grudnia 28, 2016

Ciąża, roczniak, remont i przeprowadzka
10 SPOSOBÓW jak to przetrwać i nie zwariować...


Odkąd dowiedziałam się, że jestem w kolejnej ciąży, a ta zaczęła dawać o sobie znać moje życie stało się pasmem torów przeszkód, nieoczekiwanych zwrotów akcji i mniejszych bądź większych przeciwności. Radocha z tego wszystkiego co nas przez te miesiące spotkało pomału zaczyna się pojawiać, bo mamy czas, żeby w ogóle się nad tym zastanawiać. W zasadzie od jakiegoś tygodnia, kiedy to na liście obowiązkowych obowiązków został tylko montaż luster do szafy. Narzekać nie mogę absolutnie, bo wszystko to - no, prawie wszystko... - odbyło się na nasze własne życzenie. Teraz mogę już z czystym sumieniem powiedzieć, że jest dobrze, a ja jestem szczęśliwa! Do pełni spełnienia brakuje mi tylko wrócenia do normalnego roboczego trybu życia, który tym postem chciałabym rozpocząć. A teraz pokrótce opowiem Wam jak kolejne dwie kreski wywróciły moje życie na nowo do góry nogami i w jaki sposób względnie łatwo można sobie z tym poradzić...


# CIĄŻA

Wydawało mi się, że moja pierwsza to był hardcore! Raczkujący biznes, praca 24/7 do samego porodu, dolegliwości w cholerę i ani chwili spokoju, czy wyciszenia. Planując drugą ciążę od razu stwierdziłam, że drugi raz tego nie powtórzę! O nie! Była na to szansa, bo zaciążyłam jeszcze na macierzyńskim, mając cichą nadzieję, że teraz będzie inaczej i ciążowe dolegliwości mnie ominą. Niestety nic bardziej mylnego. Wróciły ze zdwojoną siłą dokładając swoje trzy grosze spowodowane stosunkowo krótkim odstępem czasu od cesarki. Wylądowałam więc na L4, w żadnym wypadku niewymuszonym, bo najnormalniej w świecie czułam się fatalnie! Bóle podbrzusza, nawrót astmy, migreny i książkowe mdłości przez bite trzy miesiące. Można by pomyśleć, że przynajmniej teraz miałam okazję leżeć do góry rosnącym brzuchem i nic nie robić. Ha! Teraz dla odmiany pojawiła się zmienna zakłócająca, która okazała się jeszcze większym hardcorem niż własny biznes - roczne dziecko w domu! Zalecenia lekarza były więc jednoznaczne: odpoczywać jak najwięcej i nie dźwigać dziecka. Hmmm... Na szczęście ciąża w całkowitym zdrowiu i porządku, więc nie byłam zmuszona do leżenia, ale musiałam nieźle przeorganizować sobie świat, żeby przetrwać ten kołchoz...


# HIGH NEED BABY, czyli roczniak w domu

Pisałam już jakiś czas temu, że nasze kochane dziecko do 7 miesiąca życia było aniołem. Przesypiało całe noce, śmiało się, jadło i dobrze bawiło. Kiedy odkryła raczkowanie poleciało lawinowo. Odezwała się w niej niemierzalna i nieograniczona energia, która rośnie proporcjonalnie do jej umiejętności motorycznych i chęci poznawania świata. Odkąd postawiła pierwsze samodzielne kroki życie nasze i naszej kochanej małej Lili jest w ciągłym, absolutnym i permanentnym biegu. Zatrzymuje się tylko gdy śpi i ładuje bateryjki na kolejne biegi przełajowe przez nasze wspólne życie. Na szczęście spanie nadal jest jedną z jej ulubionych czynności, śpi z jedną pobudką do ósmej rano, w ciągu dnia ma dwie drzemki z zegarkiem w ręku zawsze o tych samych godzinach i chwała jej za to, bo inaczej nie byłabym w stanie pozostać przy zdrowych zmysłach. Na nasze nieszczęście w momencie, kiedy zaczęły się moje ciążowe dolegliwości Lila zaczęła potężną dawkę ząbkowania - przez bite trzy miesiące wychodziło jej na raz 6 trzonowców, cztery czwórki i jedna zapomniana dwójka. Teraz stosunkowo mało inwazyjnie postanawiają przebić się trójki i zaczęła być stosunkowo znośna w obyciu. O ile na początku naprawdę niewiele było jej potrzeba do dziecięcego szczęścia, o tyle odkąd skończyła roczek zdecydowanie skoczyła na poziom high need baby. Nie potrafi usiedzieć w miejscu, sama sobą zajmie się góra na 5 minut, wymaga ciągłej uwagi, wspólnych zabaw, czytania książeczek, poznawania świata. Ja sama wiedząc, że za parę miesięcy nasz wspólny czas zdecydowanie się skurczy nie potrafię jej odmawiać i cały swój czas poświęcam jej małemu światu, który stał się totalnie integralny ze mną. Na szczęście jest już dość komunikatywna i wiele rzeczy można zrobić wspólnie z nią, równie wiele rozumie i fajnie się z nią współpracuje. Niestety w naszym względnym porządku pojawiła się kolejna zmienna zakłócająca z postaci konieczności zmiany mieszkania i przeniesienia całego naszego wszechświata w nowe miejsce, z którego trzeba było stworzyć nowy dom...


# REMONT

Można powiedzieć, że mój żywioł. Remonty i architektura wnętrz zawsze była moim konikiem - w końcu nawet udało mi się w tym kierunku skończyć wymarzone studia. Teraz jednak weszliśmy na poziom abstrakcyjny. Najpierw bite dwa miesiące poszukiwania mieszkania, co było istnym koszmarem, którego absolutnie się nie spodziewałam, później gdy już w końcu się udało trzeba było jak najszybciej je ogarnąć, odświeżyć - specjalnie szukaliśmy takiego nie wymagającego remontu - wyposażyć i stworzyć w nim przytulną przestrzeń do życia. Przy pracującym małżonku i małym dziecku, które przez bite dwa, a może trzy tygodnie ku mojej matczynej rozpaczy trzeba było non stop podrzucać do dziadków, było to wyzwanie, które nawet mnie zaczęło w pewnym momencie przerastać. Mimo przeprowadzki w połowie listopada, dopiero w zeszłym tygodniu ostatecznie zakończyliśmy wszystkie prace kosmetyczne i ukończyliśmy najważniejszy i ciągnący się jak flaki z olejem punkt lokalu, czyli pokój Lilii. Z ręką na sercu odważę się powiedzieć, że przerosło to nawet nasze otwieranie restauracji, które wspólnie uznaliśmy za najgorsze doświadczenie remontowe w naszym życiu. Myliliśmy się! Remont z rocznym dzieckiem, w ciąży i po godzinach pracy to doświadczenie, którego z całą pewnością nie chcemy powtarzać! Remont remontem, ale później trzeba się jeszcze przeprowadzić...


# PRZEPROWADZKA

Z ręką na sercu mogę przyznać, że było to najgorsze doświadczenie jakie do tej pory przeżyłam w swym ponad 30-letnim życiu. W zasadzie była to druga przeprowadzka, której doświadczyłam, jednak pierwsza, będąca opuszczeniem rodzinnego domu, zabraniem ciuchów, książek i przybyciem do własnego mieszkania, które na spokojnie zostało wyposażone w porównaniu z tym kołchozem, z którym przyszło nam się zmierzyć była jak wyjazd na wakacje. Teraz musiałam zabrać cały "dobytek" gromadzony przez ponad 7 lat w kuchni, łazience, 5 metrowej szafie i przede wszystkim przy dziecku. Ilość przedmiotów, które posiadaliśmy poważnie mnie przeraziła. Zrobiłam solidną selekcję, wypieprzyłam kilka gigantycznych worów z bliżej nie określonymi mej potrzebie rzeczami, a mimo to nadal było tego W CHOLERĘ I TROCHĘ! Od początku wiedziałam, że będzie to straszne doświadczenie, ale przez myśl mi nie przeszło, że aż tak...


Tak bardzo skrótowo wyglądało nasze życie przez ostatnich kilka miesięcy. Pomiędzy tym było oczywiście mnóstwo innych drobnych aspektów, jak choćby dwumiesięczna walka o oko naszego buldoga, które nie chce się wyleczyć i czasem kilka razy z tygodniu jesteśmy z nim u weterynarza; rodzinna żałoba, która trochę wytrąciła nas z życiowej równowagi; wyjątkowo pracowity okres u Adama, który zabierał nam czas na dokończenie naszej życiowej przestrzeni; czy przetrwanie rodzinnej epidemii wirusowej, która niestety i nas nie ominęła w tym sezonie. Jednym słowem, a bardziej trzema: nie było łatwo... Ten czas jednak, jak każdy, który w jakiś sposób silnie oddziałuje na nasze życie, nauczył mnie czegoś nowego, co początkowo bardzo kłóciło się z moją naturą pracoholika i człowieka nielubiącego tracić czasu na nic nie robieniu. Ciąża, która jest stanem w każdej sytuacji wyjątkowym; roczny maluch biegający po moim domu; czy w końcu własne potrzeby, które wcześniej spychałam na dalszy plan zmieniły moje spojrzenie na wiele spraw, paradoksalnie momentami pozwoliły się wyciszyć i znaleźć złoty środek, by w całym tym szaleństwie nie zwariować i znaleźć czasem chwilę na zwolnienie. Bo jakby na to nie patrzeć taka kumulacja zmiennych zakłócających to nie lada wyzwania...


10 SPOSOBÓW, BY TO PRZETRWAĆ I NIE ZWARIOWAĆ:


1) WYZNACZ PRIORYTETY - zawsze i wszędzie musimy dokonywać wyboru co w danej chwili, czy w życiu w ogóle jest dla nas najważniejsze. Całe nasze życie składa się z odpowiednio postawionych priorytetów. Często mylnie je określamy i później tego żałujemy. Jeszcze nie tak dawno temu bardzo egoistycznie podchodziłam do życia, ważne były pasje, marzenia, praca i stan ogólnego spełnienia, który dawały mi właśnie powyższe. Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę coś zaczęło się zmieniać - hormony to jedno, ale potężnym liściem w policzek była śmierć mojej babci, trzy miesiące później przyjaciela, wreszcie parę tygodni później narodziny dziecka. Kumulacja tych wydarzeń dała mi wiele do myślenia i momentalnie nakierowała moje priorytety na zupełnie inne tory. Mówi się, że człowiek musi przeżyć coś traumatycznego, żeby pewne prawdy o życiu zrozumieć. I zrozumiałam, że życie jest kruche, zbyt krótkie i najważniejsza jest dla mnie rodzina, jej zdrowie i bezpieczeństwo. W tej ciąży priorytet był oczywisty: najważniejszy jest nasz rodzinny spokój, bezpieczeństwo nienarodzonego i szczęście mojego istniejącego już dziecka. Bez zawahania odłożyłam na bok to co w jakiś sposób mnie określało, czyli pracę, tudzież pasje. Nie pracowałam zarobkowo, ponieważ byłam na macierzyńskim, ale spełniałam się sama dla siebie w fotografii i pisaniu. Zarówno zdjęcia, fotoblog, jak i blog poszły w odstawkę w celu przeorganizowania sobie życia w taki sposób, by jak najwięcej czasu poświęcić na własne zdrowie i rodzinę, przede wszystkim Lilę. Przyszło to momentalnie. Początki nie były trudne, bo czułam się fatalnie i nie miałam siły, by robić cokolwiek innego poza dotrwaniem od jednej nocy do drugiej. Później weszło mi w nawyk, z którego trudno mi się wydostać. Czuję się lepiej, choć dochodzą kolejne dolegliwości uniemożliwiające mi robienie wielu rzeczy, doszliśmy z Lilą do sprawnej współpracy, remont skończony, przeprowadzka za nami i teraz czekają nas trzy miesiące względnego spokoju. Jak pisałam powyżej, tym postem chciałabym powrócić pomału zarówno do pisania i nadrobienia zaległości w dziesiątkach czekających na dysku zdjęć, ale jest to sprawa bardzo drugorzędna. Określiłam swoje priorytety bardzo konkretnie i nie wyobrażam sobie, by cokolwiek mogło je zmienić. Można powiedzieć, że stałam się mało ambitną kurą domową - być może, ale dobrze mi z tym i o dziwo czuje się w tej roli spełniona :)

2) ZWOLNIJ - bez względu na to jakimi priorytetami kierujemy się w życiu, czy danej chwili, będąc w sytuacji podobnej do mojej, pierwsze co powinniśmy zrobić, by zachować równowagę wewnętrzną to zwolnienie. Stres i pośpiech to największy wróg ciężarnych, nie sprzyja również bezpieczeństwu i miłej atmosferze wychowania małego człowieka. Jeśli czek nas remont, czy/i przeprowadzka robienie tego w pośpiechu również nie sprzyja dobrym rozwiązaniom. Gdyby przepracowanie i zbytnie obciążenie przyspieszyło naszą akcję porodową pewnie długo nie darowałabym sobie, że ważniejsze było dla nas dopieszczenie mieszkania niż dbanie o własne zdrowie. Co nagle to po diable, jak mówi staropolskie przysłowie. Remont nie ucieknie, a zdrowie, czy relacje z dzieckiem mogą na tym bardzo ucierpieć.

3) ZAPLANUJ - kiedy na naszych ciążowych barkach spoczywa organizacja zarówno codziennego życia, jak i wartości dodanych w postaci remontowych zakupów, zaprojektowania wnętrza, organizacja prac remontowych, czy wreszcie przeprowadzki zbawienny będzie solidny, niemal godzinny plan. Przy małym dziecku rozkład dnia jest powtarzalny i bardzo niewskazane jest zaburzanie schematu, które daje dziecku poczucie stabilności i bezpieczeństwa. O konkretnej godzinie pobudka, mniej więcej stałe godziny posiłków, u nas świętością jest dopołudniowa drzemka i dopiero po niej cokolwiek mogłam nam zaplanować: "podrzucenie" do dziadków, ustalenie godziny powrotu małżonka z pracy, podział obowiązków, zabranie kogoś na cięższe zakupy, bo sama dźwigać nie mogę... W naszą remontową przeprowadzkę przez około trzy tygodnie zaangażowana była niemal cała rodzina. Podzielenie opieki między dziadkami na dziecko i psa, zaplanowanie moich aktywności w czasie wolnym od uczelni i pracy siostry, która była nieoceniona pomocą i konkretne prace w konkretnym czasie Adama z tatą. Logistyczne rozpracowanie tego wszystkiego było nie lada wyzwaniem i często nawalało, ale planowanie dało mi względne poczucie bezpieczeństwa i w miarę sprawne ogarnięcie tego co potencjalnie nie do ogarnięcia. W normalnych okolicznościach bez ciąży, dziecka, psa i z urlopem Adama ogarnęlibyśmy to góra w tydzień, ale wtedy nie musielibyśmy się przeprowadzać, więc jak widać średnio logiczne rozumowanie.

4) RÓB PRZERWY - nawet jeśli pracy jest mnóstwo i liczy się każda sekunda czasem warto zatrzymać się i uświadomić sobie, że nawet jeśli z czymś nie zdążymy, czy coś nam się przeciągnie nie wydarzy się koniec świata, a dobre samopoczucie zdecydowanie należy pielęgnować. Warto zrobić czasem dzień przerwy, wyjść na obiad, pojechać na wycieczkę z dzieckiem, posiedzieć z rodziną, czy odmóżdżyć się w kinie, teatrze, na koncercie... Reset każdemu się przyda, a przeciążenie systemu może przynieść więcej szkody niż pożytku.

5) ODPOCZYWAJ - to podstawowe zalecenia niemal w każdej ciąży, a jeśli obłożona jest ona taką ilością dolegliwości jak moja to zdecydowana podstawa. Odpoczynek z rocznym dzieckiem, na dodatek tak nieokiełznanym wulkanem energii, jakim jest Lila to czysty oksymoron. Musiałam jednak znaleźć na to jakieś rozwiązanie. Większość mojej aktywności blogowej czy fotograficznej był to czas drzemki oraz wieczory. Odkładając te dwie aktywności na bok zyskałam dwie godziny odpoczynku do południa i spokojne wieczory na kanapie z herbatą. Wydawać by się mogło, że to niewiele, ale te momenty naprawdę pozwalają mi odpocząć. Po całym dniu w ciągłym ruchu i dziecięcej aktywności dla każdego rodzica moment, gdy mały człowiek zasypia to błogosławieństwo. Dla ciężarnej podwójne i perspektywa spędzenia tego czasu w pozycji siedzącej przed monitorem komputera zdecydowanie mi się nie podobała. Zrezygnowałam więc z tych "przyjemności", by uczynić z naszej dopołudniowej drzemki świętość z wyłączonym telefonem, a wieczór momentem nicnierobienia z nogami na kanapie. Zaplanowałam też grupowe zajęcia Lilii tak, by wracając drzemała w samochodzie, a ja w tym czasie mogę delektować się spokojną jazdą bez celu. Można? Można. Trzeba tylko odpowiednio się zorganizować.

6) CELEBRUJ CHWILE - w pierwszej ciąży mnóstwo czasu poświęca się na przygotowania do powitania małego człowieka na świecie, w drugiej - przynajmniej u mnie - wygląda to zupełnie inaczej. Mam w planach niebawem zakup kilku niezbędnych przedmiotów do wyprawki, jednak dużo ważniejsze są TU i TERAZ. Mam świadomość tego, że za trzy miesiące nasze życie po raz kolejny wywróci się do góry nogami, nic nie będzie takie samo i zajmie nam kilka tygodni, a może nawet miesięcy, by usystematyzować swoje życie i znaleźć w nim względny spokój. Dlatego tak ważne jest, by każde te najdrobniejsze elementy naszej codzienności przeżywać z odpowiednią celebracją: ta dopołudniowa drzemka, wspólny posiłek z maluchem, który sam już zjada posiłek widelcem, te wieczory na kanapie i film obejrzany w całości z małżonkiem, te wspólne zabawy z Lilą, spacery i wielogodzinne czytanie książeczek... Te ostatnie celebruję najbardziej, bo wiem, że mój czas z nią za niedługo bardzo się skróci, że bardzo będę chciała zająć się nią tak jak teraz, ale noworodek, cycek, noszenie częściej jego niż jej sukcesywnie mi to uniemożliwi. Podobno dzieci szybko się aklimatyzują, ale wiem, że choćbym nie wiem jak się starała to jakoś się to na niej odbije. Te świadome celebracje i poświęcanie każdej możliwej chwili na dobre wykorzystanie aktualnego względnego spokoju daje mi poczucie, że robię to tak jak powinnam i nie mogę sobie nic zarzucić.

7) ZNAJDŹ CZAS TYLKO DLA SIEBIE - do niedawna szkoda było mi poświęcania czasu i pieniędzy na swoje drobne przyjemności bez których mogłam się obejść lub zrobić sama. Przestałam farbować włosy, bo nie miałam czasu, czy bardziej nie chciało mi się co kilka tygodni drałować do fryzjera; nie malowałam paznokci, bo nigdy nie udawało mi się znaleźć dłuższej chwili, by zdążyły wyschnąć i wyglądać względnie, jedynie pedicure nie odpuszczałam, ale też robiłam to "na odwal się"; nie miałam kiedy czytać książek, czy obejrzeć ulubionego filmu. Jakiś czasu temu odkryłam, że to właśnie w tych drobiazgach tkwi spory sekret mojego spokoju. Wizyta u fryzjera to czas, kiedy mogę godzinę posiedzieć nic nie robiąc i poczytać gazety, których nigdy nie przeczytałabym w domu; u kosmetyczki mam możliwość wypicia w przyjemnej atmosferze całej filiżanki ciepłej kawy; książki czytam codziennie wylegując się wieczorem w wannie, a filmy oglądam na kanapie zamiast siedzieć przed komputerem. Jakoś nie mam problemu, by wygospodarować na to czas, czy znaleźć opiekę dla dziecka. Ten czas jest bezcenny i wart każdej wydanej złotówki, podobnie jak świąteczne specjały, których przygotowanie zamówiłam oszczędzając tym samym kilka godzin własnej pracy, które mogłam spędzić z dzieckiem, czy małżonkiem. Mała rzecz, a cieszy i pozwala na znalezienie swojej wewnętrznej równowagi między tym co my dajemy rodzinie i dzieciom, a tym co same możemy uszczknąć z tego szalonego czasu.

8) NIE SPIESZ SIĘ -  cokolwiek robisz, NIE SPIESZ SIĘ! Pośpiech generuje stres, a to, jak pisałam wcześniej, najgorsza rzecz, jaką możemy zaserwować sobie w ciąży. Pośpiech z dzieckiem, stresuje nasze dziecko, a stąd już prosta droga to krzyków, płaczu i nerwowej atmosfery, która nikomu nie sprzyja. W pierwszej ciąży, w której pracowałam spieszyłam się gdzieś zawsze i wszędzie, teraz kiedy słowo praca jest dla mnie tylko wspomnieniem mogę tak zaplanować sobie życie, by absolutnie nigdzie się nie spieszyć. Czasem coś nie wypali, wiadomo, a najczęściej spieszę się do lekarza, jednak w zdecydowanej większości udaje mi się tego pośpiechu uniknąć. W przypadku remontu i przeprowadzki było ciężko, bo zależało nam by jak najszybciej to skończyć, ale mimo wszystko zdarzyło nam się odpuścić i tym samym opóźnić parę dni po to, by zrobić to na spokojnie i bez pośpiechu.

9) WYLUZUJ - tak po prostu... wśród wielu, czasem niepochlebnych cech, które słyszę od ludzi, z którymi żyję jest fakt, że kolokwialnie mówiąc na wiele rzeczy ma wy...ebane, co w dużym skrócie oznacza, że się nie przejmuję. Jest to dość ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że mam naturę wyjątkowo pedantycznej perfekcjonistki. Życie nauczyło mnie jednak, że naprawdę nie warto wszystkiego brać na poważnie. Nie dotyczy to oczywiście rzeczy ważnych jak zdrowie, bezpieczeństwo, czy na przykład wychowanie dziecka, a bardziej wtrącanie się w to wychowanie innych. Zdecydowanie mam granice swojego wyluzowania, ale jeśli chodzi o sprawy codzienne to jest bardzo niewiele spraw, którymi tak naprawdę się przejmuję. I ta cecha chyba najbardziej ze wszystkich pomaga mi przetrwać te pozornie ciężkie chwile. Bo jeśli nie muszę walczyć o czyjeś zdrowie, czy życie cała reszta jest do przeżycia i choćby nie wiem co się działo, jakoś to będzie. I faktycznie zawsze jest, więc zdecydowanie polecam ;) W przypadku kumulacji z tytułu posta przyda się w szczególności!

10) KOCHAJ SWOJE ŻYCIE - to w zasadzie najważniejszy punkt dla każdego żyjącego na tym świecie człowieka i każdy powinien codziennie sobie to uświadamiać. Jeśli jesteś zdrowy, masz za co żyć, gdzie żyć i żyć tak jak chcesz to codziennie bądź za to wdzięczny i dziękuj komu tam uważasz za stosowne. Fakt, że chwilowo masz przerąbane z tą ciążą, roczniakiem, remontem i przeprowadzką może doprowadzać człowieka do wewnętrznego załamania i utraty sił witalnych, ale jakby na to nie patrzeć jesteś szczęściarą! Jesteś w ciąży! Masz zdrowe dziecko! Masz gdzie mieszkać! Wiesz ilu ludzi nie ma takiego szczęścia jak Ty? Takie problemy to nie problemy, a błogosławieństwo i im szybciej sobie to uświadomisz tym przyjemniejsze będzie mierzenie się z tym wszystkim z uśmiechem na twarzy. Od razu każda taka "przeciwność" stanie się normalnością, która prowadzi to czegoś naprawdę pięknego. Dlatego koniec narzekania i nie dajmy się zwariować. Takie po prostu jest życie! Nasze życie, jedyne, niepowtarzalne i jednym słowem zarąbiste :D

Oto jest, powstał i poleciał w świat. Post, którym zamykam swoją blogową bezczynność i wydostaję się z czeluści tematów, które zdominowały moje życie w ostatnich miesiącach. Jesteśmy już dogadani, ułożeni i dotarci na tyle, by powrócić do dotychczasowej rzeczywistości. Mam nadzieję, że będziemy się tutaj widywać zdecydowanie częściej niż dotychczas, bo przyznaję bez bicia, że bardzo mi tego brakowało. 

Do zobaczenia wkrótce :D





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

TOP