sierpnia 02, 2017

5 niezwykle popularnych decyzji rodzicielskich, którymi KRZYWDZISZ swoje dziecko (niemowlę)


Rodzicielstwo to trudna sztuka, na którą większość z rodziców nigdy nie była przygotowana. Nawet jeśli w teorii coś tam się wiedziało, to realia zawsze z niezwykłą siłą zderzają się w rzeczywistością. Mówi się, że matka wie najlepiej i nie należy wchodzić w jej kompetencje. Zgodzę się z tym stwierdzeniem jedynie połowicznie: matka ZNA najlepiej swoje dziecko, ponieważ spędza z nim najczęściej w początkowych miesiącach 24 godziny na dobę, jednakże na żadną z matek nie spłynęła magiczna wiedza CO dla dziecka jest zdrowe. I nie chodzi tu konkretnie o JEJ dziecko, ale o każdego małego człowieka, który przychodzi na świat i któremu lekarze, naukowcy, psychologowie i pasjonaci poświęcają życie, by sprawdzać i badać co może mu pomóc, a co zdecydowanie zaszkodzić, nie tylko tu i teraz, ale również w jego dorosłym życiu. I takiej wiedzy niestety plemniki, będące sprawcami poczęcia nie przenoszą. A szkoda... Taką wiedzę gdzieś trzeba zdobyć.

Ogromną rolę w opiece nad noworodkiem i niemowlęciem - bo o takich małych człowiekach tu mowa - odgrywa INTUICJA i jej niezaprzeczalnej sile nic nie jest w stanie ujmować. Niejednokrotnie coś wydaje nam się dobre lub złe, tak po prostu - bez większego wytłumaczenia. Przyznaję bez bicia, że tak wyglądały u mnie początki macierzyństwa. I jak dotąd nigdy na swojej intuicji się nie zawiodłam. Po jakimś jednak czasie zapragnęłam wiedzieć, dlaczego takie, a nie inne decyzje są słuszne, z czego to wynika i jakie ma to racjonalne wytłumaczenie. I tak zaczęła się moja przygoda z traktowaniem macierzyństwa jak każdego innego wykonywanego przeze mnie zawodu, a w żadnym bez wiedzy daleko się nie zajdzie. Dziecko, mimo że nasze, nie jest naszą własnością. Jest to oddzielny człowiek, którego my, rodzice, mamy za zadanie przygotować do samodzielnego życia w społeczeństwie. Tak to sobie natura wymyśliła. Dlatego też naszym rodzicielskim i obywatelskim obowiązkiem jest dotarcie do najnowszej i sprawdzonej wiedzy, która pozwoli nam zrobić wszystko, by to dziecko wyrosło na zdrowego psychicznie oraz fizycznie człowieka - zwłaszcza w czasach, gdzie ta wiedza jest na wyciągnięcie ręki. I nie mówię tu o poradach wujka Google, choć i za jego pomocą można dotrzeć do wartościowych publikacji, ale sięganie po wiedzę dostępną w książkach, warsztatach ze specjalistami, czy rozmowach z rodzicami, którzy również po taką wiedzę sięgali i mogą podpowiedzieć, gdzie jej szukać.

Zakładam, że każdy rodzic bezgranicznie kocha swoje dziecko i chce dla niego jak najlepiej. Jeśli jest inaczej, zakrawa to o patologię lub chorobę psychiczną i zdecydowanie powinno podlegać interwencji z zewnątrz. Jednakże zakładając pierwszą opcję wychodzę z założenia, że spisane poniżej punkty wynikają z niewiedzy rodziców, a nie ze świadomej chęci skrzywdzenia własnego dziecka. Niektórzy zakładają, że zwrócenie im uwagi nawet nie na samo zachowanie, a na problem, którego być może oni sami nie widzą, to chamstwo i wtrącanie się w nieswoje sprawy. Jeśli jednak w grę wchodzi zdrowie drugiego człowieka, a takim jest dziecko, nie ważne przez kogo spłodzone i wychowywane, to zdecydowanie warto chociaż zasiać ziarno niepewności, by ten ktoś chciał sam sięgnąć do źródła i znaleźć potwierdzenie, czy aby na pewno jest to niewłaściwe, czyli niezdrowe dla dziecka.

Jeśli popełnialiście, popełniacie lub myśleliście o popełnieniu któregoś z poniższych punktów jesteście jak najbardziej normalni - ja również będąc w ciąży pojęcia nie miałam, że cokolwiek z tego jest złe, bo są to rzeczy powielane przez lata przez całe rzesze mam. Aktualnie jestem bogatsza o dwa lata życia z małym człowiekiem, dziesiątki przeczytanych książek, artykułów i spotkań z ludźmi mądrzejszymi ode mnie oraz na nowo wpadłam w te tematy z 4 miesięcznym aktualnie oseskiem. I doprawdy nie piszę tego po to, żeby się wymądrzać, komuś dopiec, czy zrobić na złość. Sama te dwa lata wcześniej chętnie zapoznałabym się z taką listą, bo normalną sprawa jest, że dopóki temat nas nie dotyczy to pojęcia o nim nie mamy.

Najnowsza wiedza mówi jednoznacznie, że niniejsze praktyki są złe, negatywnie wpływają na rozwój dziecka i nie ma najmniejszego powodu, by je stosować, ponieważ nie wymagają od nas żadnego wysiłku, by ich zaprzestać. Jeśli się ze mną nie zgadzasz i nadal będziesz uważać je za słuszne - trudno, nic nie poradzę. Ale jeśli choć jedna osoba, dowie się o tym, że naprawdę nie jest to fajne, to będę przeszczęśliwa ;) A oto CZARNA LISTA dla rodziców od ich dzieci - same niestety Wam tego nie powiedzą:

1. Rozszerzanie diety po 4 miesiącu życia
2. Przyspieszanie poszczególnych etapów rozwoju (m.in. sadzanie)
3. Używanie CHODZIKA, SKOCZKA i WISIADŁA
4. Nadużywanie na co dzień LEŻACZKA/BUJACZKA oraz fotelika samochodowego zamiast gondoli w wózku
5. Leżenie niemowlęcia na  PODUSZCE



1. ROZSZERZANIE DIETY PO 4 MIESIĄCU ŻYCIA


Jeden z bardziej kontrowersyjnych tematów życia z dziećmi - ŻYWIENIE. Ciągnie się od pierwszego łyka mleka przez całe życie i zawsze znajdą się "specjaliści", którzy lepiej wiedzą co jeść i jak żyć nawet kiedy jest się już dorosłym. Jednakże poza tymi domorosłymi specjalistami są ludzie, którzy naprawdę znają się na rzeczy i zdecydowanie warto słuchać co mają w tym temacie do powiedzenia. Tak wiem, że na sklepowych półkach leżakuje rzesza produktów z zachęcającym napisem "od 4 miesiąca", jednakże nikt nie wpadł na pomysł, że to czysty marketing, a giganty produkujące te magiczne słoiczki i kaszki trzepią na tym niezłą kasę? Tak wiem, że lekarze (niektórzy!) zalecają rozszerzanie diety właśnie w tym okresie, tylko co tak naprawdę pediatra ma wspólnego z żywieniem? Zwykło traktować się tą grupę zawodową za świętą wyrocznię w sprawach zdrowia i życia naszych dzieci. OK! Są lekarzami, wiedzę więc zasadniczo mają ogromną, ale z zakresu LECZENIA ogólnego dzieci i niemowląt! Jeśli coś jest nie tak z okiem kierują do okulisty; jeśli usłyszą szmery w sercu kierują do kardiologa; jeśli na skórze cuda wianki się pojawiają idziemy do dermatologa; dlaczego więc w kwestii żywienia nie kierują boguducha winnych rodzicieli do DIETETYKA, tylko rozpowszechniają wiedzę sprzed 30 lat, a wiadomo, że to co powiedzą to świętość (o zgrozo!). Temat zdrowego żywienia i świadomego odżywiania jest mi bardzo bliski, ponieważ od kilku już długich lat jestem wegetarianką, przeszłam w tym stanie dwie ciąże i żywię w ten sposób całą rodzinę, muszę więc wiedzieć co, jak i z czym, żeby odpowiednio zbilansować i nie cierpieć na niedobory. Poza tym zdrowa żywność to jedno z moich małych zboczeń. Jednak nawet ze swoją naprawdę sporą wiedzą rozszerzanie diety konsultowałam z dietetykiem, ponieważ są to ludzie, którzy mają gigantyczną wiedzę na temat tego co w naszym życiu jest najważniejsze dla naszego zdrowia, czyli żywienie. Niestety ogólna wiedza społeczeństwa polskiego w tym temacie jest zatrważająca! - coraz lepsza, ale mimo wszystko zatrważająca.
Każdy dietetyk, lekarz zdobywający najnowszą wiedzę, a przede wszystkim organizacje prozdrowotne z WHO, czyli Światową Organizacją Zdrowia na czele mówi głośno i wyraźnie, że DIETĘ ROZSZERZAMY PO 6 MIESIĄCU życia dziecka. Nie oznacza to jednak, że 6 miesiąc w kalendarzu i lecimy z tym koksem. Oznacza, że do 6 miesiąca podajemy niemowlęciu WYŁĄCZNIE mleko - każda herbatka na wiaterek i inne pierdaty są rozszerzeniem diety, więc mimo informacji producenta, że można podawać je jeszcze w życiu płodowym, nie podajemy ich przed ukończeniem 6 miesiąca. Dzieci karmionych piersią również przed tym magicznym okresem nie dopajamy wodą, dzieci na mleku modyfikowanym można, acz nie trzeba (nasza Lila była na mm od 4 msca, a nie tknęła wody do 7 msca). Wracając do granicy PO 6 MIESIĄCU - wtedy zaczynamy podawać coś innego. Jak zdrowo i bez wariacji rozszerzać dietę napisze innym razem, ale tak naprawdę do roku życia dziecka mleko to podstawa i do tego czasu dziecko nie musi się najadać; nie uzupełni dietą niedoborów, co często jest argumentem lekarzy, ponieważ nie jest w stanie zjeść takich ilości - ma to jedzenie poznawać, bawić się nim i cieszyć. Lila od początku karmiona była metodą znaną aktualnie jako BLW, czyli jadła sama rączką - nigdy nie jadła papek, kaszek, słoiczków etc. Zjadać zaczęła dopiero w okolicy 8 miesiąca i tak naprawdę dopiero wtedy ruszyło u nas na dobre rozszerzanie diety. Wyniki miała książkowe, rozwijała się jak najbardziej prawidłowo i mając aktualnie 2 lata jest okazem zdrowia uwielbiającym jeść zdrowo i poznawać nowe smaki. I na tym zakończę tą dygresję, by nie tworzyć tutaj posta wyłącznie o żywieniu.

ARGUMENTY:
1) NIEWYKSZTAŁCONY UKŁAD POKARMOWY u noworodka - dlatego tak zbawienna i wyjątkowo ważna jest siara matki oraz karmienie piersią, które pomału pozwala się układowi pokarmowemu unormować oraz tworzyć odpowiednią bakteryjną florę jelitową - stąd częste bóle brzuszków, tzw. kolki, nieregularne kupki i cała rzesza dolegliwości, które są całkowicie naturalne i potrzebują czasu, by wszystko zaczęło u dziecka sprawnie funkcjonować. Najnowsze badania wskazują, że proces ten trwa do 6 miesiąca życia dlatego wcześniejsze rozszerzanie diety może wyrządzić maluchowi sporą krzywdę. I nie chodzi tutaj o krzywdę widoczną od razu, choć może na tym ucierpieć brzuszek, ale o efekty, które będą widoczne nawet za kilkanaście lat jak choroby układu pokarmowego, zaburzenia żywienia, czy alergie.

2) MOŻLIWOŚĆ ZADŁAWIENIA - dziecko przyjmujące pierwsze pokarmy stałe powinno przyjmować je NA SIEDZĄCO! mało które dziecko samodzielnie siedzi w wieku 6 miesięcy (o 4 nie wspominając), ale spora część siedzi już posadzona na chwilę na kolanach mamy. Jeśli tego nie potrafi zaleca się poczekać z rozszerzaniem tak długo, aż będzie w stanie usiąść i w pozycji wyprostowanej przyjąć to co zostało mu przygotowane. I nie ma znaczenia, czy będzie jadło samo (BLW) czy podajemy mu jedzenie łyżeczką. Karmienie dziecka w pozycji półleżącej w leżaczkach czy fotelikach samochodowych jest najnormalniej w świecie NIEBEZPIECZNE i istnieje bardzo duże ryzyko zadławienia. Dorosłemu jest ciężko jeść w takiej pozycji, a co dopiero niemowlakowi, który nie ma jeszcze odpowiednio wyrobionego odruchu połykania czegoś o innej konsystencji niż mleko.


- PO CO SIĘ SPIESZYĆ? - no własnie...

Dla mnie powyższe argumenty oraz potwierdzenie zalecania przez WHO i dietetyków na całym świecie były wystarczające. I tak czysto po ludzku - patrząc teraz na Grzesia, który właśnie skończył 4 miesiące i pamiętając Lilę, która samodzielnie wtranżalała w krzesełku swoje pierwsze warzywa nie wyobrażam sobie jak taki mały nieborak przyklejony do cycka miałby teraz być karmiony czymś innym niż mleko. I tutaj również nie ma znaczenia czy dziecko jest karmione piersią, czy mlekiem modyfikowanym - zalecenia są jednoznaczne i dotyczą każdego sposobu karmienia. Lila po 4 miesiącu karmiona była wyłącznie mm (mleko modyfikowane).

Dla chcących zgłębić temat poza literaturą polecam grupę na FB o rozszerzaniu diety po 6 miesiącu (TUTAJ) - można znaleźć tam sporo inspiracji, wiedzy oraz wsparcia specjalistów, a także OD CIĄŻY PO MACIERZYŃSTWO (TUTAJ) - nie będącą grupą stricte o żywieniu, ale propagującą najnowszą wiedzę o zdrowiu i zrzeszającą specjalistów, mogących pomóc niemal w każdej wątpliwości.

2. PRZYSPIESZANIE NIEPRZYSPIESZALNEGO

Nawet nie mając dzieci zastanawiałam się dlaczego rodzice tak usilnie chcą przyspieszyć procesy, których przyspieszyć się przecież nie da. Kiedy sama zostałam rodzicem dowiedziałam się jaką krzywdę możemy wyrządzić dziecku tą spieszącą się postawą. Z perspektywy czasu nie rozumiem tego jeszcze bardziej. Wiadomo, że fajnie byłoby gdyby bobas się urodził, pogaworzył z dwa miesiące, a później siadać, biegać, mówić i fru - z dzieckiem spokój. No niestety tak to nie działa, choć sama sporo bym dała, by Lila zaczęła już mówić pełnymi zdaniami, bo zdecydowanie ułatwiłoby to nam komunikację, a Grześ potrafił chodzić, bo wtedy nie musiałabym go ciągle nosić na rękach. Jednakże póki co cierpliwie czekamy i komunikujemy się w tylko nam zrozumiałym dialekcie i nosimy tego nieboraka już 4 długie miesiące, ponieważ KAŻDE DZIECKO ROZWIJA SIĘ W SWOIM TEMPIE. Jeśli to sobie uświadomimy, pogodzimy się z faktem i z godnością wycofamy się z rodzicielskiego wyścigu szczurów, nasze rodzicielstwo stanie się dużo przyjemniejsze. Ale do rzeczy z tą krzywdą - po kolei zgodnie z etapami rozwoju:

- PODNOSZENIE LEŻĄCEGO DZIECKA ZA RĄCZKI - nie, nie i jeszcze raz nie! Nie ważne w którym miesiącu zgodnie z tabelami rozwojowymi (które najlepiej wyrzucić za okno) dziecko miałoby się za ręce podnosić musi ono zrobić to SAMO. Możemy podać nasze palce, by chwyciło rączkami i czekać, czy ono samo wykona jakiś ruch. Jeśli tego nie zrobi, NIE PODNOSIMY go sami do góry! Jak myślicie dlaczego samo tego nie robi? Bo nie jest jeszcze gotowe! Ma niewyćwiczone mięśnie, które podtrzymują jego kręgosłup! Wiadomo, że efektu nie będzie od razu i nie odpadnie mu ręka, ale może nabawić się asymetrii, wad postawy i problemów w kolejnych etapach rozwoju. Najwłaściwsze jest podawanie dziecku jednej, nie dwóch rąk - jeśli samo się podniesie zdecydowanie ten etap rozwoju ma opanowany.

- SADZANIE, GDY SAMO NIE SIEDZI - to zdarza się zdecydowanie częściej i może przynieść zdecydowanie gorsze skutki, ponieważ zasada jest ta sama co powyżej. Dziecko zaczyna siadać kiedy jest na to gotowe fizycznie, wyćwiczyło już wszystkie mięśnie podtrzymujące kręgosłup oraz szereg innych, a przede wszystkim gotowy jest sam kręgosłup! W dużym skrócie: dorosły człowiek ma kręgosłup w kształcie litery "S" i taki jest przystosowany do pozycji wyprostowanej; noworodek oraz niemowlę nie potrafią samodzielnie utrzymać się w pozycji wyprostowanej, ponieważ ich kręgosłup ma kształt litery "C". Jest to oczywiste z powodu pozycji embrionalnej w życiu płodowym oraz przez pierwsze miesiące leżącego życia. Wszystkie czynności, które niemowlę wykonuje nie są przypadkowe, a wykonuje je intuicyjnie, by wykształcać odpowiednie mięśnie, ćwiczyć stawy i pracować nad gotowością do kolejnych etapów rozwoju. Tak naprawdę nie powinno sadzać się dziecka do momentu, dopóki samo - najczęściej z raczkowania - nie nauczy się odruchu siadania. Jednakże wcześniej często ono samo bardzo chce siedzieć i kiedy sadzamy je siedzi całkowicie stabilnie i nie wywraca się na boki - to jest moment kiedy możemy posadzić je na kolanach np. do karmienia lub tak po prostu pozwolić mu posiedzieć. Niedopuszczalne jest podtrzymywanie, okładanie dziecka w krzesełku, czy gdziekolwiek indziej poduszkami, ręcznikami i tym podobnymi ustrojstwami. Wady postawy naprawdę nie spadają na dzieci z kosmosu, a powoduje je szereg czynników towarzyszących mu od małego. Dlatego: nie sadzamy na siłę w krzesełku do karmienia, na kanapie, na fotelu, na kolanach - NIGDZIE! i do spacerówki przesadzamy, gdy dziecko siedzi wyprostowane lub jeśli posiadamy spacerówkę, którą można rozłożyć całkowicie na płasko, a w gondoli się już nie mieści lub nie chce jeździć - bo i tak się zdarza. Aż żal patrzeć na te dzieci powyginane jak siódmy paragraf i dumnie prowadzących je rodziców - co tu jest to dumy człowieku? Gołym okiem widać, że dziecko ma powykrzywiany kręgosłup!

- STAWIANIE I CHODZENIE... jak wyżej - czyli ostateczny moment, który na siłę chcemy przyspieszyć. Dziecko jest gotowe do chodzenia, kiedy samo zacznie wstawać i przemieszczać się przy meblach. Od tego momentu do samodzielnego chodzenia jest jeszcze zazwyczaj daleka droga, ale jest to pierwsza chwila, kiedy dziecko zaczyna opanowywać tą umiejętność. U nas od wstania do chodzenia minęły 4 miesiące. Lila mając 9 miesięcy zaczęła raczkować, samodzielnie siadać i wstawać. Poszło lawinowo w ciągu jednego tygodnia, a samodzielnie zaczęła chodzić mając 13 miesięcy. Jeśli dziecko wykazuje chęć chodzenia za tzw. rączkę to podobnie jak w przypadku podnoszenia powinnyśmy prowadzić je za jedną rękę. Jeśli nie potrafi utrzymać równowagi poczekajmy - trzymanie za dwie ręce po pierwsze wymusza pozycję trzymania rąk u góry co nie jest dobre na tym etapie rozwoju, a po drugie jeśli idąc za jedną się wywraca to znaczy, że nie jest to jeszcze moment do chodzenia i wymuszając zdecydowanie możemy zrobić krzywdę widoczną nie od razu, ale za czas jakiś.

ARGUMENTY: 
1) Dziecko gdyby mogło poszłoby na własnych nogach najchętniej już w 2 mscu życia, ale z jakiegoś powodu tego nie robi!

2) SAMODZIELNOŚĆkolejne etapy rozwoju są bardzo ważne dla prawidłowego rozwoju w ogóle; nie jest w stanie chodzić jeśli wcześniej nie usiądzie, nie usiądzie jeśli wcześniej nie zacznie się obracać z plecków na brzuszek; nie zacznie się obracać jeśli wcześniej nie nauczy się podnosić główki... itd. itd. Dziecko doskonale wie co ma robić, by dotrzeć do kolejnego etapu i fajnie byłoby gdyby mu w tym nikt nie przeszkadzał. Musi nauczyć się tego samo.

3) KAŻDE DZIECKO ROZWIJA SIĘ W SWOIM TEMPIE - to że dziecko sąsiadki zaczęło już chodzić, mając 10 miesięcy, a nasze jeszcze nie zaczęło raczkować naprawdę nic nie znaczy. Jedne szybciej chodzą, inne szybciej mówią i za parę lat, najczęściej w okolicach 3 roku życia się to wszystko wyrównuje

4) NARAŻANIE NA WADY POSTAWY - skrzywienia kręgosłupa, płaskostopie, koślawość kolan - są to tak powszechne w dzisiejszych czasach wady postawy, że mało kto zwraca już na nie uwagę, ale skądś one się biorą. Wiadomo, że nawet niczego nie przyspieszając może się to zdarzyć i się zdarza, ale po co w takim razie dokładanie dodatkowego czynnika, który diametralnie zwiększa prawdopodobieństwo, że coś będzie nie tak.

Jeśli masz problem, żeby się z tym pogodzić porównaj dziecko z dorosłym człowiekiem - czy każdy w takim samym tempie opanowuje nowe dla niego umiejętności fizyczne? czy każdy jest urodzonym sportowcem i z lekkością przychodzi mu nauka kolejnej dyscypliny? no chyba nie...
6) daj dziecku CZAS i CIERPLIWOŚĆ i nie przyspieszaj nieprzyspieszalnego
7) na koniec grafika, która chyba wszystko w tym temacie zobrazuje, czyli kręgosłup dziecka na poszczególnych etapach rozwoju...





3. UŻYWANIE CHODZIKA, SKOCZKA i WISIADŁA


W tym temacie na szczęście świadomość jest całkiem spora, ale niestety nadal istnieją sklepy nazywające się przyjaznymi dzieciom, a sprzedają takie rzeczy. Wszystkie te trzy dobrodziejstwa można wrzucić do jednego worka, bo robimy nimi ogromną krzywdę małym kręgosłupom, bioderkom i genitaliom! Używanie chodzika jest zmechanizowaną próbą przyspieszenia procesu chodzenia. Niestety efekt jest wręcz przeciwny do zamierzonego! Jeśli dziecko samodzielnie bez żadnych zbędnych wspomagaczy przechodzi kolejne etapy rozwoju, ćwicząc odpowiednio te partie ciała, które są mu do tego potrzebne to efekt końcowy jest całkowicie naturalną kwestią. Jeśli wkładamy niechodzące dziecko w chodzik całkowicie przeskakujemy ten proces. Jednak najważniejszą kwestią jest to co powyżej, czyli KRĘGOSŁUP! oraz tutaj dodatkowo dochodzą BIODERKA. Każdy z rodziców biega z nowonarodzonym dzieckiem do lekarzy na bilanse, kontrole, wizyty profilaktyczne i po co? Po co to badanie USG bioderek wykonywane w pierwszych miesiącach życia dziecka, zalecenia pozycji żabki, noszenia z rozszerzonymi nóżkami, kładzenia na brzuchu... To nie są zalecenia na miesiąc, a ostatnie kontrolne badanie bioderek powinno wykonywać się w momencie, gdy dziecka będzie samodzielnie chodzić! Bo wtedy wiadomo, że wszystko co miało dojrzeć do procesu chodzenia dojrzało i jeśli na tym etapie wszystko jest w porządku to tak już pozostanie - wcześniej możemy jeszcze sporo rzeczy spieprzyć. A z takimi dobrodziejstwami jak chodzik, skoczek, czy wisiadło, jesteśmy na najlepszej drodze, by to zrobić. Dlaczego?



Rysunek dokładnie obrazuje na przykładzie porównania wisiadła oraz chusty/nosidła ergonomicznego różnicę w pozycji bioderek. Mechanizm ten działa dokładnie tak samo w przypadku chodzika oraz skoczka, jednak w przypadku tych dwóch ostatnich dodatkowo dochodzi bardzo nie dobra wymuszona pozycja stania na palcach. Zazwyczaj chodziki i skoczki są tak skonstruowane, że dziecko nie sięga do podłogi całą stopą, a jedynie palcami. I w taki sposób pomyka sobie ten nasz szczęśliwy dzieciak po mieszkaniu lub podskakuje pod framugą, a za parę miesięcy będziemy biegać po rehabilitantach, bo mały nie potrafi chodzić na całej stopie i biega na placach. No i do tego wszystkiego dochodzi fakt, że dziecko w każdym z tych urządzeń WISI na swoich genitaliach. Wyobraźcie sobie siebie w takiej pozycji nie ważne jak długo by ona nie trwała. COŚ strasznego!

Dlatego chodzki i skoczki całkowicie odpadają, natomiast jeśli chcecie nosić swoje dzieci to prawidłowa pozycja wygląda tak:


Kto jest ze mną od początku lub obserwuje nas na IG (TUTAJ) wie, że jestem zapalonym miłośnikiem noszenia dzieci w chustach i nosidłach. I kiedy zaczęłam wkręcać się w temat okazało się, że jest to tak rozległa dziedzina, że tak naprawdę dopiero teraz mogę powiedzieć, że wiem na temat sporo. A jeszcze pewnie drugie tyle wiedzy przede mną. Poza prawidłową pozycją bioderek dochodzi jeszcze tutaj kwestia kręgosłupa. Wszystkie wisiadła mają sztywny panel, jeśli więc wkładamy w nie niesiedzącego jeszcze malucha to wymuszamy pozycję wyprostowanego kręgosłupa. W rezultacie robimy bardzo źle kręgosłupowi, bioderkom oraz genitaliom naszego dziecka. A po co? Skoro często w dużo niższej cenie niż owe wisiadło możemy kupić chustę, zaprosić do domu doradcę noszenia i zrobić to nie tylko lepiej, ale prawidłowe noszenie jest naprawdę niezwykle cudowną i zdrową sprawą zarówno dla rozwoju fizycznego, jak i psychicznego naszego dziecka. Więcej o samym noszeniu niebawem, a tymczasem ponownie etapy rozwoju kręgosłupa dziecka tym razem w prawidłowym chustonoszeniu.


ARGUMENTY:
1) konstrukcja majtkowa chodzika, skoczka i wisiadła działa destrukcyjnie na mały kręgosłup oraz bioderka, a dziecko wisi na własnych genitaliach
2) dziecko w chodziku i skoczku nie dosięga całą stopą podłogi przez co wymusza to niezdrową pozycję przemieszczania się na palcach
3) sztywny panel wisiadła wymusza pozycję siedzącą u niesiedzącego jeszcze samodzielnie dziecka
4) używanie tych "cudownych" urządzeń możemy przypłacić latami rehabilitacji i wychodzenia z wad postawy własnego dziecka. Dodatkowo już na starcie życiowym obciążamy jego kręgosłup oraz  biodra - najczęstsze dolegliwości większości społeczeństwa na starość - nieuleczalne i zazwyczaj bolesne zwyrodnienia. Na endoprotezę biodra, czeka się na NFZ średnio jakieś 20 lat - jeśli więc świadomie chcecie używać powyższych to może zapiszcie swoje dziecko już teraz na listę oczekujących...


4. NADUŻYWANIE NA CO DZIEŃ LEŻACZKA/BUJACZKA lub FOTELIKA SAMOCHODOWEGO ZAMIAST GONDOLI W WÓZKU

Kolejne dwa urządzenia, którym możemy zrobić krzywdę małym kręgosłupom. Oczywiście, ani w jednym ani w drugim nie ma nic złego jeśli używane jest z głową. Dlaczego? Zarówno leżaczek/bujaczek, jak i fotelik samochodowy wymuszają zgiętą półleżącą pozycję dziecka, obciążającą kręgosłup, a wiadomo, że najlepsze dla malucha jest leżenie NA PŁASKO lub noszenie, gdzie działa grawitacja i kręgosłup nie jest obciążony. Ja osobiście leżaczka nie posiadam i absolutnie nie odczuwam jego braku. Oba me Krakeny swój czas leżący spędziły głównie na podłodze co jest najzdrowszym miejscem dla takich maluchów lub w chuście, z której mogły oglądać świat w pozycji "wyprostowanej". Istnieją leżaczki, w których można niemowlę położyć całkowicie na płasko, a kiedy będzie samodzielnie siedzieć zmienić pozycję na siedzącą i taki też posiadamy, jednak pełni on u nas funkcję mobilnego łóżeczka w pokoju lub na balkonie. Najbardziej popularne to np. Kinderkraft lub TinyLove. Jakiś czas temu pojawiły się również foteliki BabyBjorn oraz naśladowcy podobnych modeli np. w Ikei - nie są to leżaczki całkiem płaskie, jednak siedzisko jest tak wyprofilowane, że kręgosłup dziecka jest w pozycji wyprostowanej/nie zgiętej. To czego ja osobiście w fotelikach/leżaczkach nie lubię najbardziej to fakt, że dziecko zmuszone jest do tego, by leżeć tam cały czas w tej samej pozycji, co nie daje mu możliwości do obracania się, kręcenia i ruszania całym sobą, a wiadomo, że są to niezwykle ważne dla dzieci czynności, które działają odpowiednio na rozwój, ale również sprawiają im niebywałą radochę. A poniżej przykłady tych możliwie najzdrowszych leżaczków: (od lewej) TinyLove, KInderkraft oraz BabyBjorn.


Fotelik samochodowy jest rzeczą niezbędną jeśli przemieszczamy się samochodem, jeśli tego nie robimy jest on całkowicie niepotrzebny. Zaleca się, by dziecko do 3 miesiąca nie przebywało w foteliku dłużej nić godzinę dziennie, dlatego dalekie podróże jeśli się da lepiej odłożyć na później. Jeździmy samochodem bardzo dużo, jednak jak dotąd nasza najdłuższa podróż wyniosła 4 godziny, z trzema przerwami i kiedy Grześ skończył 4 miesiące. I zawsze zabieramy ze sobą gondolę - wiem, że nie każdemu się takowa do samochodu zmieści, choć większość gondoli składa się na płasko i zajmuje wtedy dużo mniej miejsca. Całkowicie więc zrozumiałe jest, że wtedy używa się fotelika i nie ma tu o czym dyskutować. Jeśli jednak wychodzimy na spacer z domu i zamiast gondoli bierzemy fotelik jest to dla mnie absolutnie niezrozumiała i niedopuszczalna decyzja. Fotelik zaprojektowany jest w taki sposób, by dziecko miało w nim możliwie jak najmniej miejsca, ponieważ jego rolą jest chronienie go w samochodzie i w razie wypadku. Dodatkowo zrobiony jest głównie ze styropianu - wyobraźmy więc sobie jak w upalnie dni czuje się w nim nasze dziecko? W chłodne natomiast, gdy opatulone jest w kombinezony i inne przybytki również za wygodnie raczej mu w nim nie jest. Używajmy więc fotelika samochodowego zgodnie z przeznaczeniem do wożenia dziecka w samochodzie, a na spacery wybierajmy się z wózkiem zaopatrzonym w gondolę. Jakie by nie były nasze przesłanki za wyborem tego pierwszego, na pewno nie mają one nic wspólnego ze zdrowiem i wygodą naszego dziecka, a one chyba są tutaj najważniejsze.

ARGUMENTY:
1) zarówno leżaczek/bujaczek, jak i fotelik samochodowy nie mogą być używane zbyt długo, ponieważ wymuszają półleżącą pozycję niezdrową dla kręgosłupa małego dziecka

2) ograniczona powierzchnia użytkowa powyższych + zapięcie pasami zabezpieczającymi bardzo ograniczają możliwość ruchu dziecka

3) przy upalnej pogodzie zarówno w leżaczku, jak i foteliku dziecko się poci i tak jak powyżej nie może zmienić pozycji, co zdecydowanie nie wpływa dobrze na jego komfort przebywania w tych urządzeniach


5. KŁADZENIE NIEMOWLĘCIA NA PODUSZCE

I ostatni punkt, jak wszystkie poprzednie, zakrawający o podstawowy problem niemowlęctwa, czyli kręgosłup naszego dziecka. Niemowlęciem zwykło nazywać się dziecko do 1 roku życia i każdy szanujący się producent dziecięcych poduszek podaje informację, że są one zalecane właśnie po tym czacie. Dlaczego? Spanie na poduszce ogólnie do zdrowych nie należy i jeśli to możliwe każdemu dorosłemu człowiekowi zaleca się, by z niej zrezygnował. A jak wiemy dorosły człowiek ma całkowicie wykształcony kręgosłup i powinien mieć również wypracowane mięśnie go podtrzymujące, ale z tym to już różnie bywa. Niemniej zapraszam ponownie do pierwszej ryciny przedstawiającej proces kształtowania się dziecięcego kręgosłupa, a słowo KSZTAŁTUJĄCEGO SIĘ powinno dać nam już wystarczający argument, by nie ingerować w te procesy, a układanie dziecka na jakże uroczej podusi taką ingerencją właśnie jest, bo do prawidłowego i zdrowego rozwoju kręgosłupa potrzeba dziecku tylko płaskiej i stosunkowo twardej powierzchni (materace dziecięce zawsze są twardsze niż te dorosłe). Jest to jeden z punktów na liście rzeczy przeszkadzających dziecku w spokojnym śnie, bo na miękkich materacach, kołderkach, podusiach i innych "umilaczach" jest mu po prostu niewygodnie. Na wyposażeniu łóżeczka niemowlęcego powinien więc znajdować się materac, prześcieradło, coś do przykrycia i tyle! W wózku natomiast warto mieć poduszkę antywstrząsową, która przytrzyma główkę w tych pierwszych miesiącach - najpopularniejszy model to tzw. motylek lub półksiężyc (ja osobiście wolę ten drugi). Zwyczajną poduszkę w domu warto posiadać awaryjnie na przykład na wypadek kataru. Kiedy głowę ma się odrobinę podniesioną wiadomo, że oddycha się stosunkowo lepiej. Takie przypadki zdarzają się jednak dość rzadko.
Nie uszczęśliwiajmy więc na siłę naszego dziecka i choćby nie wiem jak słodko wyglądało ono samo lub jego łóżeczko z tą specjalnie robioną na zamówienie poduchą poczekajmy z nią ten rok i wtedy samo nam powie czy chce w ogóle z niej korzystać.

ARGUMENTY:
jeden powtarzający się od początku tego posta - KRĘGOSŁUP!

---------------------------------------------------------------

Powyższe 5 punktów rozbija się o fundamentalny temat dla każdego rodzica - ZDROWIE DZIECKA. Nie są to punkty bez których nie dałoby się żyć, ponieważ z powodzeniem możemy zrezygnować z tych kilku czynności czy przedmiotów, którymi naprawdę możemy zrobić naszemu dziecku krzywdę, a po co? Najczęstszym argumentem w dyskusjach nad zasadnościach powyższych praktyk jest zdanie, które większość rodziców doprowadza do białej gorączki: "a ja tak robiłam i nic się nie stało" - nosz kurwa mać! Przepraszam, ale inaczej się nie da? Co to do jasnej cholery jest za argument? A co miało się stać? Jakiego efektu oczekiwałeś - zadławienia przy pierwszej łyżce? momentalnego skrzywienia kręgosłupa? odpadnięcia nogi w wisiade? To nie są rzeczy, które dają natychmiastowy efekt, jak zjedzenie orzeszków przez alergika. Na efekty można czekać latami, a można też się nigdy nie doczekać, bo jak to mówią wyjątek potwierdza regułę. Nie jesteś w stanie przewidzieć, czy Twoje dziecko za 50 lat nie będzie mieć zwyrodnienia kręgosłupa, za 20 nadwagi lub zaburzeń odżywiania, a za lat 7 nie będziesz zmuszony go rehabilitować, bo skrzywienie kręgosłupa będzie już w dramatycznym stanie. A może za rok będzie miało problem, by zacząć chodzić, bo bioderka nie rozwinęły się tak jak powinny. Nie jesteś w stanie również przewidzieć tego, że postępując zgodnie z zaleceniami mu się to nie przytrafi, ponieważ to tak nie działa. Powyższe zalecenia nie gwarantują, że Twoje dziecko w zdrowiu dożyje 105 lat, ale gwarantuje Ci czyste sumienie, że zrobiłeś wszystko, by mu nie zaszkodzić; że wiedziałeś czym to grozi i świadomie z tego zrezygnowałeś. W wieku niemowlęcym dziecko nie może się sprzeciwić, nie potrafi podejmować samodzielnych decyzji i w całości zależne jest tylko i wyłącznie od nas. Jeśli go nie nakarmisz będzie głodne, jeśli go nie przebierzesz będzie obsrane, jeśli położysz go na poduszce będzie na niej spało, a jeśli wsadzisz go w wisiadło będzie tam wisiało... itd. itd. 

Tak jak napisałam na wstępie nie chcę tym postem nikomu wytykać błędów, bo nie o to tutaj chodzi. Chodzi tu o ZDROWIE dzieci, stających się kiedyś dorosłymi ludźmi. Chorób wszelakich na świecie jest multum i prawdopodobieństwo, że Twoje dziecko na nie zachoruje jest duże. Zmniejsza się ono jednak wprost proporcjonalnie do naszej zdobywanej wiedzy i świadomości o odżywianiu, aktywnym stylu życia i o tym co pomaga a co szkodzi, tak po prostu, po ludzku. I w momencie, kiedy los postawi nas przed najgorszym z możliwych scenariuszy, kiedy nasze dziecko zachoruje, będzie potrzebowało rehabilitacji, komfort jego życia spadnie, będzie odczuwać ból... nie będziemy musieli myśleć nad tym, że może gdybyśmy postąpili tak, a nie inaczej to by do tego nie doszło. Dajmy więc sobie komfort myślenia, że zrobiliśmy wszystko, by do tego nie dopuścić i żyć nadzieją, że nigdy nie będziemy musieli się nad tym zastanawiać.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP