maja 11, 2016

NOSIMY SIĘ po Wrocławiu...
1. urodziny #nicminiewisi


Kiedy byłam w ciąży sceptycznie acz z entuzjazmem obserwowałam "modę" na chustonoszenie. Fajna sprawa, wydawało mi się, ale tematu nie znałam na własnej skórze, bo i jak, kiedy bobas jeszcze w brzuchu. Przy okazji szkoły rodzenia miałam okazję poznać doradcę noszenia, który jednoznacznie przekonał mnie, że warto spróbować. Chusty nieco mnie przerażały, a i ceny nieco stopowały przed porwaniem się z przysłowiową motyką na księżyc, bo co jeśli nam się nie podoba. Zakupiłam więc nosidło typu meitai w przystępnej cenie, które cierpliwie czekało na pojawienie się potomka. Pierwszy raz założyłam je dwa tygodnie po porodzie, ponieważ wcześniej ciało po cesarce nie pozwalało na takie atrakcje, choć pakunek w szafie kusił niemiłosiernie! Wreszcie stało się - zamotaliśmy się po raz pierwszy... Początek nie był łatwy, ale po kilku próbach przepadłam! A bardziej przepadliśmy wraz z tatą i naszym bobasem. A życie z noworodkiem okazało się nie takie straszne jak je malują. Po 8 miesiącach noszenia z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że filozofia noszenia wciągnęła mnie na dobre i jest to jedna z piękniejszych rzeczy, które ma do zaoferowania współczesne rodzicielstwo. Dziś więc będzie słów kilka o naszej miłości do noszenia i pierwszych urodzinach wspaniałej akcji #nicminiewisi, w której mieliśmy zaszczyt uczestniczyć.


# O CO TYLE KRZYKU?

Jak zwykło się mawiać jak człowiek nie spróbuje to się nie przekona. Przygotowania do powitania naszej córki na świecie rozpoczęłam od rzeczy przewidywalnych i oczywistych - łóżeczko, wyprawka, wózek... Kiedy zaspokoiłam podstawowe potrzeby przyszłej matki zgodnie z tradycją wcześniejszych pokoleń, zaczęłam zgłębiać swoją wiedzę na temat rodzicielstwa bardziej współczesnego - sporo w końcu przez te lata się zmieniło. I tak trafiałam na kolejne artykuły i publikacje dotyczące, ładnie nazwanego rodzicielstwa bliskości. Stwierdziłam więc, że to jest to co w macierzyństwie mnie interesuje - bliskość i bezpieczeństwo mojego dziecka. Dowiedziałam się o co chodzi z IV trymestrem, co to białe szumy, dlaczego warto spać z dzieckiem w jednym pokoju, a nawet - o zgrozo - w łóżku i czemu noszenie jest sprawą najbardziej naturalną ze wszystkich. Kilku założeń, a w zasadzie dwóch, nie udało mi się doprowadzić do końca - tych, na które wpływały czynniki zewnętrzne i nie były w 100% zależne tylko ode mnie - nie przetrwaliśmy bez smoczka i czynnik chorobowy nie pozwolił nam na karmienie piersią tak długo, jak chciałam. Nie było łatwo, zwłaszcza w drugim przypadku, ale musiałam się z tym pogodzić, kwestii noszenia nie mogłam więc odpuścić. A i nie byłabym w stanie, ponieważ na stałe wpisała się w nasz rodzicielski system. Szczerze, nie wyobrażam sobie jak wyglądałoby nasze życie bez zbawiennego meitaia, którego pod wpływem chwili kupiłam na allegro. To najbardziej wartościowa rzecz, która pojawiła się w niemowlęcej wyprawce. Gdybym drugi raz miała dokonać tego zakupu nawet nie zastanawiałabym się nad ceną i byłabym w stanie zrezygnować z wózka, albo połowy rzeczy dla dziecka, gdyby zaszła taka potrzeba, ponieważ wartość tego doświadczenia jest bezcenna. Na pewno też zdecydowałabym się na chustę, ponieważ jest zdecydowanie bardziej odpowiednia dla noworodków i na pewno za czas jakiś się zdecyduję, ponieważ na jednym bobasie nie zamierzam poprzestać. Nie mniej meitai był z nami przez pół roku, towarzysząc nam codziennie po kilka, a początkowo nawet kilkanaście godzin. Kiedy Lila zaczęła siedzieć i nabrała kilogramów zamieniliśmy go na TULĘ, która jest najcudowniejszym nosidłem na świecie. Dlaczego przerażała mnie chusta? Ze względu na jej rozmiary i czas poświęcony na wiązanie. Żyjemy w ciągłym ruchu i potrzebowałam czegoś co szybko mogę zamotać w samochodzie przy brzydkiej pogodzie i robić to nawet kilkanaście razy dziennie. Oba nosidła sprawdziły się idealnie, choć wiem, że praktyka czyni mistrza i z chustą też dałybyśmy radę.

A o co tyle krzyku? O trzy zasadnicze aspekty, które daje nam noszenie dziecka: BLISKOŚĆ, WYGODA i ZDROWIE. Nie wiem tego na pewno, ale śmiem twierdzić, że dzięki noszeniu mamy dziecko, które prawie nigdy nie płacze, nie wiemy co to męczące usypianie, nie doświadczyliśmy kolek. Moment, kiedy dziecko marudzi i po trzech sekundach noszenia momentalnie się uspokaja, a po pięciu minutach śpi jest bezcenny. To mówi samo za siebie. Każde dziecko nauczone noszenia to uwielbia: jest blisko rodzica, czuje się spokojne i bezpieczne, wszystkie nieszczęścia znikają w ułamku sekundy, a my czujemy bliskość, której nie da się w żaden sposób zastąpić. Jest to doświadczenie i relacja, której nie da się wytłumaczyć, dopóki się nie spróbuje. I w tej naturalnej bliskości możemy żyć własnym życiem, możemy poczuć wygodę, którą daje szczęśliwe dziecko uwiązane przy piersi, zamiast płaczącego gdzieś w przestrzeni mieszkania lub wózka poza domem. Możemy robić absolutnie wszystko: ogarnąć mieszkanie, ugotować obiad, popracować jeśli trzeba, iść do lasu na spacer z psem, spotykać się ze znajomymi, iść na zakupy, czy obiad do restauracji. Mamy wolne ręce, możliwości, które zabiera nam wózek i dziecko, które jest w tym momencie najszczęśliwsze jakie może być w stanie niemowlęcym. I co ważne jest to bardzo zdrowa opcja, zarówno dla dziecka, jak i dla nas. Chcąc nie chcąc dziecko na rękach nosić trzeba, a niestety im większe tym bardziej obciążamy kręgosłup - nosząc uwiązane do piersi, czy pleców odciążamy wszystko co odciążyć trzeba i tak mimo naszych 10 kg do noszenia nie uświadczam bólów kręgosłupa w ogóle. No i rzecz jasna zdrowie dziecka - żaden człowiek, a tym bardziej noworodek nie jest przystosowany do ciągłego leżenia - raz, że przez 9 miesięcy był nieustannie w pozycji pionowej, a dwa aby perystaltyka jelit działała jak trzeba i rozwój był prawidłowy konieczna jest pionizacja. No i rzecz jasna bioderka i pozycja żabki - sama jako dziecko cierpiałam na dysplazję stawu biodrowego, więc temat ten był dla mnie szczególnie ważny, bo wiem jakie to niesie problemy w przyszłości. Bardziej szczegółowo opisałam temat noszenia TUTAJ.
Największym problem dla mnie osobiście jest wytłumaczenie babciom, dlaczego nie mogą iść z wnuczką w wózku na spacer - niestety Lila takowych nie toleruje, ponieważ od małego się na nie nosimy, a wehikułu używamy bardzo sporadycznie. Zaopatrzyłam się w świetne ciuchy do noszenia, o czym pisałam TUTAJ i żadna pogoda nam nie straszna. Są trzy sytuacje, kiedy nasza córka cieszy się całą sobą: kiedy tata wraca z pracy, kiedy widzi wodę i wie, że zaraz będzie się kąpać i kiedy wyciągamy TULĘ. Najszczersza i najprawdziwsza dziecięca radość...

Nosimy się 8 miesięcy i jest jedna rzecz, której przez ten czas żałuję w noszeniu dziecka - że kiedyś z tego wyrośnie... Że przyjdzie moment, kiedy będzie już za duża i stracimy tą magiczną więź, którą daje nam nosidło, dawał meitai i być może niedługo będzie dawać chusta. Korzystamy więc z tego na maksa, nosimy się zawsze i wszędzie i nie oddałabym tego doświadczenia za nic na świecie. Może to śmiałe stwierdzenie, ale uważam to za najpiękniejszą rzecz, którą dało mi macierzyństwo...





#NICMINIEWISI, tak rodzą się rzeczy wielkie

Rok temu, siłą rzeczy, o powyższej akcji nie słyszałam. Nosiliśmy się wtedy bez ograniczeń w czeluściach mojego brzucha. Kiedy zaczęłam wkręcać się w filozofię poprawnego noszenia, chust i nosideł ergonomicznych akcja wybiła się na pierwszy plan. Początkowo myślałam, że to wszytko jest na wyrost i matki propagujące taki styl życia - bo noszenie jest swoistym sposobem na życie - to zwykłe fanatyczki. Kiedy się jednak posmakuje, zrozumie i wpadnie w ten temat po uszy wszystko nabiera sensu, a fanatyzm okazuje się normalnością bez której życie okazuje się wręcz niemożliwe. Parę dni temu akcja, którą stworzyła Magdalena Cichońska obchodziła swoje pierwsze urodziny, czego efektem był z wielką pompą zorganizowany pierwszy festiwal poprawnego noszenia we Wrocławskiej Barbarze. Dostać się tam nie było łatwo, niestety nie udało mi się uczestniczyć w żadnych warsztatach, jednak miałam przyjemność i zaszczyt spotkać dziesiątki pozytywnie zakręconych na punkcie noszenia rodziców - nie tylko kobiet, rzecz jasna, ponieważ tatusiowe również aktywnie biorą udział w noszeniu swoich pociech. Doświadczenie spotkania tylu ludzi, podzielających moją miłość do noszenia było niesamowite. Jednak nie tylko ja jestem taką wariatką, a nawet są wariaci więksi ode mnie. Na spotkanie przybyło wiele kobiet z całej Polski, mających ogromną wiedzę na wszystkie ważne tematy dotyczące małych człowieków. Panele dyskusyjne, w których mógł uczestniczyć każdy poruszały tematy karmienia, rozszerzania diety, porodu, empatycznej komunikacji i oczywiście noszenia. Mimo że z racji kilometrów do pokonania w celu dotarcia do domu nie mogliśmy zostać do końca, to był naprawdę cudowny dzień pełen dobrej energii i niemałych wzruszeń. Cieszę, że udało mi się jakimś cudem dostać na listę uczestników i mogłam w tym wszystkim uczestniczyć. Mam nadzieję, że akcja będzie zataczać coraz szersze kręgi, edukować i propagować w temacie noszenia do końca świata i jeden dzień dłużej i coraz więcej rodziców będzie decydować się na nieograniczoną bliskość i przyjemność przeNOSZENIA swoich pociech od dnia narodzin do czasu, kiedy noszenie będzie już z racji kilogramów i gabarytów po prostu niemożliwe. Bo abstrahując od szeregu zalet, wygody i wolności, to naprawdę piękna sprawa. Polecam, dla mnie osobiście, bardzo wzruszający FILM, który powstał na potrzeby festiwalu, a poniżej kilka obrazów z tej wyjątkowej wrocławskiej soboty...














Jeśli chcecie wiedzieć więcej o akcji zapraszam na funpage #nicminiewisi, a jeśli macie chęć noszenia swoich pociech, ale nie wiecie jak się do tego zabrać zdecydowanie warto znaleźć w swojej okolicy doradcę noszenia, który pokaże Wam jak to robić oraz jak wybrać odpowiedni dla siebie "sprzęt". Nie ma nic przereklamowanego w tym temacie i zapewniam, że jak już spróbujecie macierzyństwo stanie się dużo prostsze i przyjemniejsze ;) 

Miłego NOSZENIA!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP