listopada 30, 2016

BEZDOMNOŚĆ? Jest bliżej niż Ci się wydaje...


To pierwszy post od prawie dwóch miesiącu. Powodów jest kilka, o których napiszę z pewnością innym razem, jednak można je w skrócie określić jako szeroko, a może wąsko pojęte organizowanie sobie życia: dolegliwości ciążowe, nowe mieszkanie, remont, przeprowadzka, do tego roczny maluch pałętający nam się między dość solidnie zajętymi nogami. To wszystko jednak od paru dni wydaje mi całkowicie absurdalne i pozbawione sensu... Wybieranie mebli, koloru farby, dywanów, lampy, podkładki pod talerz okazało się tak całkowicie nieistotne w obliczu wydarzeń, które cały czas działy się obok mnie, ale dopiero teraz z siłą gromu dotarły w sam środek mojej świadomości. Bo kiedy ja stałam w kolejce do kasy w Ikei z wózkiem, jak się okazuje całkowicie niepotrzebnych przedmiotów, ktoś bardzo mi bliski, będący rodziną, marzył o kawałku dachu nad głową, namiastki poczucia bezpieczeństwa i komfortu, który dla mnie i dla Was jest całkowicie naturalny i oczywisty. Chciał ponownie zacząć normalnie żyć, mieć dom, ciepłą kolację i siłę, by pokonać swoje demony. Chciał żyć, by nie musieć umierać na ulicy...


# BYLE JAK NAJDALEJ

Nie lubimy bezdomnych. Omijamy ich szerokim łukiem na ulicach, patrząc z pogardą na marność ich losu i słabe charaktery. Żebrają, leżą na ulicy, śmierdzą i przeszkadzają! Są zakałą społeczeństwa i ujmą na honorze człowieczeństwa. Nie wnoszą nic pozytywnego i świat bez nich byłby lepszy...

Czy nie tak myślisz za każdym razem, gdy mijasz podejrzanie wyglądającego włóczęgę na ulicy? Czy tak według Ciebie wyglądają wszyscy bezdomni? Czy zdajesz sobie sprawę ilu ludzi, których nawet byś o to nie podejrzewał jest bez dachu nad głową i mieszka na ulicy? A czy zastanawiałeś się kiedyś, jak doszło do tego, że dany człowiek stracił wszystko i przyszło mu szukać wspólnego języka z przysłowiowym rynsztokiem? Przecież się tam nie urodził! W jakiś sposób musiał wcześniej żyć i coś robić. Coś musiało się wydarzyć, że los obszedł się z nim tak parszywie...

Nie zadajemy sobie takich pytań mijając drugiego człowieka na ulicy. Nie myślimy w ten sposób o brudnym "łachmaniarzu". Nie zastanawiamy się również nad normalnie wyglądającym człowiekiem, czy aby na pewno ma gdzie mieszkać. Nie dotykamy tego problemu, ponieważ chcemy trzymać się od niego jak najdalej, bo przecież temat jest tak odległy i nigdy nas nie dotknie. Czy aby na pewno? Jesteś przekonany, że nigdy podobny los nie spotka Ciebie, ani kogoś z Twoich bliskich? Oczywiście, że tak! Też tak myślałam, jednak życie nie ma w zwyczaju biec wyznaczonym przez nas torem i wcześniej czy później przyjdzie moment, że zaskoczy nas czymś, o czym nawet nie przyszłoby nam do głowy...


# HISTORIA PEWNEJ BEZDOMNOŚCI

Kiedy widzimy bezdomnego myślimy sobie: NIEUDACZNIK. Jakim trzeba być patałachem, by doprowadzić siebie i swoje życie do takiego stanu? Pewnie zasłużył! No tak, bo ulica weryfikuje przecież nasze dobre i złe uczynki... Znam historię człowieka, który był wykładowcą na uczelni, stracił pracę parę lat przed emeryturą, nikt nie chciał go zatrudnić, bo miał za wysokie kwalifikacje, nie było go stać na utrzymanie mieszkania, wylądował w noclegowni, a w dzień żebrał przy katowickim dworcu... Znam historię człowieka, który stracił w wypadku żonę i dwójkę dzieci; z dnia na dzień jego życie przestało istnieć, nie potrafił odnaleźć sensu w dalszej pracy, dbaniu o siebie, mieszkanie, znajomości... Umarł wraz ze swoja rodziną, a ulica była jedynym miejscem, gdzie uznał za stosowne żyć. Znam również historię pewnej bezdomności, które wydarzyła się w mojej rodzinie. Bardzo bliskiej, która wydawać by się mogło nigdy nie powinna się wydarzyć, a jednak...

Kiedy nasze drogi się połączyły ja przyszłam na świat, a On miał wtedy 9 lat. Był specyficznym dzieckiem, później nastolatkiem i dorosłym człowiekiem - trudny charakter, który wyrobiło w nim być może niełatwe dzieciństwo - ja również do łatwych nie należę, pewnie dlatego, że byliśmy spod tego samego, dość upierdliwego znaku zodiaku. Jednak jako bliska rodzina spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i ów charakter mnie osobiście za bardzo nie przeszkadzał. Dość wcześnie założył rodzinę, ożenił się z fajna dziewczyną, urodziła się córka, kilka lat później syn. Mieli mieszkanie, prace i życie na poziomie - bez szaleństw, ale również bez większych problemów. Kilkanaście lat później coś się popsuło, coś poszło nie tak i konieczny był podpis na papierach rozwodowych. Ułożenie sobie życia na nowo nie trwało długo - parę tygodni później we własnym mieszkaniu zaczynał nowe życie. Dość szybko znów coś poszło nie tak, ktoś odszedł, ktoś zranił i zaczęły się problemy. I tak zaczęła się również historia, która wielu pociąga na dno - tak też było i w tym przypadku. "Przygoda" z alkoholizmem trwała kilka dobrych lat - kolejna próba ułożenia sobie życia, nowa rodzina, mieszkanie, praca, samochód i kolejne nieplanowane puszki, czasem butelki piwa. Niestety nie każdy trafia na partnera niczym Andy Garcia z "Kiedy mężczyzna kocha kobietę". Rodzina się rozpadła, kobieta odeszła, zaczęły się detoksy, odwyki, wszelkie możliwe próby pomocy ze strony rodziny, która cierpliwie była obok i szukała rozwiązania. Z alkoholu wzięło się bezrobocie, z bezrobocia brak sensu i środków do życia, z braku środków wzięła się bezdomność... I później nie było już nic. Rozpaczliwa chęć znalezienia jakiegokolwiek sensu; próba walki z demonami, które były nie do pokonania; bliscy, których pomocna dłoń została odrzucona na dobre; człowiek, który zagubiony i samotny w swojej tragicznej historii nie potrafił pomóc sobie, ani przyjąć żadnej pomocy. Nałóg pokonał go całkowicie i tylko czasem odpuszczał, by znaleźć pracę, siłę, światełko w tunelu, bratnią duszę... Powracał jednak ze dwojoną siłą, by w końcu zebrać żniwo i zabrać tragiczną i nieszczęśliwą duszę z tego świata. Można by powiedzieć, że sam się prosił, że to na własnie życzenie, że należało mu się. Przez moment chyba sama tak myślałam, ale zaraz po tym pojawiła się myśl, że nikt nie zasłużył na takie życie; że alkoholizm to jedna ze straszniejszych chorób, z jakimi przyszło się człowiekowi zmagać; że są tacy, którym się udaje i mnóstwo takich, którzy przegrywają tą walkę. I to im przyjdzie mierzyć się z życiem, które dla nas jest ciężkie do wyobrażenia. Bo nie wiem jak u Was, ale moja dość bogata i bujna wyobraźnia nie jest w stanie zobrazować sobie tego, co czuje człowiek, który nie ma nic. Nie ma domu, nie ma bliskich, bo demony alkoholizmu kazały mu ich odrzucić, nie ma życia, bo skończyło się ono w momencie, kiedy zamknął za sobą drzwi własnego mieszkania, ostatniego odbytego odwyku, odrzucił ostatnią wyciągniętą do niego rękę... Wstaje rano i nie wie, gdzie ma iść, co robić, ani czy uda mu się przeżyć do następnego ranka.

Kiedy myślę o tej historii w kontekście abstrakcji i człowieka, który pewnie gdzieś żył, ale osobiście go nie znałam to jest ona do przeżycia. Jednak gdy wiem, że tak wyglądało życie osoby, którą znałam od urodzenia i był mi naprawdę bliską rodziną serce pęka mi na kawałki. Wiadomość przyjęłam jak rzecz, która kiedyś przecież musiała się wydarzyć. Nikt nie jest w stanie żyć na ulicy wiecznie. Jednak kiedy cofnęłam się pamięcią do czasów i lat, kiedy był naprawdę fajnym człowiekiem, śmiał się na rodzinnych imprezach i jeszcze czerpał z życia jakąś radość; kiedy zobaczyłam urnę z jego nazwiskiem zapakowaną w pudełko; kiedy wyobraziłam sobie co musiał czuć żegnając się z tym światem samotnie na ulicy moja dusza zaczęła krzyczeć, bo mimo że życie jest cholernie niesprawiedliwe i wredne, nikt nie powinien żyć i umierać w ten sposób...


# PO CO TO WSZYSTKO?

Zapytacie po co to napisałam? W jakim celu wywlekam na światło dziennie taką "wstydliwą" rodzinną historię. Powodów jest kilka. Po pierwsze, dla mnie nie jest ona wstydliwa. Jest tragiczna, smutna, podła i niesprawiedliwa. I aby nie stała się do tego bezsensowną, mam nadzieję, że będzie nauką dla mnie, bliskich i każdego kto się o niej dowie, bo to już nie będzie anonimowa historia, ale taka, która dotknęła kogoś kogo się zna. Po drugie, chciałam powiedzieć po cichu, w niemym krzyku, że ludzie których mijamy na ulicy i patrzymy na nich z pogardą mają swoją historię; przeżywają w chwili obecnej najprawdopodobniej najtragiczniejsze w chwile w swoim życiu; mają lub mieli rodzinę, która ich kochała, ale z jakiś powodów ich drogi nie potrafią się ponownie spotkać. Po trzecie, nigdy nie wiemy, czy podobna historia nie spotka nas lub kogoś z naszych bliskich. Jeszcze te dwa lata temu, gdy rozpoczęła się rodzinna walka z alkoholizmem A. nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że może zostać bezdomnym. Po czwarte, chciałam przypomnieć tym, którzy o tym nie pamiętają, że alkoholizm jest chorobą - wredną, podłą i niosącą za sobą tragiczne żniwo, jednak mimo wszystko chorobą. Całych rodzin, którzy cierpią nie mniej, a może nawet bardziej niż ci chorujący, jednak walka z nią często przypomina tą z przysłowiowymi wiatrakami. I po piąte, chciałabym znaleźć jakiś sens w tej gigantycznej przepaści między naszym wygodnym życiem, a dramatami, które odbywają się tak blisko nas...


Mam nadzieję, Drogi A., że jesteś już w miejscu, gdzie Twoja tragiczna dusza i zmęczone ciało znalazły spokój i ukojenie. Mam nadzieję, że chociaż kilkoro z Was, Drodzy Czytelnicy, spojrzy trochę inaczej na mijanych w swym życiu ludzi. Mam nadzieję, że wielu nieszczęśnikom, którzy z jakiś sobie tylko znanych powodów stracili swe życie, jeszcze za życia, uda się powrócić do rzeczywistości i uniknąć tak tragicznego losu. Mam również nadzieję, że rodziny tych ludzi znajdą siłę i spokój, by pokonać ich, albo chociaż swoje własne demony. 

Bo każde życie jest nieskończenie ważnym cudem i nikt nie zasługuje na taki los. Nikt również nie powinien patrzeć na tragiczny upadek swoich bliskich. A niestety w większości przypadków za bezdomnym stoi jego historia, rodzina i normalne życie, które kiedyś wiódł i które skończyło się bezpowrotnie na ulicy tuż za rogiem. I być może nadal tam trwa, a może właśnie zakończyło swój sammotny bieg...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP