lipca 09, 2017

SLOWLIFE
szybki przepis na udane rodzicielstwo i szczęśliwe dzieciństwo


3 lata temu zaszłam w pierwszą ciążę. Był to najbardziej gorący okres w moim życiu, pędzący w niewyobrażalnie szybkim tempie i jednakowoż wzbijający się na wyżyny ludzkiej wytrzymałości i poziomu stresu. Tak w skrócie można nazwać początki prowadzenia własnej firmy. Prowadziłam ją przez całą ciążę i dopóki Lila nie skończyła 8 miesięcy. Kiedy zamykałam za sobą ten rozdział powiedziałam głośno: NIGDY ku...wa WIĘCEJ! I nie chodzi o prowadzenie firmy, bo w normalnych okolicznościach taki pęd życia jak najbardziej by mi odpowiadał, ale kiedy na horyzoncie pojawia się dziecko zmienia się wszystko. Przekonana byłam, że dam radę, ale po pewnym czasie podjęliśmy jednogłośną małżeńską decyzję, że w taki sposób wychowywać dzieci to my nie chcemy i czas, by choć jedno z nas zwolniło...



# WOLNIEJ ZNACZY LEPIEJ?

Co rozumiem przez to pojęcie? Kwintesencję udanego rodzicielstwa oraz naprawdę szczęśliwego dzieciństwa. Takiego naturalnego, bez pośpiechu i wiecznej gonitwy, dającego poczucie prostoty i bezpieczeństwa. Być może potrzeba zapewnienia tego swoim dzieciom wynikała w faktu, że ja również takie dzieciństwo pamiętam: bez mamy biegnącej do pracy, pobudek do żłobka/przedszkola, dzwoniącego rano budzika... Jak pewnie wiecie Tata mój jest marynarzem, w związku z czym Mama nie pracowała, a ja zamiast chodzić do przedszkola, czy żłobka podróżowałam wraz z rodzicami tu i tam. Wspominam ten czas bardzo przyjemnie. Z perspektywy czasu nazwałabym go sielanką, czy nawet idyllą. Prawdą jest, że nasze (pokolenia lat '70 '80) dzieciństwo, nawet prowadząc normalne życie było spokojniejsze i wolniejsze. Tym bardziej przy szaleńczym tempie współczesnego świata czuję potrzebę powrotu do korzeni i doświadczenia choć przez moment co oznacza zwrot slowlife. Jak to zrobić mieszkając w centrum wielkiego miasta, mając pracującego w normalnym trybie TatęMęża i jednocześnie garnąc się do świata? O tym za moment...


# SLOWLIFE Z DWULATKIEM W MIEŚCIE

Brzmi nieco absurdalnie, sama przyznam. Zwłaszcza jeśli mowa o takim dwulatku jakim jest Lila, czyli żywe srebro, diabeł wcielony, owsiki w tyłku i jak tam to jeszcze nazwiemy. W sześciu słowach: Nie Rusza Się Tylko Gdy Śpi. I młodszym 3 miesięcznym póki co, bratem. Wbrew pozorom nie jest to takie trudne. Każdy rodzic wie jak wielkie znaczenie dla bezpieczeństwa i własnego zdrowia psychicznego mają tzw. rytuały, czyli niekończąca się powtarzalność czynności codziennych. I oto kilka świętych zasad, które pozwalają nam żyć wolno, pełnią życia i chłonąć ze świata wszystko, co warte chłonięcia:

1) NIE SPIESZ SIĘ - nawyk ten trzeba dopracowywać nieustannie! Oczywiście w sytuacji jeśli wcześniej Twoim nawykiem nie był. Ja spieszyłam się całe życie, zawsze gdzieś, coś, ktoś było do ogarnięcia na wczoraj, a dla mnie naturalne wydawało się, że właśnie w takim pośpiechu żyć trzeba. Spieszyłam się na autobus, do szkoły, na uczelnię, do pracy, na fitness, spotkanie ze znajomymi, z terminami w pracy, obiadem... dosłownie wszędzie. Zmiana więc tego nawyku zajęła mi naprawdę sporo czasu, ale po dwóch latach życia z małymi człowiekami z ręką na sercu mogę powiedzieć, że przestałam się w życiu spieszyć. Niestety, aby ktoś mógł się nie spieszyć, ktoś inny musi zapierdalać (kolokwialnie mówiąc), czyli jednym słowem konieczne jest czyjeś poświęcenie. No i u nas tę rolę przejął TataMąż. Niestety on spieszy się gdzieś nieustannie, a ja staram się co nieco balansować tą naszą nierównowagę, choć często wolałabym jednak zamienić się rolami...

2) NIE POGANIAJ - ani siebie, ani dziecka, bo nic dobrego z tego wyniknąć nie może - wkurzasz się Ty, denerwuje się dziecko, pojawia się stres, krzyki, przykre słowa, których później żałujemy, czasem łzy i na co to wszystko? By zdążyć gdzieś tam po coś tam? A czy Wasze relacje, samopoczucie i dobry humor nie są ważniejsze od tej gonitwy? Wiadomo, że czasem gdzieś trzeba wyjść na konkretną godzinę, ale klu całej sprawy leży w tym, by odpowiednio się do tego przygotować. U mnie trwa doprawdy niemało czasu, by zapakować wszystko co trzeba, ubrać Lilę, Grzesia, siebie, sparować to jeszcze z potrzebą cyca, spakować wózek i/lub dotrzeć do samochodu, tam znów to wszystko wypakować, wpakować jedno dziecko, drugie i często jeszcze psa!!! Staram się więc przygotować wszystko na tyle wcześnie, obliczając przy tym przerwy między karmieniami, potencjalne możliwe fochy, marudy i kąt nachylenia księżyca, by bez większych ekscesów dotrzeć do tego nieszczęsnego samochodu. Żeby nie było, że taka jestem idealna zdarza się to bez problemu, nie powiem, ale bardzo często się nie zdarza i jazdę samochodem rozpoczynam od pradawnych technik relaksacji... Osobiście unikam takich sytuacji jak ognia, ale wiadomo że się nie da. Jest to jednym z powodów, dla którego Lila nie chodzi jeszcze do żłobka. Nie wyobrażam sobie przeżywać tego codziennie rano, mając nad sobą piętno zdążenia na tą właśnie konkretną godzinę.
Znacie stan zwany współcześnie lazysunday? Chyba każdy go uwielbia: ten leniwy poranek, kiedy nigdzie nie trzeba się spieszyć, nic nas nie pogania, na wszystko mamy kolokwialnie wyjebane i życie jest wtedy dużo piękniejsze. Znacie to? No jasne! To właśnie mój główny składnik przepisu na udane i spokojne rodzicielstwo/dzieciństwo. U nas lazysunday trwa cały tydzień i jest to świętość nad świętościami. Aktywności wszelakie planuję dopiero po południowej drzemce Lilii, czyli ok. godziny 14:00-15:00. Te nieśpieszne poranki naprawdę są cudowną sprawą zarówno dla niej - nie znając tego stanu wiecznego pośpiechu - dla Grzesia, który ma w tym czasie swoje poranne przerywane cycem drzemki, i dla mnie, gdzie mam ten swój nieśpieszny czas, by się nimi zając, pobawić się z Lilą, poświęcić jej maksimum swojego czasu, który niczym nie jest popędzany. A gdy pójdzie na drzemkę mogę w spokoju nie robić kompletnie nic. Jest to cudowne parę godzin, podczas których naprawdę można naładować baterie. I dopóki będzie to możliwe te magiczno-zwyczajne poranki będę kontynuować jak długo się da. Bo kiedy jeszcze będę miała ja i dzieci okazje, by tak po prostu cieszyć się tą wolnością? KIedy pójdą do przedszkola pośpiech leci już lawino: szkoła jedna, druga, trzecia, zajęcia pozaszkolne, studia, praca, praca, praca...


Spieszmy się więc nigdzie nie spieszyć, 
bo ten czas zbyt szybko mija


3) PAMIĘTAJ O (wy)SPANIU - starojakieś tam przysłowie mówi: JAK ŚPI TO ROŚNIE. I poza charakterem ludowego porzekadła te słowa mają solidne pokrycie w naukowych badaniach, które jednoznacznie mówią, że w czasie snu mózg odpoczywa, przetrawia całą zdobytą przed snem wiedzę; aktywuje połączenia nerwowe i - to już mniej naukowe - ładuje małego człowieka na dalsze zdobywanie wszechświata. A wypoczęty mózg to zdrowe ciało, które daje siłę, energię i możliwości, by prawidłowo się rozwijać. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości i chyba nikogo nie trzeba przekonywać do faktu, że sen jest najlepszym lekarstwem i im go więcej - zwłaszcza u dzieci - tym lepiej. I to jest kolejny powód, dla którego nadal waham się przed zapisaniem Lilii na pełen etat do żłobka. Jest ona dzieckiem o niespożytej energii, które naprawdę nie potrafi usiedzieć w miejscu 3 minut. Własna energia, którą pożytkuje wymaga solidnego naładowania i tym samym całkiem sporej dawki snu. Jej drzemka trwa różnie, ale zazwyczaj mieści się między 2-3 godzinami. I wiem, że zaburzenie tego systemu, wybudzenie, skrócenie, czy jakakolwiek ingerencja w ten jej święty stan wypoczynku rozwala nam cały dzień, a ona do wieczora chodzi marudna. To samo jest ze spaniem w nocy. Niemal jak w zegarku zasypia o 21:00 i śpi do 7:30. I ku mej wielkiej radości ten sam system przejął Grześ, ale o tym innym razem. Sen jest niewątpliwie niezwykle ważnym elementem życia dzieci oraz całej rodziny tak naprawdę, bo śpiące dzieci to szczęśliwi rodzice. Zdecydowanie nie powinno się zakłócać wyuczonego systemu spania, pozwalać spać dzieciom ile wlezie (znam ten ból, gdy dziecko zaśnie w samochodzie o 18:00!!!) i dbać o to by sen był spokojny, a dziecko samo chętnie z niego korzystało. Zapewne nie jest to łatwe, a o tym jak to sobie ułatwić również napiszę niebawem ;)

3) CELEBRUJ - slowlife w moim osobistym odczuciu poza faktem, że jest slow jest również bogate, mądre i ciekawe. Co przez to rozumiem? Rozumiem, że nie oznacza ono życia leniwego w znaczeniu nicnierobienia i opieprzania się przez cały dzień. Oznacza jedynie, że trzeba to życie celebrować, korzystać z niego mądrze i delektować się każdym kęsem. Pozostając w analogii do jedzenia wydaje się to nad wyraz oczywiste, że wpychając w siebie nawet najlepsze jedzenie w biegu nie umywa się ono do nieco gorszego, ale zjedzonego w bardziej podniosłej atmosferze, przy stole i na dodatek w dobrym dla nas towarzystwie. W dzisiejszym świecie bardzo często jest to niebywale trudne, ale głównie z tego względu, że o tym nie pamiętamy i nie zwracamy na to uwagi. Dlatego tak ważne jest, by uczyć tego zarówno siebie, jak i nasze dzieci, które dorastają w chorym świecie poruszającym się w nienormalnie szybkim tempie. Ilość bodźców i informacji docierających współcześnie codziennie do małego człowieka jest porównywalna do ilości, którą pokolenie naszych babć odbierała przez rok! Potraficie sobie to wyobrazić? Bo mnie ta przepaść odrobinę przeraża! Dlatego tak ważna jest celebracja: wspólnych posiłków, kąpieli, czytania, rysowania, czy robienia czegokolwiek innego. Skupiamy się tylko na tej jednej konkretnej czynności; nie włączamy telewizora, by bezmyślnie leciał w tle przez cały dzień i odciągał uwagę; nie siedzimy przy stole z telefonem w ręce; nie czytamy gazety, układając z dzieckiem puzzle... Dlaczego? Tłumaczyć raczej nie muszę. Nie jest to łatwe i sama bardzo często mam z tym problem, ale warto zacząć od małych kroczków i np. żelaznej zasady, że zawsze posiłki jemy wspólnie przy stole i nikt w tym czasie nie ma prawa dotknąć telefonu. Wydaje się proste? Spróbujcie ;) I nie zapomnijcie o prostym fakcie, że to jest Wasz czas - jedyny i niepowtarzalny - i tak naprawdę tylko od Was zależy jak go wykorzystacie. Kiedy jest dziecko sytuacja nieco się komplikuje, ponieważ nie jest to już tylko Wasza sprawa, ale również sprawa tego małego człowieka, dla którego nie ma nic cenniejszego niż właśnie ten Wasz nigdzie się nie spieszący i celebrowany czas.

4) ODKRYWAJ i ZACIEKAWIAJ - poniekąd wynika to z punktu poprzedniego, bo kiedy celebrujemy życie i mądrze korzystamy z jego zasobów pojawia się niepohamowana wewnętrzna potrzeba, by czerpać z niego jak najwięcej. A co może dać nam więcej satysfakcji i spełnienia niż ciągłe poznawanie świata poprzez jego odkrywanie i patrzenie przed siebie z niesłabnącym zaciekawieniem. Niestety my dorośli bardzo szybko zapominamy o takim sposobie na życie, które bez dwóch zdań jest domeną dzieci. I to dla nich powinniśmy wrócić do korzeni, które kiedyś dotyczyły każdego z nas. Dziecko jest wiecznie ciekawe i gotowe do odkrywania. Ono nie ma poczucia czasu i nie jest w stanie wyobrazić sobie tak abstrakcyjnego pojęcia jak jutro. Nie wie co to oznacza. Wie natomiast, że dzisiejszy dzień był rewelacyjny i kiedy wstanie na pewno będzie czekać go kolejna niesamowita przygoda. A przygodą może być wszystko! Jak już wiecie mamy swoją lazysunday codziennie, nieśpiesznie celebrując poranek udajemy się na drzemkę. Kiedy Lila wstaje najczęściej mamy godzinę 13:00-14:00 i wtedy zaczyna się czas na przygodę. Co nią będzie? Zazwyczaj, poza paroma dniami, kiedy mamy zaplanowane zajęcia zorganizowane, owe przygody organizujemy na bieżąco. Czasem jest to spacer, ale nigdy w to samo miejsce co wczoraj; czasem wizyta u babci i szaleństwa na ogródku; czasem poszukiwanie w innym mieście wypasionego placu zabaw, albo wyprawa nad wodę; czasem wyjście na lody i kawę... Możliwości jest nieskończenie wiele, ale nie ma w nich miejsca na nudę. Codziennie (no chyba, że pogoda woła o pomstę do nieba) po drzemce wychodzimy z domu zdobywać świat i zawsze mówię Lilii, gdzie akurat dzisiaj się wybieramy i pytam czy ma w ogóle na to ochotę. Błysk w jej oczach, uśmiech od ucha do ucha i pęd po buty mimo że jest w piżamie są dla mnie najlepszym motorem napędowym, bo nie ukrywam, że bardzo często nie mam najmniejszej ochoty ruszać się z domu, ale mała lokata siła pcha mnie nieustannie do działania. Zawsze wieczorem opowiadamy sobie co ciekawego robiliśmy w ciągu dnia i mam wtedy poczucie naprawdę dobrze wykorzystanego czasu. Zazwyczaj nas to nic nie kosztuje, czasem parę złotych, czy benzyny wydamy, ale największym kosztem w tym wszystkim jest nasz czas. Jestem naprawdę wdzięczna losowi, że mam możliwość spędzania tych najważniejszych pierwszych lat moich dzieci razem z nimi. Tyle razy miałam ochotę załatwić ten żłobek, czy nianię i uciec do ludzi i normalnej pracy. Ale zawsze pojawiają się po chwili myśli, że ten czas już nigdy nie wróci; że dzieci tak szybko rosną i tak naprawdę to co w nich zakiełkuje w tych pierwszych trzech latach będzie procentować przez całe ich życie. I czas kiedy wchłonie ich system nadejdzie szybciej niż mi się wydaje. Nie pozostaje mi więc nic innego jak żyć w zgodzie z sobą i potrzebami moich dzieci tak długo jak to możliwe i wraz z nimi odkrywać ten niesamowity świat i zaciekawiać je tym co może je zaciekawić, czyli dosłownie wszystkim.

5) SŁUCHAJ SWOJE DZIECKO - to w zasadzie nie dotyczy bezpośrednio tematu slowlife, a ogólnie pojętej komunikacji, ale że wcześniej o tym nie pisałam liznę szybko temat. Słuchanie dzieci jak się okazuje jest niezwykle trudnym zadaniem, a wynika to w faktu, że nie darzymy ich odpowiednią dawką szacunku. Traktujemy je jako małe niemądre istoty, które mają słuchać co do nich mówimy. Słyszymy ich, staramy się najczęściej je uciszać, ale nie słuchamy co mają do powiedzenia. A mają bardzo wiele, nawet jeśli jeszcze mówić nie potrafią. Dlaczego teraz o tym piszę? Bo ideologia slowlife zakłada spokojne i szczęśliwe życie, a takie może być tylko w sytuacji, gdy maksymalnie minimalizujemy konflikty międzyludzkie. A jakby na to nie patrzeć ludźmi, z którymi spędzamy najwięcej czasu są nasze dzieci i to z nimi owe konflikty mamy najczęściej. I nie chodzi tu konflikty życiowe z nastoletnią córką, ale i z kilkumiesięcznym oseskiem, który również ma swoje potrzeby, pomysł na daną sytuację oraz własne zdanie. Nawet jeśli nie potrafi jeszcze wyrazić go werbalnie. Jednak my dorośli nie zwykliśmy słuchać tych małych istot, bo co one tam wiedzą o życiu. Wiedzą więcej niż nam się wydaje, są mądrzejsze niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić, zasługują na taki sam, a nawet większy (bo to w końcu nasze dzieci) szacunek i dopuszczenie do głosu jak każdy inny dorosły człowiek. Dlatego kluczem do spokojnego i szczęśliwego życia z naszymi dziećmi jest słuchanie, co mają nam do powiedzenia (nawet jeśli mają zaledwie kilka miesięcy...)

Jak mawiał Janusz Korczak:

"Dzieci są tak samo mądre jak dorośli, mają tylko mniejsze doświadczenie"

6) ODPUSZCZAJ - powtarzam to jak mantrę niemal w każdym poście. Z natury jestem introwertykiem i obserwatorem. Lubię patrzeć na świat i ludzi - ich relacje, reakcje, wybory... Taki trochę niespełniony ze mnie socjolog. Niestety bardzo często nie są to przyjemne obserwacje, a jedną z nich - na masową skalę - jest podchodzenie do życia zbyt serio, nakładanie na siebie niepotrzebnie dużej ilości obowiązków, wymaganie od siebie i innych rzeczy, bez których życie byłoby dużo przyjemniejsze i wreszcie przejmowanie się absurdalnie niepotrzebnymi rzeczami, co bezsensownie podnosi poziom stresu w naszym życiu oraz każdego kto ma w nim bezpośredni udział. Wiem, że nie jest łatwo to zrobić i dużą rolę odgrywa tu nasza osobowość - ja zostałam kiedyś przez przyjaciółkę sklasyfikowana jako człowiek, który ma na wszystko wyjebane, ale to nie jest do końca prawda. Jest mnóstwo rzeczy, którymi naprawdę cholernie się przejmuję i nic tego stanu nie zmieni, ale są to sprawy mojej osobistej wagi państwowej, dotyczące życia, zdrowia, bezpieczeństwa i przyszłości moich bliskich. Na całą resztę zdecydowanie wyjebane mieć mogę i polecam każdemu. Życie z małymi dziećmi naprawdę daje nam w kość praktycznie codziennie, po co więc samemu kłaść sobie kłody pod nogi i sprawiać, by było nam jeszcze ciężej. To przeczy prawom logiki!

7) PAMIĘTAJ, ŻE ROK MA 52 WEEKENDY! - dlaczego jest to takie ważne? Ponieważ weekendy pozwalają nam zwolnić. Oczywiście mówię tu o tygodniowym systemie pracy bez sobót i niedziel. Niestety prowadząc restaurację doświadczyłam pracy 7 dni w tygodniu bez żadnego wolnego weekendu i wiem co znaczy pracować w ten sposób. Chylę więc czoła do samej podłogi każdemu kto pracuje na zmiany, nocki, w weekendy i żaden standardowy kalendarz wolnych dni się go nie trzyma. Jest to cholernie trudne życie... Jednakże większość ludzi pracuje w ciągu dnia od poniedziałku do piątku i zapewne sami nie zdają sobie sprawy z tego jakie mają szczęście. Zwyczajowo rok ma 365 dni co daje nam 52/53 tygodnie, a to znów oznacza, że mamy 114 wolnych dni w ciągu roku, nie wliczając w to urlopu! W momencie kiedy przedłużymy sobie tzw. długie weekendy zyskamy dodatkowo 10 dni, co da 125 dni wolnych! Czyli tak naprawdę pracujemy jedynie 2/3 roku, a 1/3 możemy robić co nam się żywnie podoba. Pamiętajmy, że mając już odpowiedni staż pracy przysługuje nam jeszcze 26 dni płatnego urlopu! Przyznam szczerze, że w takim rozrachunku świat wydaje się dużo przyjemniejszy. Ja aktualnie na etacie nie pracuję, ale pracuje TataMąż więc sami zobaczcie ile mamy możliwości na zwolnienie tempa codzienności.
Odkąd pamiętam zawsze miałam duszę podróżnika i nie potrafiłam długo usiedzieć na tyłku w domu. Nie mówię tu o podróżach na koniec świata na kilka miesięcy czy chociaż te obowiązkowe dwa tygodnie, na które czeka się cały rok. Wyjeżdżać można na kilka dni, weekend, czy nawet jeden dzień i naprawdę świetnie się bawić, odpocząć i naładować baterie. Z dziećmi jest to dla mnie punkt obowiązkowy, który zdecydowanie pozwoli nam zwolnić, uwolnić się od codzienności, a przede wszystkim otwierać przed dzieckiem świat oraz różnorodne życiowe sytuacje, bo to w wyruszaniu ku przygodzie jest dla mnie najważniejsze. Jest to najprostszy sposób na przeniesienie się do całkowicie nowego i nieznanego nam świata. Jeśli lubicie ten stan to wyobraźcie sobie, że tak czują się dzieci codziennie - wstają rano bez bagażu dnia wczorajszego czekając na nową przygodę. Dlatego to wszystko o czym pisałam wcześniej jest tak istotne. A o tym dlaczego warto podróżować z dziećmi możecie przeczytać TUTAJ. Niestety nie jest to sprawa tania, ale przecież nie zawsze trzeba wyjeżdżać na kilka dni, odwiedzać parki rozrywki, czy korzystać z atrakcji, które sporo nas kosztują. Wystarczy kupić bilet za 3,60 zł na tramwaj i pojechać na wycieczkę do centrum miasta - jeśli na codzień poruszacie się samochodem nawet nie zdajecie sobie sprawy jaką frajdę zrobicie dziecku; możecie wyruszyć na przejażdżkę rowerową, jeśli taką aktywność lubicie; możecie pojechać na piknik i spacer po lesie - jeśli mieszkacie w mieście będzie to świetna zabawa. Najważniejsze, by być razem i nigdzie się nie spieszyć. Od jakiegoś czasu staramy się wyjeżdżać za miasto w każdy weekend - jeden dzień TataMąż ma na regeneracje w domu, korzystając z uroków lazysunday, a w drugi zaraz po wstaniu, zaliczając drzemkę w samochodzie wyruszamy gdzieś ku przygodzie i powiem Wam, że są to naprawdę cudowne chwile, które będą żywym wspomnieniem dzieci o swoim własnym dzieciństwie.

A że kolejny weekend jakby tuz tuż, możecie zacząć zwalniać, delektować się, celebrować i odkrywać już niebawem ;)

A tak jeszcze słowem podsumowania to najważniejszą rzeczą, którą musimy sobie uświadomić jest fakt, że rodzicielstwo jest stanem naszego umysłu i tylko od nas zależy, czy będziemy chcieli czerpać z tego radochę, czy użalać się nad swym nieszczęsnym losem rodzica. Prawda jest taka, że wychowanie dzieci to koszmarnie trudna sprawa, jednak niewielkim kosztem i wysiłkiem możemy zrobić z tego przygodę naszego życia, zarówno dla nas samych, jak i dla naszych dzieci. Bo (nie)stety odpowiedzialność za ich szczęśliwe dzieciństwo również w całości spoczywa na naszych rodzicielskich barkach. Idealny przepis na udaną symbiozę w związku dziecko-rodzic niestety nie istnieje, ale być może mój, opisany jakże szeroko, pomysł spowalniający co nieco Was zainspiruje. Nie jest to łatwe, będąc członkiem najbardziej pracowitego społeczeństwa Europy, ale być może część z Was wybrała sobie na tegoroczne wakacje ukochaną przeze mnie lata temu Grecję, która slowlife opanowała po mistrzowsku. Może politycznie nie do końca wyszło im to na dobre, ale każdy kto do tego kraju przyjeżdża, wyjeżdża z doskonałą znajomością dwóch słów, będących kwintesencją greckości i spokojnego, szczęśliwego życia: 

Siga siga kochani! ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP