czerwca 03, 2016

Krótka historia o dzieciach (nie)szczęśliwych


Wczoraj był dzień szczególny: Dzień Dziecka. Jeden jedyny taki w roku, do którego dzieciaki odliczają dni i czekają na niego jak na pierwszą gwiazdkę. Jako dziecko też tak robiłam - czekałam z niecierpliwością, bo wiedziałam, że będzie to dzień inny niż wszystkie. Że pójdziemy na wielkie lody, wybierzemy się na wycieczkę, że w ten jeden jedyny dzień mama nie będzie zmęczona, gotująca, robiąca pranie, ale będzie ze mną od świtu do nocy. Nigdy nie dostawałam jakiś wielkich, wymyślnych prezentów - w ten dzień czekolada z okienkiem i jajko niespodzianka smakowały jak prezenty za milion dolarów. Nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne...


Wczoraj dla mnie również był dzień szczególny: pierwszy Dzień Dziecka, którego byłam organizatorką, a nie uczestnikiem. Od jakiegoś czasu nie specjalnie lubię dostawać prezenty - może jestem wybredna, to fakt, ale strasznie boli mnie kiedy ktoś kupuje prezent i ląduje on w kącie, albo nawet nie rozpakowany na dnie szafy. Bardzo nie lubię marnotrawstwa. Sporo takich podarunków dostałam, a nasiliły się one wyjątkowo z przybyciem małego człowieka. Zawsze grzecznie pakuję je do torby i jak się nazbiera więcej oddaję potrzebującym. Mnie naprawdę nie jest potrzebna kolejna grzechotka, piętnasta edukacyjna zabawka, kosmetyki, których nigdy nie użyję, bo od zawsze stosuję jeden krem, który mnie nie uczula, sukienka dla dziecka z podejrzanego materiału, czy piąty zestaw klocków. Ale w zasadzie to nie o tym miałam pisać. Zdecydowanie bardziej wolę jednak prezenty empiryczne: wyjście na kolację, wyjazd w góry, wycieczka za miasto, piknik na trawie, koncert, czy zestaw francuskich serów, dobre wino i długa noc na kanapie...
Kupuje mojemu dziecku wszystko co jest mu potrzebne: zabawki - choć już zaprzestałam, o czym pisałam TUTAJ - ubranka, bo to moje małe zboczenie i sprawia mi frajdę, zdrowe jedzenie, środki higieniczne, pościel... ma wszystko czego potrzebuje, ani więcej ani mniej. Stwierdziłam więc sama przed sobą, że kupowanie dziecku rzeczy materialnych w takim dniu całkowicie mija się z celem - jak będzie taka potrzeba i tak trzeba będzie to zakupić bez koniecznego pretekstu. Postanowiłam sobie, że nie będziemy kupować dziecku prezentów na Dzień Dziecka, a obdarujemy go w tym dniu 100% uwagą i wspomnieniem, które zostanie w nim na długo. Sukcesywnie robię listę ciekawych dla dzieci miejsc, parków rozrywki, centrów doświadczalnych, spotkań dla maluchów, a nawet zwykłych placów zabaw, czy knajpek z kącikiem dziecięcym. Do osiemnastki spokojnie starczy ;) I z takim przeświadczeniem przeżyłam pierwszy Dzień Dziecka w zgodzie z własnym sumieniem, ciesząc się czasem spędzonym z dzieckiem.

Niestety mój wewnętrzny spokój został brutalnie zakłócony, ponieważ nieopacznie pojechałam do centrum handlowego odebrać przesyłkę z książkami i spotkałam się z paroma ludźmi, którzy zburzyli cały mój piękny dziecięcy światopogląd. Czytam sporo blogów, znam, często tylko z oddali wiele mam i wydawało mi się, że świat się zmienia, ponieważ te mamy są właśnie takimi jakie być powinny i naiwnie myślałam, że ludzie w końcu nasycili się pędem życia i potrafią na chwilę się zatrzymać. Te trzy historie, które Wam opowiem potwierdzają, że jest wręcz przeciwnie, a mnie ogarnął wielki wewnętrzny smutek...


HISTORIA DZIECI MARKETÓW

Ostatnio rzadko odwiedzam centra handlowe, ponieważ po pierwsze nie mam czasu, po drugie nawet jeśli go mam wolę spędzić go zupełnie inaczej. Poza tym z dziecko i sklep to nie jest najlepsze połączenie. Wczoraj jednak pojechałam, odebrać wyżej wspomnianą przesyłkę (zakupy on-line to błogosławieństwo XXI wieku) i przy okazji weszliśmy - uwaga! - do Smyka, by zobaczyć wózek, który chcemy zakupić. Przedarłszy się przez sztab kolejkowy dotarliśmy do działu z wózkami, pooglądaliśmy, poprzymierzaliśmy i traf chciał, że postanowiliśmy kupić, więc udajemy się do powyższego sztabu kolejkowego. Z racji tego, że stania było na kilkadziesiąt minut wyłączyłam program uwagi i zaczęłam obserwować otoczenie. Dopiero po chwili zorientowałam się dlaczego ta cholerna kolejka jest taka długa: no tak, przecież jest Dzień Dziecka.
Pierwsza moja myśl była intuicyjna - rodzice przyszli kupić dziecku prezent, ale po chwili dostrzegłam w kolejce również babcie, ciocie, a przy nich zgraja dzieciaków z wielkimi pudłami, rowerami, świecącymi zabawkami, przekrzykujące się między sobą co chcą, co im się należy, czego oczekują i jaką to zabawkę trzeba im kupić, bo przecież jest Dzień Dziecka (heloł!). Rodzice niczym potulne baranki biegali z nimi między regałami przychodzili do kasy, wracali się z powrotem, dziecko znów krzyczało, bo przecież dziś ma prawo, a oni dodawali tylko w głowie cyferki, które wyskoczą im na terminalu płatniczym. Parę rodziców nie słuchało swoich pociech, bo rozmawiali przez telefon, zapewniając tatę lub mamę po drugiej stronie, że tak w końcu wybrało zaraz będą w domu i będzie święty spokój. Dzieci nawet nie skupiały się na tym, że właśnie dostaną wymarzoną zabawkę, tylko przeliczały ile jeszcze mogą z rodziców wyciągnąć, parę stało nieco zagubionych w ferworze poszukiwań TEGO prezentu.
Wśród nich był jeden chłopczyk, gadał jak najęty z dwoma młodymi panami, sądząc po rozmowie wujkami, w rękach trzymając gigantyczną koparkę. Ściskał ją z całych sił, a oczy świeciły mu się jak małe diamenciki - brudny był niemiłosiernie, bo jak się dowiedziałam byli w parku linowym i na placu zabaw z owymi dwoma panami, a na zwieńczenie dnia czekała go wielka micha lodów...
W kolejce stało około 20 osób (rodzin, rodziców z dziećmi, czy kto im tam jeszcze nie towarzyszył) i tak naprawdę tylko miedzy tym małym chłopcem z koparką i dwoma towarzyszącymi mu panami można było dostrzec COŚ - jakąś więź, wspólne przeżycia, radochę, że spędzili dzisiaj razem zarąbisty dzień. Nie było w nich nudy, rutyny, przymuszenia tylko zwyczajne szczęście, że ten dzień spędzili razem. Być może rzadko się widują i w środku tygodnia panowie wzięli sobie wolne, żeby ten mały dzieciak przez najbliższe miesiące mógł opowiadać o dniu, który przecież ktoś wymyślił specjalnie dla niego. A może było zupełni inaczej, a ja tylko wmówiłam sobie, że w tej kolejce znalazło się jednak jakieś jedno szczęśliwe dziecko. Jakby jednak to nie wyglądało z tą myślą oraz zakupionym wózkiem odeszłam od kasy, by za chwile usłyszeć kolejną opowieść.


HISTORIA DZIECI JEDYNYCH

Jaś, lat pięć, syn adwokata i germanistki. Ludzie wykształceni, obyci, ustatkowani. Czekali na swego jedynego syna kilka lat, instynkt podpowiadał im, że tak trzeba. Jaś był ukochanym dzieckiem, dostawał co chciał, robił to co wypadało i bezgranicznie kochał swoich rodziców. A oni jego, był przecież wyczekanym dzieckiem rodziców. Pierwsze dwa lata spędził z mamą, która strzegła go jak oczka w głowie. Na plac zabaw wychodzili tylko, kiedy była ładna pogoda; z innymi dziećmi nie spotykał się wcale, bo przecież zawsze można złapać jakąś chorobę; czysty i schludnie ubrany, by na bieżąco likwidować "zarazki" i nauczyć go, że wygląd ma znaczenie. Później poszedł do żłobka (prywatnego rzecz jasna), gdzie przez pierwsze dwa tygodnie siedział przy biurku pani, bo inne dzieci go przerażały. Kiedy uznał, że to może być również jego przestrzeń stwierdził, że zabawki są do bani i ten standard mu nie odpowiadała. Dotrwał jakoś do końca roku, ale trzeba było szukać przedszkola - selekcja dużo bardziej szczegółowa, by nie obniżać standardu życia małego człowieka - po co ma czuć się źle. Jasia trzeba wychować na ludzi, więc tata brał więcej spraw, mama kolejne prywatne zlecenia, ale mogli sobie pozwolić na naukę języków, grę na instrumentach, szkoda, że akuszerki już jakoś mało popularne...  Co było dalej, możemy się domyślić. Życie Jasia to pasmo sukcesów osobistych rodziców i poczucie, że może wszystko - wróć - wszystko mu się należy. Jaś jest śpiochem i średnio chce mu się wstawać do przedszkola, ale rodzice mają sposób, zwłaszcza w Dzień Dziecka!
- Jasiu, jak wstaniesz to dostaniesz w nagrodę piękną zabawkę!
- Jasiu myśli, no dobra, może mi się to opłacić... Do pokoju wkracza mama z wielką torbą i zawartością za co najmniej 500+. Jasiu ogląda...
- Do bani ta zabawka! Chcę inną! Wstanę jak pójdziemy do sklepu i kupisz mi taką, jaką sam sobie wybiorę. Nie potrafisz kupować zabawek!

Ciągu dalszego opowiadać nie będę...


HISTORIA DZIECI NICZYICH

Hania jest mądrą i rezolutną siedmiolatką. Jej rodzice zajmują się czymś, sama za bardzo nie wie czym, ale nie przeszkadza jej to. Wie, że jak wróci ze szkoły do domu to za jakieś dwie godziny wróci mama z dwuletnim bratem pod pachą. Wyciągnie jedzenie z zamrażalki i wsadzi do mikrofali. W między czasie włoży małego do kojca, weźmie szybki prysznic, wróci, nałoży jedzenie na talerz i pójdzie się przebrać. Mama jadła już na mieście, więc Hania musi zjeść sama. Czy jej to przeszkadza? Nie za bardzo. Jest tak codziennie więc nie wie, że może być inaczej. Mama trochę się pokrząta, przebierze brata i przyjdzie opiekunka. Co dziś za dzień? Wtorek! Znaczy fitness i spotkania z koleżankami. Mama idzie sprawdzić, czy Hania posprzątała pokój - czysto, pięknie, idealnie, jak z katalogu. Wraca z pakunkiem:
- Haniu, nie rozpakowałaś prezentu! Zostawiłam Ci zanim wyszłam do pracy! Dziś Dzień Dziecka! Kocham Cię Skarbie!
Buziak w policzek. Dziękuję Ci mamo... Hania widziała prezent. Nie rozpakowała, bo nie lubi cieszyć się z prezentów w samotności. W ogóle nie lubi prezentów. Marzy o spacerze, który mama obiecuje jej od dwóch tygodni. Takim babskim, w letniej sukience, z mamą za rękę, lizakiem w ręce i dmuchawcem w drugiej. Tak sobie cicho marzy...
Mama wychodzi, opiekunka próbuje uspokoić brata, Hania idzie do pokoju - odrobi lekcje i pomaluje trochę, bardzo lubi malować. Brat idzie spać, więc mogą z opiekunką poczytać książki i poudawać, że są ich bohaterkami. Hania lubi opiekunkę, to miła dziewczyna. Jeszcze trochę zabaw w wannie, robienie peruki z piany, wielki uścisk i buziak od opiekunki - te uściski są najlepsze, czeka na nie cały dzień. Idzie spać. Kiedy śni o swoim idealnym świecie i do pokoju wchodzi tata. Wrócił z pracy, ale Hania tego nie wie, bo śpi w najlepsze. Tata daje buziaka i zmyka do swoich spraw.
- Warto tak ciężko pracować, moje córce nigdy niczego nie zabraknie...

Dwie pierwsze historie są prawdziwe, trzecią na potrzeby dziecięcego punktu widzenia wymyśliłam na poczekaniu. Wszystkie są bardzo skrótowe i w jednoznaczności pewnie trochę przejaskrawione, ale bardzo prawdziwe i jak najbardziej rzeczywiste. Pozostawię je bez komentarza, ponieważ tego nie wymagają. Takie oto trzy historie o dzieciach (nie)szczęśliwych...


Wszystkiego najlepszego dzieciaki! Spóźnione, to prawda, ale są rzeczy, które lepiej robić późno niż wcale...




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

TOP