października 02, 2016

Dlaczego zostałam WEGETARIANKĄ
i jak się to ma do całkowitego zakazu ABORCJI?


Dziś, a bardziej wczoraj, bo niestety nie zdążyłam z publikacją na czas, obchodzimy(liśmy) Międzynarodowy Dzień Wegetarianizmu. Naszła mnie w związku z tym pewna refleksja nad moją decyzją rezygnacji z mięsa oraz długą drogą i walką własnych przekonań, środowiska, w którym żyłam i żyję oraz społecznych przyzwyczajeń. Nie było to łatwe, ale się nie poddawałam i aktualnie znajduję się w miejscu, z którego jestem dumna, ponieważ mimo wszystko udało mi się przetrwać i które w jakiś sposób podziwiam, ponieważ dążyłam do niego nie raz po przysłowiowych trupach, z sobie tylko znanym uporem i jestem w pełni przekonana, że było warto. Jak taka banalna i wydawać by się mogło prosta decyzja jak rezygnacja z jedzenia mięsa może skomplikować człowiekowi życie dowiecie się już za moment...



# KROK 1

Nie pamiętam dat! To moje przekleństwo odkąd pamiętam. Niektórzy pamiętają datę pierwszego zakochania, pocałunku, kroku własnego dziecka, pierwszego sika na dworze pupila, a ja z trudem pamiętam o czyiś urodzinach. Nie wiem dlaczego tak jest, a piszę o tym po to, by usprawiedliwić się dlaczego nie napiszę od kiedy nie jem mięsa. Było to 5, a może 6 lat temu... Zabijcie mnie, nie pamiętam! Decyzję podjęłam bardzo spontanicznie, tak po prostu z dnia na dzień. Myślałam o tym już od dawna, ponieważ zwierzęta odkąd pamiętam, odgrywały bardzo istotną rolę w moim życiu, a pokłady empatii przerażały mnie samą. Nienawidzę filmów przyrodniczych, czy ze zwierzętami w roli głównej, bo płaczę na nich jak bóbr, kiedy coś się stanie głównej bohaterce mrówce lub nawet złemu smokowi; jak dziś pamiętam, kiedy będąc małym dzieckiem dowiedziałam, że mięso pochodzi ze zwierząt, a nie ze sklepowej półki, kiedy ktoś zaserwował mi ozorki w galarecie, a ja podejrzliwie patrzyłam na coś co przypominało mi język; od zawsze z mięsa jadałam tylko to co nie przypominało mi żywego stworzenia, czyli parówki lub mielone w różnej postaci; kiedy byłam nastolatką przeczytałam książkę chyba Robina Cooka, z której pierwszy raz dowiedziałam się jak wygląda produkcja hamburgerów; przed Wigilią uciekałam w domu, żeby nie oglądać zabijania karpi... To nie były i nie są dla mnie normalne rzeczy. Zawsze był we mnie wewnętrzny bunt, który nie pozwalał mi na przechodzenie do pewnych rzeczy na porządku dziennym. W pewnym momencie dojrzałam więc od decyzji, że skoro nie chcę tak żyć to po prostu nie muszę... i przestałam jeść mięso.


# KROK 2

Przez prawie rok za mięso uznawałam wszystko co nie było rybą. Zrobiłam to ze względów zdrowotnych, by przyzwyczaić organizm do tej, jakby na to nie patrzeć dość drastycznej zmiany i nauczyć się odpowiednio bilansować dietę. Drugim krokiem było więc zaprzestanie jedzenia ryb, co przyszło mi dużo prościej niż mogłam się tego spodziewać. Przez długi - naprawdę długi czas - zmuszona byłam odpowiadać na rzesze absurdalnych pytań, dotyczących mojego odżywiania. O dziwo, przez dwadzieścia parę lat nikt z rodziny, znajomych, a tym bardziej nieznajomych nie interesował się co wkładam do talerza i pochłaniam w czeluściach układu pokarmowego. Nagle, zaczęło to interesować wszystkich. Początkowo cierpliwie odpowiadałam i tłumaczyłam, później zaczęłam się wkurzać, aż docelowo nauczyłam się kilku dosadnych odpowiedzi, po których miałam już spokój. I tak przestałam jeść ryby.


# KROK 3

Wegetarianizm jak się dowiedziałam, kiedy już w niego wpadłam to nie tylko nie jedzenie mięsa. Czułam się jak najgorsza hipokrytka, kiedy szukałam w restauracyjnym menu dania bezmięsnego, a na nogach miałam buty ze skóry, albo skórzaną kurtkę. Z tą drugą ogólnie było mi źle, bo zaczynając jakąkolwiek drogę ideologiczną w pewnym momencie pojawiają się myśli i odczucia, które wcześniej nie przyszłyby nam nawet do głowy. Tak! Wegetarianizm jest ideologią, chyba, że ktoś po prostu nie lubi mięsa, albo nie je dla zdrowia, ale w pozostałych przypadkach jest to czysta i klarowna ideologia. Ta więc w pewnym momencie "nakazała" mi rezygnację z zakupu jakichkolwiek produktów pochodzenia zwierzęcego. Jak się okazało było to o niebo prostsze od nie jedzenia mięsa, a i finansowo wychodziłam na tym lepiej, bo produkty nieskórzane są, zazwyczaj, nieco tańsze. Jedynie w sklepie czasem patrzą na mnie jak na wariatkę, kiedy zachwalają mi świetne buty z najlepszej skóry, a ja uprzejmie informuję, że to akurat jest dla mnie największą ich wadą. Dopiero kiedy zaczęłam zwracać uwagę na to z czego zrobiony jest dany produkt uświadomiłam sobie jak bardzo bezsensownie i na jaką skalę używa się zwierzęcych skór w rzeczach, w których spokojnie można zastąpić je czymś innym, nie zabijając przy tym żywego stworzenia! Do teraz mnie to przeraża, ale jakoś nauczyłam się z tym żyć. I tak przestałam kupować produkty ze skóry.


# KROK 4

Od kroku 2 wszystko zaczęło nabierać niesamowitego tempa. O ile od fundamentalnej decyzji o niejedzeniu mięsa do rezygnacji z ryb minął niemal rok, o tyle zaraz po niej pojawiały się na przełomie kilku zaledwie miesięcy kolejne punkty zbierające mój nowy sposób życia w jedną całość. Tak więc po produktach pochodzenia zwierzęcego przyszła kolej na produkty, głównie kosmetyki testowane na zwierzętach oraz kolejny przykry temat jakim jest wiwisekcja. Mimo że znałam temat "produkcji" zwierzęcej bardzo dobrze w książek, czy artykułów różnych organizacji, najwięcej nauczyłam się z krótkich nagrań dokumentalnych, czy zdjęć z ukrytej kamery, które gdzieś co jakiś czas się pojawiały. Płakałam na każdym z nich. Płaczę do dziś, gdy widzę, że zwierzętom dzieje się krzywda i nic nie mogę z tym zrobić, ponieważ to wszystko odbywa się za przyzwoleniem ludzi. Omijam te nagrania szerokim łukiem, ponieważ nie trzeba mnie już uświadamiać, doskonale wiem jak to wygląda i nigdy nie zrozumiem, jak można coś takiego robić i na takie rzeczy się godzić. Nie mniej wiwisekcja jest dla mnie najobrzydliwszym z procederów robionych zwierzętom. Procederów, które w większości krajów są zabronione; z których nie korzystają setki świetnych firm kosmetycznych, ponieważ są dużo lepsze i tańsze alternatywy; i które poświęcają życia milionów zwierząt, by zrobić zajebistą pomadkę lub krem na zmarszczki, który nigdy nie będzie działał. Kupuję kosmetyki nietestowane na zwierzętach, w większości przypadków również 100% wegańskie w pierwszej lepszej drogerii. Stoją one na tych samych półkach, co te testowane, zawsze są tańsze, ponieważ produkują je zazwyczaj polskie firmy i moje jedyne wyrzeczenie jest takie, że muszę się po nie schylić, bo na wysokości oczu w sklepach zawsze stoją produkty firm, które za to płacą, bo je na to stać, a te płacą również za zwierzęce cierpienie. I tak przestałam kupować kosmetyki testowane na zwierzętach.

Niestety punktem, który jest poza mną są leki - przepisy zezwalają, a często nawet nakazują takie badania, jednak tutaj wkraczamy już w pole poświęcenia dla idei własnego zdrowia lub życia. Niestety idea przeżycia jest tutaj pierwotna i niezmienna, więc jeśli zmusza mnie do tego życie, zażywam takie leki i ukrywać tego nie będę...


# KROK 5

Kolejnym i w zasadzie ostatnim punktem, do którego dorastałam była nasza ludzka rozrywka kosztem zwierząt: cyrki, ogrody zoologiczne, oceanaria, afrykaria, dorożki etc. Nigdy wcześniej nie wydawało mi się to złe i nie mam cholera pojęcia dlaczego, skoro jest to aż nad to oczywiste. O ile jedzenie mięsa jest czymś uzasadnione, podobnie jak noszenie na Syberii futra z niedźwiedzia, tudzież butów, o tyle tresura zwierząt w cyrkach, trzymanie i rozmnażanie dzikich zwierząt na 50 metrowych (żeby tylko!) wybiegach, czy sprowadzanie morskich stworzeń do akwarium, nie ma dla mnie żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Nikt nie chce żyć w klatce, miejsce zwierząt jest w naturalnym środowisku, a nie w akwarium, na wybiegu czy cyrkowej arenie. W tym temacie mam swój największy sprzeciw, ponieważ w XXI wieku, niezliczonej ilości badań nad zwierzętami, nieograniczonej technice, pozwalającej na najróżniejsze rozrywki, płacenie za znęcanie się na zwierzętami - bo tym właśnie jest - to czyste ludzkie okrucieństwo. I tak przestałam brać udział we wszystkich aspektach zniewolenia zwierząt.


# KROK 6 i 7

Krok 6 to aktywizacja i działanie. Moja buntownicza i chcąca zmieniać świat natura nie pozwoliła mi siedzieć bezczynnie. A może bardziej z drugiej strony. Cała moja przygoda z wegetarianizmem rozpoczęła się w momencie, kiedy w naszym domu pojawił się Gacek - nasz ukochany i wypieszczony buldog francuski. Dziś nieborak ma ponad 6 lat i niczego nieświadom zmienił nasze życie. Kupiliśmy go w pseudohodowli, niewiedząc cóż to takiego. Dowiedzieliśmy się bardzo szybko walcząc z kolejnymi jej objawami u naszego czworonoga i trafiając do fundacji, zajmującej się ratowaniem i adopcjami buldogów i mopsów. To ona pokazała mi bezmiar ludzkiego okrucieństwa i zmusiła do zgłębiania tego tematu. I tak dzięki naszemu buldogowi jesteśmy wraz z naszą roczną Lilą, wegetariańską rodziną, ja mam za sobą pracę w kilku fundacjach prozwierzęcych, z której siłą rzeczy musiałam jakiś czas temu zrezygnować, mam za sobą próbę przejścia na weganizm, którą zakończyła ciąża i postawienie zdrowia swojego i dziecka ponad ideologię (nie mam odpowiedniej wiedzy na temat diety wegańskiej, by eksperymentować nią w ciąży i z małym dzieckiem)oraz dotarłam do punktu 7, którym jest zdrowe odżywianie i znajomość tematu. Kiedy zaczynałam tą drogę byłam zielona - brzmi to w zaistniałym kontekście dwojako, ale moja wiedza na ten temat była całkowicie absolutnie zerowa. Lata doświadczeń, dziesiątek przeczytanych książek, szkoleń i kursów z tematów wielorakich, ale zawsze oscylujących w temacie zwierząt i diety wegetariańskiej zrobiły ze mnie osobę o stokroć mądrzejszą niż byłam wcześniej i potrafiącą odpowiadać argumentami, a nie złością i ideologiczną maską. Doszłam do 7 levelów, a jest ich z pewnością dużo więcej. Ile? Nie mam pojęcia, ale krocząc tą samą drogą, o którą zdarzało mi się walczyć swą piersią, na pewno spotkam jeszcze niejeden ciekawy krok, który nauczy mnie czegoś nowego. I tak stałam się 100% ideologiczną wege wariatką. Można by mnie tak nazwać sugerując się powyższymi moimi własnymi słowami. Jest jednak zupełnie inaczej. Opowiedziałam Wam jak się to stało, że żyję tak jak żyję i co jest dla mnie w tym wszystkim istotne. Tyle. Nie znając mnie nikt z Was by tego nie zauważył, bo co dziwnego jest w tym, że w restauracji zamawiam makaron ze szpinakiem, w drogerii kupuję krem Ziaji, a na nogach mam szmaciane trampki? Nic. Jest to całkowicie normalne, ponieważ takich zwyczajnie dokonuję na co dzień wyborów...


# 5 DOWODÓW, ŻE JESTEŚ GROŹNYM FANATYKIEM!

Wegetarianizm, który opisałam powyżej jest ideologią, a ta jak każda inna w pewnym momencie potrafi stać się bardzo niebezpieczna. I to co aktualnie przeżywamy w naszym kraju jest tego najlepszym przykładem. Znam mnóstwo fanatycznych wegan, którzy mnie przerażają i niestety ich stanowisko przynosi całkowicie odwrotny skutek, do tego, który chcą osiągnąć obrońcy zwierząt; fanatyczna idea religii muzułmańskiej zabija codziennie na świecie kilkadziesiąt bogu ducha winnych ofiar; fanatyzm idei niejakiego JK przynosi naszemu krajowi wstyd na arenie międzynarodowej i konieczność organizacji ogólnopolskich strajków kobiet - stąd już tylko krok do wojny domowej!; fanatyzm idei religii katolickiej przynosi absurdalne projekty obywatelskie, wprowadzając w XXI wiek średniowiecze, łamiąc demokrację i ograniczając doszczętnie prawa kobiet i prawa człowieka; fanatyzm idei pro-life próbuje zbawiać ludzi własnymi sumieniami, mając gdzieś odmienne przekonania... Każdy fanatyzm jest zły i w momencie, kiedy wkracza w życie ludzi, którzy nijak do tego fanatyzmu się mają zaczyna się bardzo poważny problem. Więc teraz krótki test Drogi Czytelniku, czy przypadkiem Ty nie jesteś groźnym fanatykiem lub nie zmierzasz w tym niebezpiecznym kierunku. Na przykładzie mojego życiowego wegetarianizmu pokaże Wam jak najzwyczajniejszy na świecie sposób życia, według własnych zasad może przerodzić się w FANATYZM!

1) zostałam wegetarianką jakieś 6 lat temu, co oznacza, że przez 26 lat nią nie byłam; nie ma to jednak dla mnie żadnego znaczenia, że ja do swoich przekonań dochodziłam latami - od innych wymagam, by pojęli tą magiczną wiedzą natychmiast, ponieważ przez nich cierpią niewinne zwierzęta! - BRAK TOLERANCJI

2) nie jem mięsa, wierzę w słuszność swoich decyzji i wyborów, ponieważ są one przecież takie oczywiste! oznacza to nie mniej nie więcej jak to, że muszę za wszelką cenę zrobić wszystko, by zmusić innych do podejmowania takich samych decyzji; najszybszą drogą jest napisanie wniosku obywatelskiego - spokojnie, w Polsce jest ok. 3 mln wegetarian i wegan, więc podpisy się znajdą; idea jest przecież słuszna, ratujemy żyjące istoty, a każde życie jest ważne! - NARZUCANIE SWOICH POGLĄDÓW

3) nienawidzę ludzi jedzących mięso! są dla mnie straszni, obrzydliwi i powinni za te haniebne czyny lądować w więzieniu! będę obrażać ich na każdym kroku i zmuszać siłą do zmiany swojego punktu widzenia na mój jedyny słuszny - BRAK SZACUNKU

4) uważam, że ludzie powinni poświęcać swoje zdrowie i życie dla zwierząt; każdy obowiązkowo powinien posiadać w domu jakieś zwierzę, najlepiej chore, ponieważ ktoś musi się nimi przecież zajmować - w ten sposób zlikwidowalibyśmy większość schronisk; dodatkowo każdy obowiązkowo powinien odbyć służbę ku ratowaniu zagrożonych gatunków - nie ma żadnych usprawiedliwień w tym temacie, a niedopełnienie tego obowiązku będzie karane więzieniem - OGRANICZANIE PRAW CZŁOWIEKA

5) nie wyobrażam sobie sytuacji, by ktoś mógł nie zgodzić się z moimi ideami i mieć w tej kwestii odmienne zdanie, jest to przecież tak oczywiste, że bardziej już być nie może; skoro ja tak myślę i 3 mln Polaków również to przecież z tymi 35 mln jest coś nie tak! koniecznie należy stworzyć jakiś odgórny przepis, który zakazywałby jedzenia mięsa i wykorzystywanie zwierząt w jakikolwiek sposób! - ZMUSZANIE DO PRZEJĘCIA IDEOLOGII

Te pięć powyższych punktów to bardzo naciągana i przejaskrawiona sytuacja, ale wydaje mi się w prosty, wręcz łopatologiczny sposób przedstawiająca co fanatyczna ideologia jest w stanie zrobić z człowiekiem. Brzmi to śmiesznie? Owszem, mimo że temat wcale śmieszny nie jest, a na pewno nie dla mnie. Chodzi tutaj o bardzo ważną część naszego życia na tej planecie, jakim są zwierzęta i natura. Powinniśmy żyć z tymi elementami w zgodzie i harmonii, a nie bezczelnie wykorzystywać swoją siłę i jak się okazuje wątpliwą inteligencję, by to niszczyć. Czy to co piszę jest bezsensu? Nie wydaje mi się. To że Ty nie masz w sobie tyle empatii co ja, nie oznacza, że problemu nie ma. I gdybym chciała i zostawiła gdzieś daleko w tyle swój zdrowy rozsądek to tak by własnie moje życiowa ideologia szła w świat, a ja zostawiałabym za sobą jedynie nienawiść, niesnaski i zniszczenie. Nie mam jednak prawa tego robić! Nie przeszło mi nawet nigdy przez myśl, by w jakikolwiek sposób kogoś obrażać, zmuszać, czy narzucać swoje poglądy. To się nazywa tolerancja, szacunek do drugiego człowieka i umiejętność życia w demokratycznym społeczeństwie, w którym każdy ma prawo żyć po swojemu i dokonywać swoich własnych wyborów, choćby nie wiem jak bardzo nie leżały one w naszej naturze. Jeśli jest nam z tym źle, rozstańmy się z tymi, którzy nam nie pasują i znajdźmy kogoś kto będzie nasze poglądy podzielał. Jednak nawet jeśli stanowicie już jakąś grupę, to i tak jesteście w mniejszości, bo wszystkie skrajne i ortodoksyjne poglądy skupiają wokół siebie niewielką garstkę ludzi w porównaniu z resztą społeczeństwa. Jeśli uważacie, że to trudne i mogę sobie dużo gadać powiem Wam, że przez ponad 5 lat żyłam pod jednym dachem z mężem niewegatarianinem. Nigdy nie narzucałam mu swoich przekonań, wytłumaczyłam jeśli był ciekaw lub coś było niejasne i z godnością akceptowałam produkty mięsne w moje lodówce. Nigdy nie gotowałam mięsa w domu, ale jemu to nie przeszkadzało - swoją kuchnią pokazywałam mu, że można bez mięsa jeść równie dobrze, co z nim. A jeśli miał na nie ochotę organizował sobie sam lub wybieraliśmy się do restauracji. Trochę czasu mu to zajęło, ale po kilku latach podjął samodzielną niczym nie przymuszoną decyzję o rezygnacji z jedzenia mięsa. Rodzina i znajomi twierdzą, że go do tego zmusiłam - no trochę logiki proszę Państwa, 5 lat go do tego zmuszałam i dopiero teraz się ugiął? Wiem, że jest to dla niego cholernie ciężkie, bo był jego wielkim miłośnikiem, ale zrobił to nie dla mnie, nie dla naszej córki, ale dla siebie. Czy to znaczy, że kochałam go przez te lata mniej? Odpowiedź jest chyba oczywista, bo nawet żyjąc w tak bliskiej i nierozerwalnej komórce społecznej jakim jest związek jesteśmy odrębnymi jednostkami, mającymi własne prawa, przekonania, dobrą wolę i wolność...

To już drugi mój post w podobnym tonie, ponieważ najnormalniej w świecie nie ogarniam tego szaleństwa. Do sejmu wszedł kolejny absurdalny projekt zakazujący dostępu do farmakologicznych środków antykoncepcyjnych! Co będzie następne?! Składanie comiesięcznych raportów o przebiegu cyklu?! A może inkwizycja i palenie na stosie?! Jak można być aż tak fanatycznym, pozbawionym skrupułów, szacunku dla drugiego człowieka i zdrowego rozsądku, by wymyślać coś takiego. Nikt w tym kraju, póki panuje w nim demokracja, nie ma prawa narzucać innym swojego zdania, zmuszać do podejmowania decyzji w sprawach najcięższej wagi, a przede wszystkim publicznie i oficjalnie łamać praw człowieka!

Jest mi osobiście wstyd, że muszę pisać takie rzeczy. Że w ogóle taki temat mógł wejść na publiczną arenę, nie wspominając już o tym, żeby zajść tak daleko. Że w poniedziałek muszę wyjść w roczną córką na ulicę, by walczyć o swoje i jej prawa do zdrowia, wolności, własnego zdania, a nawet życia. To już nie jest walka o styl życia, przywileje, czy jakieś prawa do czegoś - to jest walka o wolność, którą chce się odebrać nie tylko kobietom w tym kraju, ale przyszłym pokoleniom i mężczyznom również, ponieważ jednak większość facetów jest w tym kraju więcej niż przyzwoitych i mają oni swoje żony, dziewczyny, konkubiny, córki, matki, czy siostry... To nie jest tak, że ich to nie dotyczy, ponieważ być może przyjdzie im kiedyś pożegnać się z matką swojego przyszłego dziecka, bo ustawa tak nakazała - zostanie samotnym ojcem, albo zostanie "z niczym", bo umrze i matka i dziecko; zostanie zmuszony do oglądania cierpienia i śmierci swojego dziecka, które jego żona będzie musiała nosić w brzuchu codziennie płacząc i wpadając w głęboką depresję, z której nigdy się wyleczy; a może jego 12 letnia córeczka zostanie zgwałcona, a on będzie musiał zmusić ją do urodzenia dziecka, co skończy się jej samobójstwem... Takie historie powielają się w sieci od kilku tygodni i są one jak najbardziej realne, podobnie jak te, że istnieje równie spora grupa facetów, którzy są najnormalniej w świecie dupkami i przejdzie to po nich jak smród po gaciach, a z problemem zostaną kobiety, którym chce się jeszcze dodatkowo odebrać możliwość antykoncepcji, co paradoksalnie zwiększy aborcyjne podziemie... Tak naprawdę jest to temat rzeka i można by tak pisać i pisać, ale podsumuję ten nieco absurdalny tekst kilkoma może szablonowymi, ale równie absurdalnymi sloganami, bo póki co mam do tego prawo!


POPIERAM RATOWANIE KAŻDEGO ŻYCIA NA TEJ PLANECIE - jestem w końcu wegetarianką

PŁÓD NIE JEST ŻYWYM CZŁOWIEKIEM, PODOBNIE JAK JAJKO NIE JEST KURĄ - weganką nie jestem, ale noszę ów płód aktualnie w brzuchu, ma 13 tygodni i za jakieś 27 tygodni stanie się człowiekiem

POPIERAM PRAWO DO ABORCJI W UZASADNIONYCH PRZYPADKACH - ponieważ jest to podstawa praw człowieka, własnego wyboru i najważniejsze prawo do walki o własne życie i zdrowie - nie, nie marzę o dokonaniu aborcji na życzenie - jw. spodziewam się kolejnego dziecka i czekam na tą chwilę z wielkim utęsknieniem, jeśli jednak zagrażałoby to mojemu życiu z wielkim smutkiem, ale podjęłabym decyzję, by ciążę usunąć

NIE ZMUSZAM NIKOGO DO PODEJMOWANIA DECYZJI WBREW JEGO SUMIENIU I NIE GODZĘ SIĘ NA TO, BY MNIE KTOKOLWIEK ZMUSZAŁ DO WŁASNYCH IDEOLOGII - nie utożsamiam się z kościołem, mam własny kręgosłup moralny, którym nie zbawiam świata, mimo że w ogólnym rozrachunku kształtuje się lepiej niż ten powyższy - skoro ja w Twoich oczach jestem mordercą, Ty jedząc mięso jesteś nim dla mnie. I co teraz?

ZAKOŃCZMY JUŻ TEN TEMAT, PRZEJRZYJCIE SZALENI FANATYCY NA OCZY I NIE NISZCZCIE TEGO KRAJU I DEMOKRACJI, O KTÓRĄ NIE TAK DAWNO WALCZYLIŚMY - naprawdę nie chciałabym wybierać między Kanadą, Nową Zelandią, a Bora Bora, bo do jasnej cholery lubię ten kraj!!!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP