sierpnia 09, 2017

KARMIENIE PIERSIĄ
10 błędów, których tym razem nie popełniłam
i się UDAŁO!


Karmienie piersią to jedna z najbardziej naturalnych kwestii związanych z macierzyństwem i jak by się mogło wydawać jedna z prostszych - bo co tu może być skomplikowanego. Mleko jest, przykładamy dziecko do cycka i je. Żadna filozofia! Przyznam szczerze, że zanim mnie ten temat nie dotknął tak właśnie myślałam. Nawet będąc w ciąży nie zagłębiałam się za bardzo w temat, ponieważ byłam przekonana, że tak to właśnie będzie. Co ciekawe uczęszczałam do szkoły rodzenia, byłam pod stałą opieką lekarza i nikt nie przygotował mnie na to jak faktycznie ta sfera macierzyństwa wygląda. Wtedy myślałam, że w sumie to był mój obowiązek, żeby się wszystkiego dowiedzieć, ale skoro mogli kilka godzin pokazywać mi jak myć dziecko i zmieniać mu pieluchę (co raczej ciężko jest spieprzyć) to chyba ważniejsze jest by powiedzieć jak wygląda życie matki kp (karmienie piersią). Skoro zasypali mnie kilkukilogramową makulaturą to mogła znaleźć się tam choć jedna ulotka o kp i znajdujących się w mojej okolicy doradcach laktacyjnych, o których istnieniu wtedy nie wiedziałam. Niestety moja pierwsza przygoda z kp to 4 miesięczna droga przez mękę, której winowajców było trzech: brak wiedzy, brak doświadczenia oraz brak wsparcia. Tym razem wiedzę zdobyłam, doświadczeń miałam aż nadto, a i wsparcie się znalazło. Tym razem nie popełniłam tych 10 błędów, które zabiły moją laktację i cieszymy się z Grzesiem już 4 miesięczną cudowną mleczną drogą.

Cudowna tak naprawdę jest od jakiś dwóch miesięcy, kiedy to przestałam płakać przy każdym karmieniu, czekając czy te cholerne brodawki odpadną dziś, czy może wytrzymają jeszcze do jutra; skończyłam nosić pampersy na cyckach, bo mleko ciekło ciurkiem; Grześ nie wisi na mnie co 15 minut i w końcu zaprzyjaźniłam się z laktatorem. Od tego momentu faktycznie mleczna droga stała się cudownie wygodna, przyjemna i za nic bym jej nie oddała. Co więc się zmieniło, że tym razem się UDAŁO? Bardzo wiele: sytuacja, okoliczności, rzeczywistość... A przede wszystkim zmieniłam się ja sama! Jeśli przymierzasz się pomału do karmienia piersią, jesteś na początku zawiłej drogi laktacyjnej lub, tak jak ja, masz za sobą niemiłe doświadczenia, a spodziewasz się kolejnego malucha korzystaj z doświadczeń innych. Wiadomo, że człowiek najlepiej uczy się na własnych błędach, ale czasem warto ich uniknąć, zerknąć z boku na błędy innych i wyciągnąć naukę z ich nieszczęścia...

A więc od początku...
10 BŁĘDÓW, KTÓRE ZABIŁY MOJĄ LAKTACJĘ:

1) Cholerny ból
2) Nakładki ochronne na brodawki
3) Maści przeciwbólowe do brodawek
4) Smoczek
5) Laktator
6) Dieta matki karmiącej
7) Wstawanie w nocy do karmienia
8) Brak cierpliwości i stres
9) Brak swobody 
10) Butelka i mleko modyfikowane


1. CHOLERNY BÓL

Punkt pierwszy, na który ABSOLUTNIE nie byłam przygotowana i nawet przez myśl mi nie przeszło, że może być tak duży. Myśląc logicznie, skoro piersi są stworzone do tego, by wykarmić małego człowieka to muszą być również do tego fizycznie przygotowane. Nic bardziej mylnego! Nie są przygotowane do tego nawet w najmniejszym stopniu. Niestety jeśli człowiek odczuwa ból, niewiarygodnie męczący i uporczywy to choćby nie wiem jak wielkie miał chęci jest wielce prawdopodobne, że w którymś momencie się podda. Najgorszy w tej sytuacji był fakt, że zarówno w szpitalu, jak i w późniejszych kontaktach ze specjalistami każdy bagatelizował ten problem i nikt nie był w stanie powiedzieć mi, kiedy ten ból minie. Ja rozumiem, że dla położnych i lekarzy to rutyna i spotykają się z takimi pytaniami kilkanaście razy dziennie, ale każdy z tych kilkunastu razów jest osobną kobietą, która przeżywa to po raz pierwszy! Wiadomo, że każda jest inna i ciężko powiedzieć jak długo będzie ją boleć, ale od wszystkich słyszałam, że to normalne i za jakieś dwa tygodnie minie. Dwa tygodnie??? Minęło po DWÓCH MIESIĄCACH! Wiecie co to są dwa miesiące? To ponad 60 dni i jakieś 600 przystawień noworodka do piersi! 600 koszmarnych chwil, które wiem, że muszę przetrwać, ale brakuje mi już sił i doprawdy nie jest to dla mnie normalne. Teraz przetrwałam, bo wiedziałam, że wcześniej czy później to minie, ale z Lilą niestety nie dotrwałam do tego momentu i popełniłam błąd drugi...


2. NAKŁADKI OCHRONNE NA BRODAWKI

Dowiedziałam się o takowych w szpitalu od położnej - nie pamiętam już, czy była to zwykła położna czy laktacyjna. Dodam tylko, że jest to naprawdę bardzo dobry szpital z bardzo dobrą opieką laktacyjną, która wtedy albo miała wolne, albo zły dzień, bo wszystkie jej porady mogłam wyrzucić natychmiast do kosza, a ja naiwna z nich skorzystałam. Nakładki laktacyjne są przeznaczone do konkretnych laktacyjnych problemów jak np. wklęsłe lub krwawiące/pokaleczone brodawki, natomiast w żadnym przypadku nie są one ratunkiem na brodawki bolące! Pomagają jedynie doraźnie i przez krótką chwile, a niestety poważnie potrafią zaszkodzić laktacji i tak było w moim przypadku. Dziecko nie jest w stanie w nakładkach ciągnąć tak intensywnie jak bez nich, a jak wiemy laktacja rusza w momencie, kiedy dziecko zaczyna ssać. Jeśli ssie za mało to mleko również nie produkuje się w takich ilościach w jakich powinno, by wyżywić małego ssaka. Pojawiają się więc tutaj dwa problemy: 1) zaburzenia laktacji 2) brak przyrostu wagi dziecka, co spowodowane jest zbyt małą produkcją mleka, więc wpadamy tutaj w błędne koło. Laktacja normuje się ostatecznie dopiero w okolicach 12 tygodnia, kiedy to znikają nawały i mleko produkuje się na bieżąco w takich ilościach, że dziecko zostaje wyżywione. Gdybym to wiedziała wtedy na pewno z nakładek bym nie skorzystała, jednak doradzono mi tak nie inaczej i skończyło się to tak jak się skończyło, a ja spędziłam z Lilą prawie tydzień w szpitalu, bo tak dużo straciła na wadze. Inną sprawą jest, że dziecko się do nakładek przyzwyczaja i tak też było z nami - ból zniknął, a Lila bez nakładki nie chciała nawet włożyć piersi do ust. Trwało to chyba z dwa miesiące i bardzo trudno było ją od nich odzwyczaić. Nawet, kiedy była bardzo głodna nie potrafiła bez nich zassać, a wierzcie mi, że wyciąganie i nakładanie ich za każdym razem jest na dłuższą metę bardzo uciążliwe.


3. MAŚCI PRZECIWBÓLOWE DO BRODAWEK 

Najczęściej polecaną maścią dla młodych mam jest Maltan, który mnie również polecono przy Lilii. Niestety dopiero przy drugim porodzie dowiedziałam się - tym razem od cudownej położnej laktacyjnej z tego samego szpitala - że jest zdecydowanie niewskazany, ponieważ zawiera w składzie GLUKOZĘ, będącą idealną pożywką dla bakterii, których i tak w tym początkowym czasie kp nie brakuje i jest to najszybsza droga do grzybicy brodawek lub pleśniawek u dziecka. Przy bolących brodawkach stosujemy więc tylko i wyłącznie czystą LANOLINĘ - naturalną i bez zbędnych dodatków - można zakupić ją w każdej aptece wielu różnych producentów m.in. Medeli lub LanoMaść z Ziajki - stosowałam regularnie tą drugą i efekty były bardzo zadowalające. Najważniejsze jednak do gojenia jest powietrze, dlatego jak tylko się da chodzimy bez stanika, wkładek laktacyjnych i innych zaparzaczy. Jeśli nie jest to możliwe polecam bardzo muszle laktacyjne np. z Avent, które odkryłam przy Grzesiu i naprawdę bardzo pomogły w wygojeniu się brodawek. Nie mniej nie popełniajcie mojego błędu z używaniem wszelakich maści, które nie wiadomo po co są, nic dobrego nie robią i zdecydowanie warto zakupić najzwyklejszą lanolinę.


4. SMOCZEK

Do szpitala szłam bez smoczka, ponieważ bardzo nie chciałam, by Lila z niego korzystała - niestety zostałam brutalnie zderzona z rzeczywistością i miała ona tak potężny odruch ssania, że na drugi dzień błagałam Adama, by go przywiózł. No i dziecko zostało zasmoczkowane i było mu z tym bardzo dobrze. Tym samym ja mniej przykładałam ją do piersi i laktacja nie miała szansy ruszyć tak jak powinna, ponieważ odruch ssania został zaspokojony smoczkowym uciszaczem, a mógł w idealny książkowy sposób ją rozkręcić. W szpitalu na smoczek nie zareagowano i kazano mi przystawiać Lilę do piersi co 3 godziny. Serio?! 3 godziny z noworodkiem! Jakim cudem ta laktacja miała ruszyć??? Z Grzesiem smoczek wzięłam już z sobą, mając jednak z tyłu głowy wcześniejsze doświadczenia, ale chłopak ewidentnie za kauczukową podróbką cycka nie przepadał i wisiał na nim przez cały pobyt w szpitalu niemal non stop. W porównaniu do szpitalnego tygodnia z Lilą był to cudowny czas: 3 dni świętego spokoju, ekspresowe dojście do siebie po cesarce, cudowny niepłaczący Grześ i kolejna rozpoczynająca się przygoda z kp. Bolało jak cholera, ale wiedziałam już co mnie czeka i podeszłam do tematu z wielkim spokojem. Grześ nadal smoczkiem gardzi i tak naprawdę uspokaja go jedynie, kiedy nie umie zasnąć w samochodzie, tak więc samoistnie nie popełniłam tego błędu przy drugim podejściu do kp, choć już wiedziałam, że smoczek najlepiej podawać najwcześniej ok. 6 tygodnia życia.
Smoczki to temat rzeka i mimo wielu przeciwników, ja akurat do nich nie należę, ale to już temat na osobnego posta.


5. LAKTATOR

Jest to urządzenie bez dwóch zdań cudowne, ale pod warunkiem, że wiemy jak z niego korzystać. I nie pomoże nam w tym niestety instrukcja obsługi, a kilka niezwykle ważnych informacji, o których nie wiadomo dlaczego nie informuje się młodych matek, jakby miała to być wiedza oczywista:

1) istnieją piersi laktatorooporne lub współpracujące z jednym konkretnym laktatorem - nie wierzyłam, póki sama nie doświadczyłam. Niestety, ale zdarzają się przypadki, że żaden laktator nie jest w stanie ściągnąć pokarmu z piersi, mimo że wiadomo, iż on tam jest! Ja jestem przypadkiem, który absolutnie nie potrafił współpracować z laktatorem ręcznym i choćbym ciągnęła trzy godziny niestety nic z tego konstruktywnego nie wynika. Jedynym, z którym naprawdę dobrze się dogadujemy jest Lovi Prolactis i z całego serca polecam. Pomijając samo urządzenie, które mam już dwa lata, to sama firma jest bardzo godna polecenia, o czym niedawno miałam okazję przekonać się na własnej głupocie i nieszczęściu ;) (TUTAJ)

2) najlepiej ściągać pokarm podczas karmienia dziecka - wydawało mi się to całkowicie niemożliwe do wykonania, ale zdecydowanie szybciej i więcej jesteśmy w stanie ściągnąć w ten sposób, co jest czystą fizjologią - podczas karmienia bardzo często pokarm sam leci z drugiej piersi, a kiedy mamy podłączony laktator jest dodatkowa stymulacja i jesteśmy w stanie zrobić całkiem solidne zapasy

3) ilość ściągnięta laktatorem mleka nie ma nic wspólnego z tym ile wypija dziecko! - bardzo ważna informacja, której niestety zabrakło mi podczas pierwszego kp. Ba! "Specjaliści" wmawiali mi, że muszę ściągać laktatorem, by wiedzieć ile mililitrów wypija dziecko. NIGDY nie jesteśmy w stanie ściągnąć takiej ilości mleka, jaką wypija dziecko! Laktator jest tylko urządzeniem, dziecko nie tylko ma naturalny odruch ssania, ale dodatkowo działają tutaj hormony i mnóstwo innych czynników wpływających na to, że wypija dużo więcej mleka, niż jesteśmy w stanie ściągnąć do butelki.

4) pomaga unormować laktację - laktator służy nie tylko do ściągania potrzebnego nam pokarmu, ale jest bardzo pomocny w pierwszych tygodniach zanim laktacja do końca się unormuje. Dlatego zdecydowanie warto się w niego zaopatrzyć jeszcze w ciąży. Pierwsze dni i tygodnie są kluczowe dla przyszłości kp, a każde dziecko oraz matka są inne. Przez pierwszy miesiąc powinno wybudzać się dziecko co 3 godziny na jedzenie, ponieważ dziecku spada cukier i może zapaść w śpiączkę. Po tym okresie nie ma już takiej potrzeby, a niektóre dzieci (jak na przykład moje) nie budzą się w nocy co książkowe trzy godziny i wtedy pojawia się problem. Grześ idzie spać o 21:00, a budzi się na pierwszego cyca dopiero ok. 3:00, a ja o 24:00 miałam w okresach nawałów już cieknące niemal ciurkiem mleko - może to doprowadzić do zapalenia piersi oraz zaburzać laktację. Wystarczy wtedy ściągnąć odpowiednią ilość pokarmu, zamrozić i mamy nie tylko spokój z nabrzmiałymi piersiami, ale również zapas mleka, który zawsze może się przydać.


6. DIETA MATKI KARMIĄCEJ

Największy MIT karmienia piersią, w który siłą rzeczy uwierzyłam. Dopiero po kilku tygodniach zagłębiając się w temat jednoznacznie tą wiedzę odrzuciłam, jednak co się nasłuchałam i namęczyłam to moje. Już w szpitalu nie chcieli mi dać do jedzenia kapusty na obiad, bo przecież karmię piersią. Tą samą wiedzę tajemną usłyszałam również od niejednej położnej, aż w końcu trafiłam na kilka mądrych głów, artykułów i m.in. zalecenia Ministerstwa Zdrowia w tym temacie i przy Grzesiu jestem szczęśliwą wszystkojedzącą matką karmiącą! Wiadomo, że ważne jest zdrowe odżywianie, a z diety kategorycznie usuwamy alkohol, papierosy, narkotyki i większość leków, które przenikają do krwi, ale w ciąży raczej też nikt podobnych cudów nie stosuje. Bo najważniejsze to uświadomienie sobie faktu, że mleko tworzy się w gruczołach mlecznych z KRWI. Treść żołądkowa nie ma z nim absolutnie nic wspólnego, bo kapusta, chilli, czy smażone kotlety co najwyżej mogą nas przegonić do toalety lub nabawić wzdęć i bąków, ale na pewno w żaden sposób nie wpłyną na treść, smak oraz wartość naszego pokarmu! Błagam! Zapamiętajcie ;)


7. WSTAWANIE W NOCY DO KARMIENIA

Jeden z największych błędów, które popełniłam z własnego wyboru, choć z pewnością wynikały w jakiś sposób z braku wiedzy. Byłam przekonana, ze tak po prostu trzeba! Lila spała z nami w sypialni, a ja miałam łóżeczko dosłownie na wyciągnięcie mojej ręki, jednakże, aby nakarmić ją w nocy musiałam wstać z łóżka, wyciągnąć ją i iść na fotel lub kanapę do pokoju i spędzić w zaspanej siedzącej pozycji ok. 45 minut - bo tak długo jadła! Naprawdę byłam przekona, że jest to najbardziej właściwy sposób karmienia. Owocowało to moim wkurzeniem i niewyspaniem, co było dość oczywiste, kiedy 3-4 razy podczas jednej nocy miałam siedzące przerwy na 45 minutowe karmienie. Co ciekawe, bardzo często karmiłam ją również w łóżku, ponieważ z nami spała częściej niż sama, ale również robiłam to na siedząco! Dlaczego? Pojęcia nie mam! Ale zdecydowanie wykańczało mnie to fizycznie i psychicznie, ponieważ nie należę do mam wstających w środku nocy z radością i uśmiechem na twarzy. W ciąży z Grzesiem powiedziałam sobie, że nigdy więcej tego błędu nie powtórzę i zakupiłam DOSTAWKĘ DO ŁÓŻKA. Zdecydowanie jest to najlepszy rodzicielski gadżet, jaki spotkałam (a było ich nie mało) który całkowicie zniwelował moje niewyspanie oraz podirytowanie. Grześ śpi niby w swoim łóżeczku, a jednak ze mną w łóżku, ja mogę spać spokojnie bez obawy, że go przygniotę lub przykryję poduszką czy kołdrą, bo ma swoją bezpieczną strefę, a kiedy budzi się na jedzenie, przykładam go na leżąco do cycka i dziecko je. Doprawdy cudowna sprawa! Jeśli więc chcecie uniknąć nocnego wstawania i cieszyć się przespanymi nocami zdecydowanie polecam dostawkę! Ja zakupiłam taką (TUTAJ) i sprawdza się znakomicie, ale rozmyślałam również nad łóżeczkiem Chicco Next2Me, które okazało się za szerokie do naszej sypialni. Wybór na rynku jest całkiem spory na pewno więc każdy znajdzie coś dla siebie.


8. BRAK CIERPLIWOŚCI i STRES

Cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną, choć przy dzieciach zwiększyła się ona po stokroć i co dzień uczę się jej na nowo. Niestety największe jej pokłady zdobyłam, kiedy Lila zaczęła być w okolicach roku bardzo inwazyjnym dzieckiem i zdecydowanie zabrakło mi jej w pierwszych tygodniach kp. Początki mojego macierzyństwa to bardzo trudny dla mnie okres, ponieważ prowadziłam wtedy swoją firmę, która zdecydowanie wymagała mnóstwa uwagi. Rzecz jasna byłam na urlopie macierzyńskim, jednak siłą rzeczy nie dało się całkowicie wyłączyć od tego tematu, który wymagał ciągłych ingerencji i poświęcania czasu. I niestety, mając z tyły głowy, że mam zrobić jeszcze to, pojechać tu, zadzwonić do tego, zapłacić to i odpisać tamtemu, brakowało mi cierpliwości, by siedzieć uziemioną z jedzącym czasem godzinę maluchem. Inną sprawą było, że Lila naprawdę bardzo długo wisiała na cycku. Oczywiście w żaden sposób nie reagowałam, zabierając jej cycka za wcześnie, czy podając dla świętego spokoju mleko modyfikowane, ale zaczął działać tutaj naprawdę potężny stres. Z jednej strony denerwowałam się, że tak długo to trwa, a ja mam tyle na głowie, z drugiej wkurzałam się na firmę i samą siebie, że nie mogę w pełni poświęcić czasu dziecku. A jak wiadomo stres działa bardzo destrukcyjnie na laktację i zaczęło się coraz większe marudzenie Lilii podczas jedzenia i po, co ewidentnie wskazywało na zbyt małą ilość pokarmu... Niestety był to jeden z tych błędów, na które nie miałam wpływu. Źródło stresu udało mi się zredukować dopiero kilka miesięcy później, kiedy to postanowiłam firmę zamknąć i odnaleźć swój wewnętrzny spokój.
Co ciekawe, przy Grzesiu byłam pewna, że problemów o tym podłożu będzie jeszcze więcej, bo przecież mam drugiego wymagającego uwagi Krakena i z pewnością nie uda mi się tego jakoś pacyfistycznie pogodzić. Okazało się to bzdurą, Lila nie ma z tym żadnego problemu - podczas karmienia bawimy się po prostu na siedząco - zdarzało mi się już karmić przy jej kąpieli, na placu zabaw, basenie, czy jedząc z nią obiad. Wie, że jest to jak najbardziej naturalne i bez problemu udało mi się to pogodzić. Ja patrzę również na ten czas karmienia z zupełnie innej strony: przy tym całym chaosie i rozgardiaszu z dwójką dzieci czas, kiedy się karminy na kanapie, hamaku, czy na balkonie jest często jedyną szansą, by na moment się zatrzymać, wyłączyć, czy wziąć do ręki książkę - oczywiście pod warunkiem, że nie ma wtedy koło mnie Lilii ;)


9. BRAK SWOBODY

Bardzo ważny temat i dużo się o nim słyszy, czyli karmienie w miejscach publicznych. Z jednej strony kobiety "bezczelnie atakują cyckami" z drugiej ukrywają się po kątach z żądającymi jedzenia maluchami. Nigdy nie miałam problemu z karmieniem publicznym, kiedy taki obrazek widziałam i byłam przekonana, że tak po prostu się to robi. Niestety natura perfidnie obdarzyła mnie bardzo introwertyczną osobowością i okazało się, że wcale takie proste to nie jest. Czułam się bardzo skrępowana w sytuacji, kiedy musiałam karmić w miejscu publicznym, nawet jeśli była to rodzina. Oczywiście zawsze miałam do osłonięcia bambusową pieluszkę, jednak mimo wszystko nie czułam się swobodnie. W momencie, kiedy Lila przeszła na butelkę odzyskałam coś co naprawdę podczas kp w tej sferze utraciłam - nie czułam się dobrze karmiąc publicznie i mając wrażenie, że wszyscy gapią się na moje piersi, a z drugiej strony bardzo dużo czasu spędzałam poza domem i musiałam tam karmić - sytuacja dość patowa. Dodatkowo dochodził problem nakładek, o których pisałam w punkcie 2 i  z którymi nie mogłam dyskretnie dostawić dziecka do piersi, ponieważ najpierw musiałam wyciągnąć i nałożyć nakładkę. Nie ukrywam, że był to dla mnie trudny czas.
Podczas drugiego podejścia do kp w magiczny sposób ten problem zniknął. Musiałam zwalczyć to w sobie i chyba pomógł mi w tym szpital. Mimo że na oddziale położniczym leżą same kobiety to każda z nich ma rzeszę facetów, którzy je odwiedzają - niestety towarzyszki z sali również. Za pierwszym razem podczas odwiedzin zakrywałam się, by nie świecić biustem przed całym światem, ale tym razem stwierdziłam, że dlaczego niby mam to robić? Urodziłam dziecko, leżę w szpitalu i to jest czas i miejsce dla mnie, a nie dla odwiedzających rodzin. Odruch odwiedzających był identyczny za każdym razem - ucieczka w popłochu. Jakby nie wiem czego się Ci ludzie spodziewali :D Nie mniej chyba mi to pomogło, bo pozbyłam się całkowicie oporu przed karmieniem wszędzie gdzie się da. Co prawda nadal mam przy sobie pieluszkę do zakrycia lub takie ubrania, w których nawet nie widać, że się karmi i tym razem nie używałam nakładek, więc karmienie publiczne zrobiło się dużo wygodniejsze.


10. BUTELKA i MLEKO MODYFIKOWANE

No i na koniec gwóźdź do trumny... Jak pisałam wcześniej Lila bardzo dużo straciła na wadze w szpitalu, przez co trzymano nas tam prawie tydzień. Udało się ją wyprowadzić do odpowiedniej wagi bez podawania mm, ponieważ się na to nie zgodziłam. W domu przybierała na wadze bardzo mało, położna przychodziła, ważyła, doradzała, aż po trzech tygodniach oznajmiła, że jeśli następnym razem waga nie podniesie się bardziej to trzeba będzie dokarmiać, ponieważ dziecko przybiera za mało. Niestety do tego czasu nie dotrwaliśmy, ponieważ parę dni później dopadł mnie najgorszy ból jakiego w życiu doświadczyłam - powikłanie po znieczuleniu zewnątrz-oponowym przy cesarce - i przy którym byłam przekonana, że umieram. Skończyło się na karetce, szpitalu i bardzo silnych zastrzykach i wlewach dożylnych. Rzecz jasna leki, które mi podawano i o które błagałam w tych bólach, uniemożliwiały mi kp. Trwało to prawie tydzień, podczas którego Lila musiała przejść na butelkę i mm. I w tym momencie nasza droga kp zaczęła chylić się ku porażce. Biorąc pod uwagę wcześniejsze problemy, spadki wagi, milion popełnianych błędów zmierzających do zatrzymania laktacji i zmniejszającej się ilości mleka, podanie mm wystarczyło, by Lila poczuła się najedzona i szczęśliwa. Dziecko nie wie, że mleko z piersi to najlepsze co może dla niego być, ale wie, że jest głodne i trzeba ten głód zaspokoić. Wiadomo, że jest to również nieoceniona bliskość i instynkt, ale w momencie kiedy podamy coś z czym nie trzeba się tak męczyć, bo praktycznie samo leci (butelka) i zaspokaja głód na dłużej i dużo szybciej (mm) to stopniowo ten instynkt będzie wygasał, a bliskość zapewni sobie w inny sposób. Przez prawie trzy miesiące udawało nam się karmić mieszanie, by w końcu w 4 mscu Lila całkowicie odrzuciła cyca. Teraz wiem, że zrobiłam za mało i poddałam się zbyt szybko, ale wtedy siedziałam, płakałam i nie potrafiłam sama wykarmić własnego dziecka. Wiem, że mogłam do tej laktacji powrócić; wiem o przypadkach, że nigdy nie rodzące matki adopcyjne rozkręcają laktację i karmią swoje dzieci; wiem, ile błędów popełniłam i jak w prosty sposób można było ich uniknąć. Teraz to wiem i jestem szczęśliwą matką karmiącą już 4 miesiące, ponieważ uczyłam się na własnych błędach. Przy Lilii również mogłam ich uniknąć, ale zabrakło kilku kluczowych kwestii.

Czego mi zabrakło???

1. DORADCA LAKTACYJNY

Gdybym tylko wiedziało o istnieniu takowych... a już dostać namiary na kilku z mojej okolicy to byłoby marzenie i podejrzewam, że przebimbalibyśmy sobie na tym cycku przynajmniej rok. Niestety nikt taki na mojej drodze kp się nie pojawił i zostałam sama z brakiem wiedzy, doświadczenia i poradami laktacyjnymi od siedmiu boleści.

2. WIEDZA I WSPARCIE

Wszystkie powyższe punkty rozbijają się o fundamentalne pojęcia wiedzy i wsparcia. Pierwsze zderzenie z nimi o zgrozo miałam w szpitalu! Doradzono mi wszystko to co laktację zabija oraz powielano mity, które nijak się mają do rzeczywistości, spotkałam się ze średnio przyjemną opieką w tym temacie i tak naprawdę tylko raz poprosiłam o pomoc przez prawie tydzień przebywania w szpitalu. Być może faktycznie pani miała zły dzień, ale zniechęciła mnie bardzo do korzystania z pomocy w tym miejscu i doradziła rzeczy wołające o pomstę do nieba! I niestety nie była jedyna. Przy drugim porodzie w tym samym szpitalu natknęłam się na przecudowną i bardzo mądrą położną laktacyjną, która ogromnie mi zaimponowała walką o laktację z leżącą ze mną na sali mamą bliźniaków, z których jeden został przewieziony do innego szpitala. Siedziała z tą biedną płaczącą z bólu kobietką po kilka godzin dziennie, wspierając z laktatorem, tłumacząc, trzymając za rękę, aż po kilku dniach była ona w stanie sama wykarmić jednego synka i przygotowywać pokarm dla drugiego do przewiezienia. Ja walczyłam o laktację jak szalona, ponieważ przez pierwszy dzień nie miałam pokarmu - Grześ wisiał na cycku non stop, a dokarmiany był mlekiem z banku mleka, więc byłam przeszczęśliwa, że udało mi się uniknąć mm (mleko modyfikowane). I nie dosyć, że miałam już niemałą matczyną wiedzę w tym temacie, to jeszcze dodatkowo otrzymałam cudowne wsparcie i wiedzę w szpitalu - bardzo żałuję, że nie trafiłam na ten personel przy pierwszym porodzie z Lilą, ponieważ na pewno bardzo dużo by to zmieniło. Osobiście uważam, że każda pierworódka lub kobieta, która z wcześniejszym dzieckiem miała problemy z kp powinna zaraz po porodzie mieć spotkanie z mądrą położną laktacyjną lub certyfikowanym laktacyjnym doradcą, ponieważ jest to wiedza szalenie ważna! Społecznie jest ogromny nacisk na karmienie piersią, a tak naprawdę o każdą pomoc, wiedzę i wsparcie trzeba się prosić, nie mając gwarancji czy osoba, która nam doradza na pewno zna się na rzeczy. Brak wiedzy, jak we wszystkim, jest fundamentem porażki, jednak zdobycie tej właściwej nie zawsze jest proste, a powielane MITY są najszybszą drogą do zrobienia naprawdę sporych szkód. Dlatego jeśli jesteście na początku drogi mlecznej poszukajcie i popytajcie o doradcę laktacyjnego - niekoniecznie trzeba z niego korzystać, ale warto mieć w zanadrzu pomocną dłoń i mądrą głowę. Bardzo dużo solidnej i aktualnej wiedzy znajdziecie u Hafiji, która udziela odpowiedzi na bodaj wszystkie pojawiające się podczas kp pytania, jak również zamieściła listę certyfikowanych doradców laktacyjnych, o czym dwa lata temu niestety nie wiedziałam...

3. DOŚWIADCZENIE

Wiedza jest szalenie ważna i bardzo często zdobywamy ją przez własne doświadczenia. Moje nauczyły mnie swobody w karmieniu piersią; dały pokłady cierpliwości oraz pokazały jak walczyć z destrukcyjnym dla kp stresem; pozwoliły dogadać się z laktatorem i przetrwać najgorsze płaczące z bólu chwile; dały nauczkę co do nakładek oraz smoczka... i wiele mogłabym tu jeszcze wymieniać. Dostałam sporą nauczkę od życia, które pokazało mi, że są momenty, kiedy nie ma innego wyjścia jak się poddać. Ale te momenty dają nam siłę, by kolejny raz stawić czoła przeciwnościom, które wcześniej wydawały się nie do przejścia i wyjść z tego spotkania zwycięsko. Wydawać by się mogło, że o co tak naprawdę tyle krzyku? Po co te baby tak się męczą i lamentują skoro można dać dziecku butlę z mm i urośnie równie zdrowo. Oczywiście, że urośnie i bez sensu jest się wgłębiać w możliwe skutki jeśli nie ma innego wyjścia lub taki jest nasz osobisty wybór. Jeśli jednak ważne dla nas jest, by karmić swoje dziecko piersią, korzystajmy z wiedzy i doświadczeń innych oraz szukajmy wsparcia wszędzie, gdzie się da! Jeśli nie mamy go w mężu, mamie, czy przyjaciółce znajdźmy inne mamy, które również z uśmiechem, a czasem łzami idą tą samą drogą.

Doświadczenia z Lilą nie były dla mnie łatwym tematem - patrzyłam z zazdrością i podziwem na każdą mamę z dzieckiem przy piersi, ponieważ są one BOHATERKAMI. Każda, która podjęła tą walkę i zrobiła wszystko co była w stanie na tamten moment, nawet z poniesioną porażką, również nią jest! I wcale nie chodzi tu o fakt, że są lepszymi mamami, bo absolutnie tak nie jest, ponieważ to nie sposób żywienia czyni nas dobrym rodzicem. Chodzi o to, że jest to walka między pierwotnymi instynktami i czystą naturą, a brutalną i bolesną rzeczywistością. Aby to zrozumieć trzeba przez to przejść, poświęcić swe ciało, święty spokój i przespane noce, by zrozumieć, że jest to coś więcej... Codziennie rano i w środku nocy, w domowym zaciszu i w gwarze miasta, w samotności, czy z całą rodziną jestem dumna sama z siebie, że mi się UDAŁO! Że wyciągnęłam naukę z poprzednich doświadczeń i mimo świadomości co mnie czeka podjęłam kolejną walkę absolutnie nie zakładając porażki. I to był bodajże mój przepis na sukces - nawet przez moment nie myślałam o tym, że może mi się nie udać. Byłam całkowicie pewna swego, że tym razem będę karmić długo i szczęśliwie. I póki co tak właśnie jest - 4 miesiące i 16 dni temu rozpoczęliśmy z Grzesiem naszą wspólną i cudowną mleczną drogę.

Życzę Ci droga Mamo, by i Tobie się udało! I nawet jeśli masz za sobą przykre doświadczenia i porażkę nie poddawaj się, ponieważ tym razem na pewno Ci się UDA! Ponieważ...


SIŁA JEST KOBIETĄ!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP