Zacznę może trochę od dupy strony, ale mierzi mnie ta sprawa straszliwie, mianowicie KASZA MANNA, według wiedzy zdobywanej przeze mnie na wydziale filologicznym Uniwersytetu Śląskiego przez lat 5, potwierdzoną definicją SJP w przypadku znanym wszystkim jako dopełniacz, odpowiadającym na pytanie kogo? czego? brzmi nie mniej nie więcej jak KASZY MANNY!  a nie do jasnej cholery kaszy mannej!!! Toż to nie przymiotnik, a rzeczownik jest... No nic, może wstęp mało zachęcający, ale musiałam, bo słyszę i czytam takową odmianę nawet kilka razy dziennie i me filologiczne serce cierpi za każdym razem. Idźmy więc dalej :) Zaczęłam pisać posta w zupełnie innym temacie, jednak od jakiegoś czasu pisuję przesiadując sobie na kawie w McCafe lub innych miejscach publicznych i dziś obserwując młode mamy, będące nieopodal ze swoimi kilkumiesięcznymi maluchami zebrało mi się kilka myśli, które chciałabym Wam przekazać. Jak wiecie (a jeśli nie, to informuję ;)), zdrowe odżywianie to dla mnie sprawa priorytetowa, którą zgłębiam od kilku dobrych lat - mimo więc, że nie mam w tym kierunku wykształcenia, zapewniam Was, że wiedzę mam aktualną, niemałą i zgodną z normami krajowych oraz światowych organizacji zdrowia, wzbogaconą własnymi doświadczeniami oraz wrodzoną skromnością, rzecz jasna :) Nie sięgałam po ten temat wcześniej, czyli przy rozszerzaniu diety Lilii, ponieważ chciałam mieć porównanie z drugim dzieckiem, czy faktycznie te 'rewelacje' dotyczące karmienia dzieci się sprawdzają. Informuję więc, że Grześ parę dni temu skończył rok, a Lilii niebawem stukną 3 lata, co oznacza, że sprawdziłam i podaję jedynie przetestowane na dzieciach informacje. No, ale od początku...



#ROZSZERZANIE DIETY

Temat tak kontrowersyjny i kłótliwy, że zabójstwo Kennedy'ego przy tym wysiada. Nie zamierzam nikogo do niczego namawiać, czy przekonywać, bo wiadomo, że istnieją pewne materie, w których jesteśmy nie do ruszenia, ale mimo wszystko kieruję się w życiu zasadą, że zdobywanie wiedzy to mój ludzki, a przede wszystkim rodzicielski obowiązek i w tym temacie poszerzam ją nieustannie i z całego serca zachęcam Was do tego samego. I powiem Wam, że kilka wytycznych już od rozszerzenia diety Lilii odrobinę się zmieniło. Powiecie, więc, że ta wiedza to jeden wielki kit, bo i tak co chwilę wymyślają coś nowego. NO WŁAŚNIE! I tu Was pewnie zaskoczę, ale wiecie dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, że w czasie kiedy my rodziciele spędzamy beztroski lub koszmarny (jak kto woli) czas z dzieckiem tudzież dziećmi, naukowcy na całym świecie ciągle badają i badają i badają i tak się składa, że coś z tych ich badań (niejednokrotnie mądrego) wynika, dlatego działający na mnie jak płachta na byka slogan A KIEDYŚ TAK BYŁO I BYŁO DOBRZE, uprzejmie proszę o zarchiwizowanie, bo za moich czasów nie było laptopów, komórek, szkieł progresywnych, trzech samochodów w rodzinie i wakacji na końcu świata (bo nasze paszporty trzymali w biurze paszportowym) i wiadomo, że przeżyliśmy i mamy się dobrze, ale chyba nikt wracać do tego by nie chciał. A co do rozszerzania diety, którą to nam rozszerzano rosołem w 3 miesiącu życia, najważniejszy punkt mieści się w jednym zdaniu:

DIETĘ ROZSZERZAMY DZIECKU PO 6 miesiącu życia

A teraz kilka puntów wyjaśnienia dlaczego:


  • tzw. ŻELAZNY ARGUMENT  - mniej więcej po 6 miesiącu życia zaczynają wyczerpywać się zapasy żelaza i cynku zgromadzone w okresie prenatalnym
  • po 6 miesiącu maluch dojrzewa do kolejnego etapu rozwoju. Rozszerzanie diety to nie tylko przyjmowanie pokarmów, ale moment kiedy dziecko rozwija koordynację ręka-oko, ćwiczy umiejętność manipulowania, rozdrabniania oraz połykania jedzenia, co ma ogromne znaczenie przy rozwoju mowy, a także ćwiczy motorykę mniejszą, w czym bardzo pomagają mu 'zabawy' jedzeniem
  • nie należy PRZYSPIESZAĆ żadnych etapów rozwoju dziecka! Więcej o naszej tendencji do przyspieszania pisałam TUTAJ 
  • UKŁAD POKARMOWY - jest bardzo niedojrzały; w fazie rozwoju nieustannie pozostają procesy tworzenia śliny o właściwym składzie enzymatycznym, enzymów trawiennych, koordynacja mięśni przełyku oraz praca żołądka i jelit; ciągle kształtuje się również flora bakteryjna
  • UKŁAD IMMUNOLOGICZNY - jest bardzo słabo rozwinięty, co oznacza, że przeciwciała nie są w stanie poradzić sobie z patogenami oraz alergenami podawanymi z jedzeniem innym niż mleko
  • JELITA - są jeszcze nieszczelne, co oznacza, że wspomniane wcześniej patogeny, alergeny, czy szkodliwe substancje przedostają się do krwioobiegu
  • GOTOWOŚĆ DO JEDZENIA - to, że dziecko interesuje się jedzeniem nie oznacza, że jest gotowe, by przyjmować coś innego niż mleko; po 3 miesiącu życia dziecko zaczyna być coraz bardziej aktywne i interesuje się absolutnie wszystkim, co nie oznacza, że na wszystko mu pozwalamy i dajemy do zabawy nożyczki, bo mu się podobają lub piwo da napicia, bo tak uroczo patrzy na bąbelki. Odruch entuzjastycznego i łapczywego niemalże pożerania łyżeczki z jedzeniem w okolicach 4 miesiąca życia nie jest chęcią jedzenia tylko pierwotnym odruchem szukania piersi, który niemal zawsze błędnie jest interpretowany, jako chęć jedzenia
  • SIEDZENIE - to tak naprawdę najlepszy wyznacznik gotowości do jedzenia, ponieważ dopiero wtedy dziecko powinno zacząć przyjmować posiłki inne niż mleko. Jedzenie na półleżąco jest niedopuszczalne i NIEBEZPIECZNE. Jak pisałam wcześniej dziecko dopiero ćwiczy mięśnie przełyku, a spróbujcie Wy, stare konie, zjeść półpłynny posiłek prawie na leżąco. Nie dotarłam do takich badań, ale śmiem twierdzić, że większy procent niemowląt krztusi się papkami podczas jedzenia na leżąco, niż dzieci jedzące metodą BLW
  • MLEKO MODYFIKOWANE - wytyczne są identyczne, jak przy karmieniu piersią i podając dziecku sztuczną mieszankę również rozszerzamy dietę po 6 miesiącu życia (!), a pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to nawet ważniejsze, ponieważ mleko modyfikowane już samo w sobie wpływa na mikroflorę jelitową i już jest jakąś ingerencją z zewnątrz w niewykształcony układ pokarmowy dziecka, co widać po wadze dzieci karmionych sztucznie - ja doskonale widzę różnicę między Lilą i Grzesiem, mimo że Lilę karmiłam wyłącznie mm dopiero od 4 miesiąca

Większość zwolenników wcześniejszego rozszerzania diety uważa, że ich dzieciom nic się nie dzieje, jednakże bóle brzuszka, infekcje, biegunki, zaparcia, czy wysypki nie biorą się znikąd - jest to jednak sprawa na tu i teraz, którą jakoś da się przeżyć. Najnowsze badania wskazują jednak, że rozszerzanie diety przed 6 miesiącem życia aż 6-krotnie zwiększa ryzyko wystąpienia otyłości, cukrzycy, chorób wieńcowych, AZS czy celiakii. To są właśnie te badania, o których parenaście lat temu nikt nie wiedział, bo najnormalniej w świecie ich nie było. I myślę, że tyle w temacie...



#ŻYWIENIE NIEMOWLĄT i dzieci

Rozszerzanie diety niemowląt to nie temat na jeden miesiąc, ale tak naprawdę na całe życie dziecka. Najbardziej kluczowe dla rozwoju oraz żywienia dzieci są pierwsze 3 lata, w czasie których 'programujemy' metabolizm dziecka oraz uczymy go zdrowych nawyków, które znów mają kluczową rolę w żywieniu, tudzież zdrowiu dzieci w całym ich życiu. A jak wiadomo każdemu rodzicowi zasadniczo zależy przede wszystkim na tym, by ich dziecko było zdrowe, a by takie właśnie było najważniejszym aspektem jest jego zdrowa dieta oraz styl życia. Wiadomo, że zdrowe żywienie nie daje gwarancji, że nasze dziecko nigdy na nic nie zachoruje, ponieważ za to odpowiada również szereg innych czynników, jednakże niejedne badania udowadniają jak kluczową rolę w profilaktyce nowotworowej (na które to statystycznie zapada co 4 Polak), otyłości, alergii, czy chorób układu krążenia odgrywa właśnie zdrowe odżywianie. Zwolenników takiego stylu życia zwykło nazywać się pieszczotliwie ekozjebami, ekowariatami, ekosreko etc., jednakże nie trzeba lansować się w sklepach ze zdrową żywnością, by zdrowo się odżywiać. Nie trzeba również buntując się przeciw tym 'ekosreko' żywić się śmieciami. Jeśli chcecie nauczyć dziecko jedzenia warzyw, owoców i niesięgania po śmieciowe przekąski musicie przede wszystkim zacząć od siebie! I tu jest pies pogrzebany, bo większość z nas nie chce rezygnować z tego, co mu smakuje, jednak jak chcecie wytłumaczyć dziecku, że ma nie jeść słodyczy, chipsów, czy frytek skoro sami w powodzeniem pochłaniacie je prawie codziennie (?). Wiadomo, że czasem nam się zachce, bo i mnie się zachciewa, ale zawsze robię to kiedy dzieci śpią i nigdy nie widziały u nas w domu nawet kawałka batona, czekolady, czy chipsów. Powiecie, że odbieram dzieciom dzieciństwo? W moim odczuciu szczęśliwe dzieciństwo definiuje się nieco innymi kategoriami i nie zauważyłam, by podświadomość Lilii kazała jej być nieszczęśliwą ze względu na niejedzenie czekoladek, które zna i NAWET jada, ale w bardzo sporadycznych sytuacjach i jest to dla niej naprawdę wyjątkowo celebrowana chwila z niewyobrażalnie błogim uśmiechem na twarzy - myślicie, że byłoby tak samo, gdyby miała to zawsze na wyciągnięcie ręki?

O ZASADACH ZDROWEGO ODŻYWIANIA w kontekście odporności pisałam niedawno TUTAJ, jednak powtarzając bardzo skrótową wersję tego pojęcia wygląda ono następująco:

  • kupuj tylko naturalne produkty
  • zrezygnuj lub zminimalizuj zużywanie cukru
  • zwiększ ilość spożywanych warzyw i owoców
  • wyeliminuj z diety produkty PRZETWORZONE, WZMACNIACZE SMAKU, glutaminian sodu, konserwanty i szkodliwe 'E'
  • czytaj etykiety produktów - IM KRÓTSZY SKŁAD tym lepszy produkt
  • dowiedz się więcej i zgłębiaj WIEDZĘ

Jak więc ZDROWO ROZSZERZAĆ DIETĘ niemowlaka?

Po 6. miesiącu życia dziecka można podawać mu praktycznie wszystko. Jest kilka produktów, z którymi ze względów zdrowotnych należy wstrzymać się do 1 roku życia, ale lista jest bardzo krótka i piszę o nich w ostatnim podpunkcie. Zaczynając przygodę z jedzeniem dobrze jest zacząć od WARZYW, które są lekkostrawne, początkowo podając przez 2-3 dni jedno, by sprawdzić, czy nic się nie dzieje i nie ma reakcji alergicznej. Lepiej nie zaczynać od gotowanej marchewki, ponieważ powoduje ona zaparcia. Po warzywach w zasadzie można wprowadzać już całą resztę OWOCE, KASZE, NABIAŁ, MAKARONY - jesteśmy wegetarianami więc nie jemy mięsa, a  nasze dzieci do 1 roku życia również ryb, ale mięso na tym etapie również może już się pojawić. Wiadomo, że nie chodzi o to, żeby dziecko zasypać wszystkimi produktami naraz, ale na spokojnie może próbować już wszystkiego. Dla dziecka każdy nowy smak jest czymś z czym ma do czynienia pierwszy raz w życiu, więc zazwyczaj na początku większość z tych rzeczy nie będzie mu smakować, co nie oznacza, że mamy to wyrzucić z diety. Podobno po zjedzeniu czegoś 5 razy smak ten zaczyna nam się podobać. Jeśli dziecko nie jest jeszcze gotowe nie poganiajmy - moje dzieci zaczęły faktycznie interesować się jedzeniem w okolicy 8 miesiąca. Jeśli wybieramy metodę BLW, o której napiszę za moment najczęstsze pytanie jakie się pojawia to CO DAWAĆ DZIECKU DO JEDZENIA? Wiadomo, że słoiczki, czy gotowe kaszki są wygodne i wystarczy je kupić, zapewniam jednak, że gotowanie dziecku w domu jest tak samo proste, jak gotowanie dla siebie, bo nie gotuje się niczego innego tylko wrzuca w osobnym garnku kilka warzyw na parze, czy makaron w wodzie bez soli. Fakt, że dla siebie również gotuje się zdrowo zdecydowanie ułatwia sprawę, ponieważ wszyscy jedzą niemal dokładnie to samo. Co więc u nas jemy my, dwulatka i roczniak?
  • WARZYWA świeże, gotowane na parze, pieczone w piekarniku, passata z pomidorów, pesto z warzyw, pasty warzywne, strąki, hummus
  • OWOCE świeże, koktajle z owoców, dodawane do kasz, jogurtów, serków, płatków
  • KASZE wszelakie gotowane do śniadań, obiadów, kolacji i na deser jeśli jest taka potrzeba: jaglana, owsiana, jęczmienna, bulgur, komosa ryżowa, orkiszowa, amarantus, ryż
  • MAKARONY białe, pełnoziarniste, z pszenicy durum, czy strąkowe
  • PŁATKI owsiane, jaglane, jęczmienne, gryczane, ryżowe, czy jakie tam jeszcze znajdziecie na rynku - ja mam wrzucone wszystkie do jednego pojemnika i robiąc przysłowiową owsiankę robię miks wszystkiego, a tym samym i miks wartości odżywczych
  • PIECZYWO białe (jest najbardziej lekkostrawne i z niewiadomych powodów uwielbiane przez dzieci), pełnoziarniste, ryżowe, kukurydziane, jaglane etc.
  • NABIAŁ - jogurty naturalne, serki twarożkowe naturalne typu Bieluch, kefiry, serki wiejskie, twaróg, mozzarella (bardziej lekkostrawna niż ser żółty) - najważniejsze to, by w składzie było mleko i ewentualnie kultury bakterii
  • JAJKA - gotowane, jajecznica, omlet, dodawane do ciasta, naleśników, placków etc.
  • NASIONA - słonecznika, pestki dyni, chia - do roku najlepiej je miksować lub blendować, ponieważ łatwo je zainhalować lub się zakrztusić
  • ORZECHY - u nas prym wiodą nerkowce, ponieważ są stosunkowo miękkie i jest to ulubiona przekąska Lilii odkąd skończyła rok; pozostałe rodzaje (laskowe, włoskie, pekan, makadamia, brazylijskie, migdały) mielę i dodaję do różnych posiłków zarówno na słono, jak i słodko
  • PRZYPRAWY - w zasadzie to wszystkie poza solą i ostrymi można dodawać do jedzenia, głównie zup, pesto itp. ponieważ nie muszą one wcale być bez smaku. Ja niemal do wszystkiego dodaję czosnek niedźwiedzi oraz naturalne mieszanki przypraw
  • TŁUSZCZE - masło (bez ograniczeń), oleje najlepiej bogate w kwasy omega 3; u mnie w kuchni zawsze obecny jest kokosowy, lniany i oliwa z oliwek; niezwykle zdrowy dla dzieci jest olej makowy, ale nie jest on zbyt tani oraz raczej ciężko dostępny
  • MĄKI - jeśli pszenna to z pełnego przemiału, ale równie często używam żytniej, orkiszowej, jaglanej, czy kokosowej - z mąki najczęściej robię naleśniki lub różnego rodzaju placki

W sytuacji kiedy rozszerza się dietę drugiemu dziecku sprawa wygląda nieco inaczej, ponieważ trzeba dostosować się do gustów tego pierwszego. Kiedy jest to sprawa nienegocjowalna w kwestii jedzenia dwulatka to lista nieco się zmniejsza. Przy Lilli sporo eksperymentowałam i miałam więcej cierpliwości do 'bawienia' się w kuchni - przy dwójce patrzę na to, by było szybko, smacznie, kolorowo i zdrowo.



#BOBAS LUBI WYBÓR

Sposób rozszerzania diety jest sprawą bardzo indywidualną i z pokolenia na pokolenie pokutowało przekonanie, że dziecku trzeba to jedzenie podać do buzi. Argumentów za taką formą jest kilka:

  • dziecko się zadławi - ważne tutaj jest rozróżnienie dwóch pojęć ZADŁAWIENIE i ZAKRZTUSZENIE - to pierwsze jest bardzo groźną sytuacją, kiedy dziecko najnormalniej w świecie zaczyna się dusić, zanim jednak to nastąpi naturalnym odruchem organizmu jest KRZTUSZENIE, czyli moment kiedy jedzenie utyka w gardle i próbujemy odruchem krztuszenia wydostać je z powrotem do ust - jest to odruch naturalny, zdrowy i każde dziecko musi się go nauczyć
  • niewiadomo ile dziecko zjadło - fakt, że jest to często niemierzalne w przypadku samodzielnego jedzenia, jednakże nie ilość świadczy o tym, czy dziecko zjadło tyle ile powinno, a fakt, czy odpowiednio przybiera na wadze. Nie ma czegoś takiego jak tabele ile gramów, czy mililitrów powinno zjeść dziecko w odpowiednim wieku, ponieważ każde jest inne - jedne mają większe potrzeby i chęci, drugie mniejsze. Dla 30 latków również takie tabele nie istnieją, a dziecko też człowiek, więc powinno samo decydować ile jest w stanie zjeść
  • dziecko będzie niedożywione - o tym fakcie również nie świadczy ilość spożytych posiłków, a badania krwi, które każdemu niemowlakowi powinno robić się regularnie
  • dziecko nie potrafi jeść samo - zapewniam, że potrafi ;)

Pozwolę więc sobie przytoczyć teraz kilka argumentów, które dla mnie są niezwykle ważne w rozszerzaniu diety i nie są to jedynie książkowe slogany, a czysta praktyka, którą doświadczam już drugi raz i która jednoznacznie odpowiada na pytanie dlaczego METODA BOBAS LUBI WYBÓR jest dobra i naprawdę się sprawdza:


  • NATURA - dziecko, które zakończyło jedzenie wyłącznie piersią lub mlekiem z butelki ma naturalny fizjologiczny odruch rozdrabniania dziąsłami pokarmów, które mają jakąś fakturę - w momencie, kiedy przygodę z jedzeniem zaczynamy od papek odruch ten zanika i później dziecko na nowo musi się go uczyć
  • POZNAWANIE I DOŚWIADCZANIE - jedzenie dla małego człowieka, który pierwszy raz ma z nim do czynienia to nie tylko przyjmowanie wartości odżywczych i pochłanianie pokarmów - jest to dla niego przede wszystkim poznawanie nowych smaków, kształtów, faktur, temperatury, miękkości, porowatości, twardości... a dopiero na samym końcu jest najedzenie się, bo wiadomo, że do 1 roku życia najważniejszym posiłkiem jest mleko. Doświadcza ono jedzenia całym sobą, każda pora posiłków staje się porą świetnej zabawy, a stąd już tylko krok to pokochania jedzenia
  • SENSOPLASTYKA - czyli wszystko co napisałam powyżej... zajęcia sensoplastyczne od jakiegoś czasu są bardzo modne i pożądane i bardzo dobrze - sami nierzadko w nich uczestniczymy. Skoro jednak jesteście w stanie płacić niemałe pieniądze za zajęcia, na których dziecko będzie taplać się w kisielu, dotykać kaszy, czy wkładać ręce do ciepłego budyniu możecie te same atrakcje zaserwować mu każdorazowo na talerzu podczas posiłku
  • MOTORYKA MNIEJSZA - żeby zrozumieć jak bardzo istotne dla rozwoju dziecka jest umożliwienie mu samodzielnego jedzenia od samego początku trzeba zobaczyć 7 miesięcznego malucha, który swoimi małymi paluszkami próbuje złapać zielony groszek - i po paru próbach w końcu mu się to udaje! Motorykę mniejszą, czyli zdolności manualne dziecko ćwiczy nieustannie przez długie lata swojego życia - i podobnie jak w przypadku sensoplastyki, wymyślamy zadania, zabawy, kupujemy odpowiednie zabawki, a najlepszego trenera mamy w postaci posiłku. Niemowlęta ćwiczą palce, starsze dzieci jedzenie sztućcami, czy picie z kubka i zapewne nie zdziwi Was, że Lila na swoim roczku potrafiła samodzielnie zjeść tort widelcem - nie oznacza to, że jest wybitną jednostką, a jedynie potwierdza fakt, że w takim wieku maluch może już nabyć taką umiejętność, jednak wcześniej musi się jej jakoś nauczyć.
  • NIEZMUSZANIE DO JEDZENIA - podstawa metody BLW! Bo nie oznacza ona, że łyżeczka jest zabroniona. Grześ początkowo bardzo denerwował się, że nie potrafi sobie poradzić z jedzeniem, dlatego wszelkie zupy, kasze, jogurty itp. łyżeczkowe potrawy podajemy mu łyżeczką, bo widać, że chce jeść, jest głodny, a nie ze wszystkim potrafi sobie poradzić sam - Lila była w tej kwestii bardziej samodzielna. Jednakże nawet wtedy on sam decyduje ile chce zjeść - łyżeczki nie wtykamy dziecku do buzi, ale podnosimy na wysokość ust i jeśli będzie chciało samo po nią sięgnie. Wszystkie stałe pokarmy natomiast dostaje do samodzielnego jedzenia. W przypadku starszych dzieci metoda ta nadal jest aktualna, bo co z tego, że dziecko potrafi jeść już samodzielnie, skoro mając 2 lata postanawia, że nie będzie jadać śniadań i co drugi dzień obiadów, bo powietrze, orzeszki i woda w zupełności mu wystarczą - co robi większość z nas, rodziców? Zmusza do jedzenia, wymyśla nagrody lub kary, denerwuje się, krzyczy na dziecko, robi kwas i psuje rodzinną atmosferę. Co robię ja, wyznająca żywieniową filozofię BLW - wiadomo, że w sercu się wkurzę i czasem trochę pomarudzę, ale zasadniczo ODPUSZCZAM. Skoro nie chce jeść, to znaczy, że nie jest głodna, nie smakuje jej, nie ma na to akurat ochoty, albo zje później. Lila bardzo lubi jeść, ale jak każdy ma dni, że pochłania jedzenie z prędkością światła i sama się dopomina, a są i takie, gdzie faktycznie żyje powietrzem. Póki co ma się dobrze, rozwija się prawidłowo, a badania ma książkowe. Dlatego kluczowe jest wpojenie sobie odruchu nie wciskania dziecku jedzenia i zapamiętania, że dziecko też człowiek i jeść musi, więc jeśli zgłodnieje na pewno przyjdzie i się upomni. Ważne, żeby nie miało pod ręką 'zastępników' w postaci słodyczy, ciastek, czy innych średnio zdrowych 'smakołyków', a warzywa, owoce, czy orzechy, po które zawsze będzie mogło sięgnąć.
  • ŁYŻKA DOZWOLONA - jak najbardziej, pisałam powyżej ;)
  • ZAUFANIE, POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI i SAMODZIELNOŚĆ - to bardzo ważny element tej metody. Każdy rodzic marzy skrycie, by jego dziecko w końcu stało się już samodzielne i nie było potrzeby, by wszystko przy nim robić, jednak bardzo rzadko dajemy mu do tego możliwości uważając, że my zrobimy to lepiej, szybciej i dokładniej. Bez wątpienia tak jest, ale jeśli dziecko ma być samodzielne, to musi się tej samodzielności jakoś nauczyć - może kiedyś uda mi się skrobnąć co nieco o uwielbianej przeze mnie Marii Montessori, ale póki co mogę jedynie napisać, że dziecko nie budzi się pewnego dnia z umiejętnością jedzenia łyżką, sikania do nocnika, smarowania kanapki masłem, ubierania się, czy chowania ubrań do szafy - wiadomo, że im jest starsze tym jego umiejętności motoryczne są większe, a mózg bardziej rozwinięty, jednak zarówno te umiejętności, jak i mózg trzeba trenować. I im więcej możliwości do samodzielności damy dzieciom tym lepiej one się będą rozwijały, więcej frajdy będą miały ze zwykłych czynności, my będziemy mieć więcej świętego spokoju i co najważniejsze buduje to wyjątkową więź z dzieckiem, ponieważ czuje się ono dowartościowane faktem, że obdarzamy je tak dużym ZAUFANIEM, by mogło coś zrobić samo, mimo że jest to wyjątkowo nieporadne i nieraz do granic wytrzymałości naciąga naszą cierpliwość. Idąc tym tropem od maleńkości budujemy w dziecku poczucie własnej wartości, że my rodzice, najważniejsze dla niego istoty, wierzymy w to, że da radę i dopingujmy go w jego staraniach. To co tutaj napisałam jest wyjątkowo ważne w codziennym życiu z maluchami, a metoda BLW pokazuje jedynie, że warto przełożyć te wartości również w obszar, który zajmuje nam najwięcej czasu w życiu, czyli jedzenie.
  • AKTYWNE ŻYCIE W RODZINIE - dla mnie osobiście to bardzo ważny punkt. Dzisiejszy świat bardzo różni się od tego, który ja pamiętam ze swojego dzieciństwa i są pewne wartości, czy przekonania, które pomału się zatracają mimo że są wyjątkowo ważne w rodzinnych relacjach. Dla mnie taką wartością jest STÓŁ. Jest to w moim odczuciu najważniejszy mebel i element każdego domu. Przy nim na kilkanaście minut, czasem długie godziny, a czasem krótką chwilę spotyka się cała rodzina. Nie ma drugiego takiego miejsca! Mamy w domu największy stół jaki udało nam się zmieścić, jemy przy nim wspólnie wszystkie posiłki - w ciągu dnia, niestety raczej brakuje przy nim taty, jednak z tego względu obiad zawsze jemy ok. 16:00, czy nawet 17:00, żeby mógł w nim uczestniczyć. Nie ma opcji, żeby jeść coś na kanapie, w biegu czy nie daj boże przed telewizorem (przed którym jedzenie, nie wiem czy wiecie, prowadzi do zaburzeń odżywiania oraz nadwagi, ponieważ mózg działa w zupełnie innym trybie niż przy świadomym jedzeniu i jest w stanie pochłaniać dużo większe ilości jedzenia). Tak więc w dużym skrócie u nas w domu celebruje się każdy posiłek, nawet jeśli jest to banan i gruszka na deser, czy koktajl owocowy na drugie śniadanie. Bardzo polecam Wam taki system, ponieważ niewiele jest miejsc i momentów w ciągu dnia, by usiąść spokojnie całą rodziną i tak po prostu ze sobą pobyć, porozmawiać, pośmiać się... Lila jest tego nauczona od samego początku, nie jest w stanie wysiedzieć zbyt długo, ale zawsze chociaż na te kilkanaście minut jest przy stole i nie robi tego z przymusu, a nawet sama woła wszystkich na posiłek, który najczęściej przygotowujemy wspólnie. Co do samego BLW i tego co jest w tej kwestii najważniejsze to fakt, że nawet to 7 miesięczne dziecko siedzi wspólnie z całą rodziną przy stole i razem z nią spożywa posiłek. Nie trzeba zajmować się nim specjalnie, dając mu jedzenie łyżeczką do buzi, tylko nawet jeśli ta łyżeczka jest obecna to podaję ją między swoimi kęsami. Buduje to od początku tą ważną relację i poczucie, że ten mały człowiek jest tak samo ważny w społeczeństwie, jak wszystkie 'duże' człowieki i aktywnie w życiu swojej rodziny uczestniczy.
  • ZABAWA - nie ukrywajmy, że pierwsze tygodnie, a czasem nawet miesiące przygody z BLW to dla dziecka niesamowita zabawa, poznawanie kształtów, faktur, smaków, kolorów - tak małe dziecko chłonie to jedzenie całym sobą i świetnie się przy tym bawi o nauce nie wspominając. Spróbujcie posadzić dziecko w krzesełku i dać mu zabawki, a obok jedzenie. Ciekawe co wybierze? ;)
  • PRODUKCJA NIEJADKÓW - nie wiem, czy wiecie, że metoda BLW powstała m.in. jako odpowiedź na problem z dziećmi niechcącymi jeść, potocznie zwanymi niejadkami. I na własnym przykładzie powiem Wam, że zdecydowanie jest to prawda. Są takie momenty, kiedy widać, że Lila nie ma ochoty na jedzenie i przez parę dni żyje swoimi nerkowcami i dziwnymi połączeniami smakowymi, które sama tworzy, ale za to przez kolejne tygodnie nadrabia opędzlowanymi do zera talerzami. Jest to jak najbardziej normalne i spowodowane najczęściej skokami rozwojowymi, czy niekończącym się procesem wyrzynania zębów. Jednakże poza tymi epizodami jeść uwielbia, podobnie jak Grześ, co wynika z faktu świadomości jedzenia. Od początku sami decydują co chcą jeść i ile chcą tego zjeść. Odżywiamy się zdrowo, więc nie ma problemu, by zjadali warzywa, owoce, czy inne 'dziwne' produkty, do których najczęściej robi się podchody, by dziecko chciało je zjeść. Wmuszanie w dziecko jedzenia skutkuje bardzo poważnymi konsekwencjami w przyszłości, a zaburzenia odżywiania oraz złe nawyki żywieniowe są na dzień dzisiejszy normą. Najważniejsza w tym wszystkim jest AKTYWNOŚĆ i fakt, że dzieci nie siedzą biernie wchłaniając to co rodzicielska ręka im poda, a od początku aktywnie uczestniczą w jedzeniu. Badania jednoznacznie wskazują, że dzieci samodzielnie jedzące od początku rozszerzania diety dużo chętniej jedzą w przyszłości, zdecydowanie rzadziej są tzw. niejadkami i najczęściej również odżywiają się zdrowiej. Nikt nie lubi do czegokolwiek być zmuszanym i efekt zawsze w takiej sytuacji jest odwrotny do zamierzonego. Inną kwestią jest fakt, że tam, gdzie jedni rodzice dostrzegają niejadków i załamują ręce, ci drudzy z dużo luźniejszym podejściem do tematu wiedzą, że to całkowicie normalne etapy rozwoju i absolutnie się tym nie przejmują. Nigdy nie rozumiałam takiego patosu jedzenia i pewnie dlatego filozofia BLW od razu przypadła mi do gustu.
  • WYGODA - no i punkt naprawdę istotny jeśli prowadzicie aktywny styl życia i nie lubicie pół życia spędzać, myśląc o jedzeniu. Moje przygotowania do wspólnych posiłków wyglądają tak, że gotuję dla wszystkich to samo. My, rodzice, odżywiamy się w ten sposób, że bez problemu dwulatka może zjeść to samo co my. Grzesiowi gotuję to samo w oddzielnym garnku bez soli, pikantnych przypraw, cukru, czy miodu. Nie muszę martwić się co zjedzą moje dzieci na wycieczce, czy w restauracji, bo zawsze coś odpowiedniego się znajdzie - nigdy nie mieliśmy problemu, by kucharz ugotował np. sam makaron, kaszę, warzywa na parze, czy zrobił naleśnika. Jeśli wyjeżdżamy na dłużej zawsze zabieram drugie śniadanie, czyli owoce, warzywa, jogurt, czy kanapki, które bez problemu zjada również Grześ. Mam koleżanki, które nigdzie dalej się z dzieckiem nie ruszały, albo woziły ze sobą słoiczki sprawdzając wcześniej czy na miejscu będzie, gdzie je podgrzać. Karmiąc dziecko tym samym co jemy sami, spada nam z barków naprawdę duży ciężar martwienia się co, gdzie, kiedy i jak zje nasze dziecko.
Każdemu kto zaczyna, ma chęć zacząć lub szuka rzeczowych odpowiedzi na nurtujące go pytania zachęcam do zapoznania się z książką BOBAS LUBI WYBÓR Tracy Murkett i Gilla Rapley, którą po prostu przeczytać trzeba, ponieważ jest to bardzo mądra i użyteczna pozycja. Moje argumenty są tak naprawdę kroplą w morzu i jeśli choć trochę Was zainteresowały więcej znajdziecie właśnie w tej pozycji lub kilku innych, do których na pewno dotrzecie, jeśli temat Was zainteresuje. Dla mnie podwójna już przygoda z BLW jest naprawdę świetnym doświadczeniem, zupełnie odmiennym od tego co słyszałam o karmieniu niemowląt i małych dzieci. Fakt, że sprzątam kuchnię czasem kilkanaście razy dziennie i za każdym razem doprowadza mnie to do szału, ale w takich przypadkach bardzo przydaje się przyjaciel pies, który odwala za mnie połowę roboty ;)


#GARŚĆ WIEDZY i ciekawostek

o których ja rozpoczynając przygodę z żywieniem dzieci nie wiedziałam, a na pewno taka wiedza, by mi się przydała:

KRZESEŁKO DO JEDZENIA - często pojawia się pytanie: jakie? Wyznaję życiową filozofię MNIEJ ZNACZY LEPIEJ, więc dla mnie odpowiedź jest oczywista: jak najprostszy, co jest bardzo dobrym argumentem, ponieważ będzie to mebel, wymagający bardzo częstego mycia i szorowania, dlatego im prostsza konstrukcja, pozbawiona poduszkowych siedzisk i zagłębień, tym prościej będzie nam utrzymać go w czystości. Krzesełko jest przeznaczone dla dzieci siedzących, dlatego dla mnie niedopuszczalna jest pozycja półleżąca o czym pisałam wcześniej, pomijając fakt, że dziecku będzie w tym po prostu niewygodnie. Zdecydowane szaleństwo ogarnęło rodzicieli na punkcie ikeowskiego krzesełka ATTILOP. Sami również takowe posiadamy, ponieważ łatwo można zabrać je ze sobą, po wyciągnięciu nóg świetnie sprawdza się w kąpieli, jest niedrogie i łatwe w czyszczeniu. Jednakże osobiście nie jestem jego miłośnikiem głównie ze względu na brak podparcia nóg, a jest to istotny element, by dziecku było wygodnie, a pozycja siedzenia była prawidłowa. Z racji tego, że lubię praktyczne ergonomiczne rozwiązania zakochałam się w krzesełkach rosnących wraz z dzieckiem i w takie zaopatrzyliśmy się przy Lilii. W zasadzie trafiliśmy na nie przez przypadek, ponieważ ze względu na wielkość naszego ówczesnego mieszkania szukaliśmy takiego, które będzie zajmowało mało miejsca i wsuwało się pod stół, no i tak trafiliśmy na SAFETY 1ST, który polecamy z całego serca i kolejne niebawem stanie przy naszym rodzinnym stole. W okolicach 1,5 roku Lilli wymontowaliśmy już wszystkie zabezpieczenia i miała normalne, wysokie krzesło, na które - co najważniejsze - sama bez problemu potrafi sobie wejść, a dodatkowo służy nam jako KitchenHelper, ponieważ wygodnie stoi na podnóżku i działa przy kuchennym blacie. Tego typu krzeseł jest na rynku coraz więcej, a jako pierwszy pojawił się podajże Stokke Trip Trap, jednak wpisując w wyszukiwarkę 'krzesełko do karmienia rosnące z dzieckiem' wyskoczy Wam całkiem sporo sensownych pozycji. Polecam więc bardzo, zwłaszcza, że może służyć dziecku nawet do 12 roku życia.

ILE POSIŁKÓW W JAKIM WIEKU - nie ma tabeli, mówiących ile w jakim dziecku powinno zjeść, a jeśli takie znajdziecie wyrzućcie do kosza razem z tabelami kalorii dla siebie ;) Rozpoczynając rozszerzanie diety podajemy dziecku coś na próbę jeden raz dziennie, nie później niż do 18:00, czyli najlepiej w porze śniadania lub obiadu. Po kilku tygodniach możemy wprowadzić kolejny posiłek i tak naprawdę wszystko zależy od samego dziecka, które trzeba obserwować. W okolicy roku dziecko powinno już jadać podobnie jak my, czyli mniej więcej co trzy godziny, 5 posiłków - tak wygląda to książkowo, jednak każdy ma inny rytm dnia. My rodzinnie jadamy 4 posiłki: śniadanie, 2 śniadanie, obiad i kolacja. Raczej nie wskazane są przekąski, jednak czasem siłą rzeczy się one pojawiają, głównie jeśli jest się poza domem, jednak ważne by była to przekąska zdrowa: owoce, warzywa, orzechy, zdrowe 'słodycze' etc.

JAK WYGLĄDA POSIŁEK - najważniejsze i najbardziej wartościowe w ciągu dnia powinny być śniadania oraz obiady i w tych posiłkach powinny znaleźć się warzywa/owoce, nabiał/jaja, węglowodany i tłuszcze, czyli na przykład śniadanie: kasza jaglana, owoce, jogurt naturalny, orzechy lub olej lniany, a na obiad: makaron pełnoziarnisty, sos na bazie warzyw, nasion i jogurtu naturalnego. Drugie śniadanie i podwieczorek powinny się uzupełniać, czyli na jedno owoce, a na drugie np. serek naturalny typu Bieluch; na kolację lepiej unikać owoców, ponieważ poprzez proces fermentacji mogą powodować nocne bóle małych brzuchów - u nas najlepiej sprawdzają się kanapki lub serek, czy jogurt naturalny właśnie. Jest to rzecz jasna w baaardzo dużym skrócie, ale tak to mniej więcej powinno wyglądać i są  to zalecenia dietetyka dla dzieci bezmięsnych.

MUSY owocowe - czyli głównie owoce w tubce, dzieci je lubią, bo są smaczne, rodzice je lubią, bo są wygodne i wszyscy są zadowoleni. I rzecz jasna nie ma w nich nic złego, jeśli mają dobry skład (same owoce, brak cukru) i są spożywane sporadycznie. Gotowy mus, choćby nie wiem jak bardzo genialny skład miał w żaden sposób nie może zastąpić świeżysz owoców i jest żywnością PRZETWORZONĄ. Sami używamy takowych, jednak zawsze jest to przekąska w razie 'wu' którą, podobnie jak owocowe batony zawsze mam w torbie, ale używam w ostateczności, kiedy nie mamy pod ręką nic innego, a Lilę dopadła śmierć głodowa ;)

SŁOICZKI - są wielką miłością wszystkich pediatrów, z jakimi miałam do czynienia i jak jeden mąż wszyscy je polecają, bo badania, bo sprawdzone hodowle, bo zdrowe... Badania na pewno mają lepsze niż żywność w sklepach i hodowle, czy uprawy również są pod większą kontrolą, jednak nie zmienia to faktu, że cała żywność trafiająca do sklepów musi być z miejsc przebadanych i sprawdzonych (zwłaszcza w niemieckich sklepach (Lidl, czy Aldi) gdzie mają dużo bardziej rygorystyczne przepisy, a afery są, były i zawsze będą i w jednej i drugiej branży. Choćby jednak nie wiem jak bardzo idealne były te badania nie zmienia to faktu, że 'słoiczek' również jest żywnością przetworzoną i pasteryzowaną, dlatego codzienne karmienie nimi dzieci wcale takie zdrowe nie jest.

EKSPOZYCJA NA GLUTEN - zgodnie z najnowszymi wytycznymi rozpoczynamy ją tak jak rozszerzanie diety, czyli po 6 miesiącu życia. Nie ma potrzeby, by podawać po łyżeczce kaszy manny po 5 miesiącu, ponieważ ta łyżeczka również jest - zbyt szybkim - rozszerzaniem diety.

EKSPOZYCJA NA ALERGENY - jeszcze parę lat temu zalecało się, by produkty bardziej alergizujące - orzechy, pomidory, truskawki, cytrusy, białko jajka... - podawać dopiero po skończonym roku, jednak najnowsze badania i wytyczne WHO mówią, że im wcześniej będziemy te alergeny podawać tym większa szansa na to, że dziecko alergii mieć nie będzie. Wiadomo, że nie jest to regułą i 'im wcześniej' oznacza oczywiście po 6 miesiącu, ale z czystym sumieniem możecie dać dziecku wszystkie te produkty poza kilkoma z poniższego punktu.

CZEGO NIE JEŚĆ DO 1 roku życia - jest kilka produktów, których do tego czasu absolutnie podawać NIE NALEŻY:

  • miód - ze względu na możliwość zatrucia jadem kiełbasianym; 
  • grzyby leśne - bardzo ciężkostrawne, dlatego nie zaleca się podawania ich nawet do 7 roku życia
  • pieczarki - podobnie jak wyżej, choć są lżejsze od grzybów leśnych, dlatego najlepiej nie podawać ich do 3 roku życia
  • cukier - im dłużej nie będziemy go podawać tym lepiej. Cukier w diecie jest absolutnie zbędny, zważywszy na to, że znajdziemy go praktycznie w każdym produkcie spożywczym nawet warzywach i owocach, dlatego dodatkowe dosładzanie jest kompletnie niepotrzebne i niezdrowe. Cukier w diecie sprzyja cukrzycy, otyłości, jest pożywką dla nowotworów, chorób układu krążenia i tak naprawdę mało jest przypadłości, za które nie jest on odpowiedzialny
  • sól - podobnie jak cukier działa na nasz organizm destrukcyjnie, ale w pierwszym roku życia dziecka jest ona szczególnie niebezpieczna, ze względu na nerki, które nie potrafią sobie jeszcze ze zbyt dużą ilością soli poradzić
  • soki - najnowsze badania wskazują, że zdecydowanie codziennie picie soków przez dzieci poniżej roku, a nawet do 3 roku życia jest bardzo niewskazane ze względu na fruktozę. Pijąc szklankę soku przyswajamy (przykładowo) fruktozę z 3 jabłek, 2 pomarańczy i jednego kiwi - taką szklankę bez większego problemu wypije 1,5 roczne dziecko, ale nigdy nie byłoby w stanie zjeść naraz tyle owoców, dlatego zdecydowanie lepiej jeśli dzieci jedzą owoce, zamiast pić soków
  • mięso i ryby - sporo dietetyków nie poleca podawania dzieciom nawet do 3 roku życia mięsa i ryb z niesprawdzonych źródeł. Jeśli macie możliwość zakupu mięsa tzw. swojskiego jak najbardziej, jeśli jednak zaopatrujecie się w nie w supermarkecie naprawdę lepiej odpuścić, bo znajdziecie tam więcej antybiotyków, chemii i metali ciężkich niż jakichkolwiek wartości odżywczych


BRAK SMAKU POSIŁKÓW - większości wydaje się, że posiłki dla dzieci bez soli, czy cukru są bez smaku i faktycznie tak jest, ale dla nas osób dorosłych. Nasze kupki smakowe przyjmują różne bodźce i smaki od kilkudziesięciu lat, natomiast kupki smakowe dziecka dopiero te smaki poznają. Nie mają one potrzeby wzmacniać smaku, czy dosalać, by zupa była dobra, ponieważ smaki są dla nich tak intensywne, że naprawdę im to smakuje. Bez wątpienia warto przyprawiać dobrymi przyprawami i ziołami, ponieważ są one smaczne i bardzo zdrowe, jednak wierzcie mi, że w żadnym wypadku dzieci nie potrzebują soli, czy cukru, by smakowało im bardziej. Inną sprawą są nawyki i przyzwyczajenie do smaków - moje dzieci od małego jedzą jogurty, czy serki twarożkowe tylko naturalne i często ludzie dziwią się, że im to smakuje - a dlaczego miałoby nie smakować? Znają ten smak od małego i po prostu go lubią. Gdybym zaczęła od podawania im słodzonego jogurtu, który regularnie jedliby przez kilka miesiecy wiadomo, że naturalny by im później średnio smakował. Tak samo jest z nieszczęsną wodą - jeśli podaje się dziecku do picia soczki, herbatki i inne smakowe napoje wiadomo, że woda wypada przy tym blado, jeśli jednak przez pierwszy rok dziecko nic innego do picia nie dostanie i zna tylko wodę chętnie będzie po nią sięgało. Tak właśnie buduje się dobre nawyki żywieniowe - dzieci nie rodzą się z zamiłowaniem do zdrowego jedzenia, mają swoje smaki i upodobania, ale tylko od nas zależy czego nauczymy ich jeść.

NAPOJE - jak pisałam powyżej do 1 roku życia, jedynym słusznym (poza mlekiem) napojem powinna być woda. Jeżeli decydujemy się na podanie szklanki soku, smothie czy koktajlu ZAWSZE musi być on traktowany jako oddzielny posiłek, a nie dodatek do posiłku - z powodzeniem może być to II śniadanie, czy podwieczorek.

SŁODYCZE - albo się je je abo się ich nie je - i tyle. Wmawianie rodzicom, że ich niejedzące słodyczy dzieci są nieszczęśliwe i odbiera się im dzieciństwo jest bzdurą tak wielką, że nawet nie wiem jak to skomentować. My wyznajemy filozofię, że gotowe kupne słodycze są zdecydowanie niepotrzebne nam do życia, co nie znaczy, że kryjemy nasze dzieci pod kurtkami, by w sklepach ich nie widziały. Grześ jeszcze małorozumny w tej kwestii, ale Lila nawet nie czuje takiej potrzeby - jedynym 'słodyczem' który czasem kupuję jest Kinderowskie jajko niespodzianka, ale wiadomo, że to zupełnie inna bajka ;) Po za tym jadamy lody, ciasta, czy rurki z kremem - bez przesady oczywiście i nie codziennie, ale w dobrych sprawdzonych miejscach ich skład jest nieporównywalnie lepszy od pakowanych słodyczy. Jestem miłośnikiem domowych wypieków i słodkości z tego względu, że te gotowe rzadko kiedy są aż tak dobre, ale nie okłamujmy się - matką polką kuchenną to ja nie jestem :)

FLIPSY, HERBATNIKI, BISZKOPTY - z przyczyn mi nie wiadomych te trzy produkty jednoznacznie kojarzą się z dziećmi. Fakt, że kiedyś być może był to jakiś rarytas, patrząc na zawartości ówczesnych sklepowych półek, ale aktualnie jest taka ilość o stokroć lepszych i zdrowszych 'przekąsek', że naprawdę tego nie rozumiem. Herbatniki i biszkopty to całkowicie bezwartościowe wymieszanie mąki pszennej i cukru, a flipsy to najszybsza droga do próchnicy dziecięcej, ponieważ oblepiają zęby i przez długie godziny w takowym oblepieniu się one znajdują. Jest to temat naprawdę ciekawy od strony socjologicznej, co kieruje rodzicem, wybierającym właśnie te trzy produkty ze sklepowych półek. Jeśli macie co tego wątpliwości, da się przetrwać dzieciństwo bez tych produktów i moje dzieci są tego najlepszym przykładem - ale ja zawsze miałam tendencje do robienia w życiu wszystkiego inaczej niż reszta świata :/

WODA - powinna być pierwszym napojem naszego dziecka zaraz po rozszerzaniu diety i pozostać nim najdłużej jak się da. Pradawne powiedzenia już mówiły, że woda jest źródłem życia i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jesteśmy pokoleniem uczącym się pić wody, ponieważ kiedyś w naszej kulturze była ona dla zwierząt, a ludzie powinni pić soki, herbaty, kompoty etc. Wiadomo, wszystko jest dla ludzi i akurat te wymienione powyżej również warto, by w naszej diecie się znalazły, nie zmienia to jednak faktu, że to woda powinna stanowić 90% naszych spożywanych codzień napojów. Niejednokrotnie twierdzi się, że dzieciom woda nie smakuje i pić jej nie będą, a jest z nią tak jak z każdym innym żywieniowym nawykiem - jeśli na dzień dobry nie będziemy dziecku podawać nic innego to oczywistym jest, że wcześniej czy później ją polubi, ponieważ nie zna żadnego innego smaku (poza mlekiem). Żadnej krzywdy tym dziecku nie robimy, a wręcz przeciwnie i tylko konsekwencja jest w stanie wyrobić w nim bardzo dobry nawyk, który zostanie z nim na całe życie. Jeśli zaczniemy podawać dziecku napoje smakowe i słodzone bardzo ciężko będzie nam nauczyć go po jakimś czasie naturalnego sięgania po wodę - jak więc w całej przygodzie z jedzeniem, wszystko jest w naszych rękach.

WARZYWA i OWOCE w zasięgu ręki - najnowsze badania wykazują, że dzieci dużo chętniej sięgają po warzywa i owoce jeśli są one w zasięgu ich ręki, dlatego warto na stole, czy miejscu na wysokości rąk dziecka ulokować paterę z owocami i codziennie (lub co jakiś czas) przygotowywać przekąski warzywno-owocowe również w zasięgu ich ręki. Sprawdziłam i zdecydowanie działa.

PRÓCHNICA - nie jest mitem, a realnym zagrożeniem naszych dzieci. Na jej pojawienie się ma wpływ wiele czynników m.in. geny, na które wpływu nie mamy, jednak w największym stopniu problem ten zależy od nas, rodziców. Więcej o zdrowiu jamy ustnej pisałam jakiś czas temu  TUTAJ, jednak w bardzo dużym skrócie, który ostatnio otrzymałam od naszej dentystki podczas wizyty profilaktycznej najważniejsze jest mycie zębów (wspólne z dzieckiem, tak długo, aż samo nie będzie w stanie myć ich dokładnie, czyli do ok. 5 roku życia), zdrowa dieta i zminimalizowanie spożycie cukrów oraz unikanie trzech zabójczych dla zębów 'przekąsek' - FLIPSÓW oraz gum typu MAMBA, które przyklejają się do zębów i jedynie dokładne ich umycie pozbawia ich towarzystwa przyklejonych do zębów siedlisk bakterii, a zwyczajowo nie myjemy dzieciom zębów po każdym spożyciu tego typu przekąsek oraz LIZAKI, które trzymane w ustach stosunkowo długo (kostka czekolady zjedzona jest w ciągu paru sekund, lizak czasem 'mamlany' jest przez kilkanaście) jest idealną pożywką dla bakterii.

PEDIATRA - temat dość kontrowersyjny, jednak jak się okazuje bardzo poważny. Pediatra zwykł być traktowany jako wyrocznia w sprawach zdrowotnych dziecka i jak najbardziej tak być powinno, jednakże prawda jest taka, że w kwestii żywienia specjalistą on nie jest. Nie bez powodu istnieje specjalizacja zwana dietetyką i nikomu raczej nie przyjdzie do głowy w sprawach naszej diety udawać się do internisty. Podobnie jest przy dzieciach - żywienie dzieci to temat dużo bardziej specjalistyczny i tym bardziej nie rozumiem, dlaczego opieramy się tutaj na wiedzy lekarzy pediatrów, którzy niestety, ale w większości przypadków wiedzą tyle, co i Wy, a czasem nawet jeszcze mniej. Marzy mi się, by pediatrzy faktycznie mieli na studiach pełnowymiarowe zajęcia z dietetyki dziecięcej oraz obowiązek uaktualniania swojej wiedzy, jednakże nie spotkałam na swojej drodze do tej pory lekarza, który naprawdę znałby się na żywieniu dzieci, o czym świadczą ich rady o rozszerzaniu diety po 4 miesiącu życiu, ekspozycji na gluten łyżeczką kaszy manny po 5 miesiącu, zaleceniu żywienia dziecka słoiczkami oraz gotowymi kaszkami. Raz jeden spotkałam lekarkę, która jednoznacznie powiedziała mi, że nie zna się kompletnie na bezmięsnym żywieniu dzieci i sporo mogłaby nauczyć się ode mnie, ponieważ dawno nie widziała tak idealnych wyników badań przy rozszerzaniu diety. Dlatego mój osobisty apel do rodziców małych dzieci - jeśli macie jakiekolwiek problemy żywieniowe z dziećmi lub chcecie uniknąć ich na przyszłość, udajcie się do dietetyka dziecięcego, ponieważ Ci ludzie właśnie w tym się specjalizują. A pediatrom zostawmy to na czym naprawdę się znają, w czym są naprawdę dobrzy i kompetentni, czyli leczeniem naszych dzieci.

KASZA MANNA - no i na koniec odpowiedź na pytanie z tytułu, czyli dlaczego nie znoszę tej nieszczęsnej kaszy manny. Po pierwsze dlatego, że nie lubię jej smaku; po drugie dlatego, że jest produktem podobnym do flipsów, herbatników, czy biszkoptów, który koniecznie z niewiadomych mi powodów 'musi' znaleźć się w diecie dziecka - fakt, że jest lekkostrawna, ale w formie, którą kupujemy ją w sklepach jest to jedyny jej atut; no i po trzecie fakt, że jest bardzo przereklamowana - na rynku dostępne są dziesiątki innych rodzajów kasz, o diametralnie lepszych właściwościach odżywczych; kasza manna, którą kupujemy jest pozbawiona praktycznie całkowicie wartości odżywczych, ponieważ poddawana jest oczyszczaniu i wstępnej obróbce termicznej; wartościowa jest ta nieoczyszczona, razowa, którą zdecydowanie ciężej kupić w sklepach i jest dużo mniej popularna. Kasza manna w naszej diecie praktycznie nie funkcjonuje, a my rodzinnie zdecydowanie jesteśmy miłośnikami kaszy jaglanej ;)


Jak to zazwyczaj u mnie bywa temat się rozciągnął, co oznacza, że wyczerpałam go w stopniu dla mnie zadowalającym. Tym, którzy dotrwali do końca szczerze dziękuję, ponieważ wymagał to ode mnie sporo pracy i czasu, którego wiecznie mi brakuje. Mam również nadzieję, że skoro już dobrnęliście do końca to było to choć trochę wartościowe i pomocne :) Niemniej dla mnie temat żywienia jest niezwykle istotny, ponieważ często nie zdajemy sobie sprawy jak wielki wpływ ma on na cały nasz organizm, zdrowie, odporność, kondycję, koncentrację, wydajność, ogólne samopoczucie i tak naprawdę wiele innych spraw, bo jakby na to nie patrzeć jakość 'paliwa' i konserwacja jest w funkcjonowaniu każdej maszyny najważniejsze. Jak mówi powiedzenie i nawet ponoć jest takowy program w TV - JESTEŚ TYM CO JESZ i jest to najprawdziwsza prawda. Parę lat temu zmarła na raka moja Babcia i był to moment, kiedy zaczytywałam się w publikacjach, dotyczących wpływu diety na profilaktykę m.in. takich chorób jak nowotwory i tak naprawdę dopiero te publikacje uświadomiły, jak bardzo istotny jest to temat. Mój artykuł nie jest publikacją naukową, ja nie jestem specjalistą, a moja wiedza może nie być wiarygodna, dlatego nie śmiem oczekiwać, że przyjmiecie ją jako prawdę objawioną i tak naprawdę nie o to w tym wszystkim chodzi. Pisałam to jednak ze szczerą intencją, by zachęcić Was do zgłębiania w tym temacie wiedzy, sięgnięcie po kilka ważnych publikacji, zajrzenie do artykułów WHO, czy dyplomowanych dietetyków dziecięcych, ponieważ ta wiedza bez dwóch zdań jest potwierdzona, a ja mam nadzieję, że zasiałam choć małe ziarenko, które pomoże budować lepszą żywieniową przyszłość naszych dzieci :)

BON APETIT ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP