maja 18, 2016

Gdzie się podziewa stracony czas?


Ostatni miesiąc był magiczny. Taki zwyczajny do bólu, momentami smutny i sentymentalny, ale naszpikowany pozytywną energią i możliwością rozliczenia się z przeszłością; zamknięcia pewnych otwartych rozdziałów; podomykania niezałatwionych spraw i odnalezienia tego, czego tak bardzo brakowało mi przez ostatni rok. Teoretycznie czasu nie da się stracić, bo ciągle w nim tkwimy i wykorzystujemy w taki a nie inny sposób. Czy jednak korzystamy z jego dobrodziejstwa tak jakbyśmy tego chcieli? Czy po każdym dniu możemy powiedzieć sobie, że to był dobry dzień i nie straciliśmy go na rzeczy, których nie chcieliśmy? Czy czujemy się spełnieni? Niby czas jest z nami nieustannie, a jednak często mam poczucie, że leci on własnym tempem, a ja snuję się gdzieś obok niego; że mimo wszystko przelatuje mi między palcami, a ja tracę to co najważniejsze...


# REALIZACJA SIEBIE

Ostatnie półtora roku mojego życia to ciągły bieg i walka o każdą sekundę. Kiedy spełniałam swoje plany i marzenia czułam, że to jest jest właśnie to co chcę robić w życiu; że to dobry czas wykorzystany na maksa; że robię coś ważnego. Tak było, całkiem długo i ten pęd wcale mi nie przeszkadzał. Nadaktywna osobowość zawsze zmuszała mnie do podejmowania działań i realizowania siebie - życie zawodowe i pasje były sensem mojego życia. Cała reszta musiała wpisać się w ten schemat, w którym nigdy nie było czasu. Tak mi się wydawało, bo przecież czas był, zawsze i nieustannie prący do przodu, minuta po minucie, godzina po godzinie. Wykorzystywałam go w sposób, jaki w danej chwili wydawał mi się właściwy. Czasem coś mnie ominęło, czasem gdzieś nie zdążyłam, ale zawsze byłam gdzieś i robiłam coś, co oznacza, że czasu nie traciłam, bo tak naprawdę stracić się go nie da. Sami dokonujemy wyborów w jaki sposób chcemy go wykorzystać...
Zeszły rok pokazał mi, że mój czas, mimo że wykorzystany do granic możliwości, przebiegł gdzieś z prędkością światła i zgubił po drodze parę wartości. Wartości, które przecież zawsze były dla mnie ważne: rodzina, przyjaciele, własna duchowość, codzienne pierdoły, dające radochę, spontaniczne wyjazdy za miasto, błogi spokój na łonie natury, tworzenie... Zatraciło się to w moim skrzętnie uknutym planie na życie. Coś za coś, zwykło się mawiać, ale mimo wszystko przyszedł CZAS, odezwał się do mnie swoim patetycznym głosem i pozwolił sobie zauważyć, że to chyba nie wszystko. Że straciłam więcej niż zyskałam. Doświadczenie? Rzecz bezcenna i żadnej minuty nie można uznać za straconą. Własny rozwój? Przegigantyczny i procentuje to każda dnia. Jak więc można tego żałować? Nie żałuję, absolutnie! Ta pula czasu została rozsądnie i na maksa wykorzystana. Jednak czas to taki kapryśny twór, który nie lubi jednostajności. Samoistnie dzieli się na kategorie - jeśli jedną wykorzystujemy do cna, siłą rzeczy podkradamy go z innej, która bezpowrotnie go traci. Jeśli bierzemy coraz więcej i więcej wpadamy w mechanizm podobny do bankowego debetu. Wydajemy go bez konsekwencji tu i teraz, ale nie unikniemy ich w przyszłości. Mój czas z wielu kategorii został brutalnie skradziony i bezpowrotnie stracony: zbyt mało poświęciłam go mojej Babci, której już nie ma na świecie; nie zaznałam spokoju i wyciszenia w ciąży, która już nie wróci; nie patrzyłam godzinami na swoje śpiące kilkudniowe dziecko, bo potrzebowałam tego czasu no coś innego; nie wyjechałam na beztroskie wakacje, ponieważ ten czas za wiele kosztował; nie spędziłam pięknego lata na wycieczkach, czy nawet wylegiwaniu się w słońcu ; odebrałam sobie minuty, godziny i dni, które mogłam spędzić z tymi, którzy są dla mnie najważniejsi... Straciłam ten czas, na własne życzenie, na pracę, na realizację siebie, na biznes, który sobie wymyśliłam. Czy to dobrze, czy źle? Zależy jak rozparcelowaliśmy sobie życiowe kategorie i ile czasu przydzieliliśmy na poszczególne. Moja równowaga została mocno zachwiana. Nie tak to miało wyglądać. Nie planowałam kradzieży czasu i życia z momentów, które stanowią jego sens. Nie chciałam realizacji siebie kosztem własnej wolności, rodziny, spokoju i ciągłego poszukiwania siebie. Zatraciłam się w tym wszystkim i czas odzyskać to co straciłam. Czas znaleźć magiczne miejsce, gdzie zalegają jeszcze resztki mojego straconego czasu. Bo na to nigdy nie jest za późno...


# ROZLICZENIE SIĘ Z PRZESZŁOŚCIĄ

Zeszły tydzień był dla mnie bardzo znaczący i symboliczny. Na początku kwietnia podjęliśmy decyzję, o zamknięciu biznesu, który prowadziliśmy półtora roku i który był sprawcą moich ingerencji w czasowy porządek świata. Zeszły tydzień doprowadził nas na koniec tej drogi symbolicznym podpisem na umowie. Mimo że znałam to zakończenie już wcześniej ten formalny akt przyniósł mi ulgę. Dał pewność, że teraz moje życie się zmieni. Że mimo trzech dekad przeżytych na tym świecie dopiero teraz dojrzałam do decyzji, że czas zwolnić, bo leci on jak oszalały. Jeszcze nie tak dawno temu po raz pierwszy ubierałam swoje dziecko w mikroskopijne ubranka, a teraz ma prawie 9 miesięcy siedzi, gada jak najęta i zaczyna chodzić - gdzie i kiedy to minęło? Nie wiem. Nie mam pojęcia, co stało się z tym czasem. Odkąd zostałam matką wygospodarowywałam każdą minutę, by chłonąć dzieciństwo mojej córki całą sobą. Nie pozwalałam już sobie na te drobne kradzieże czasu, ponieważ wiedziałam, że jest on zbyt cenny; że wcześniej czy później będę tego bardzo żałować. Rozciągałam dobę na maksa, chodziłam z dzieckiem wszędzie, gdzie musiałam iść nigdy nie "podrzucając" jej do kogoś, kto wykorzystałby ten czas za mnie. Wiedziałam, że muszę to przetrwać, bo nowa rzeczywistość jest na wyciągnięcie ręki, ale potrzeba cierpliwości - zawsze miałam z nią problem, ale dałam radę. Dotarłam niemal ostatkiem sił, nadwyrężając własne zdrowie psychiczne i przysłowiowe nerwy, do symbolicznej granicy, przy której czekał na mnie spokój i nowe wielkie możliwości. Długo do tej mądrości dochodziłam, ale teraz już wiem, że rzeczy wielkie są tak naprawdę bardzo malutkie. Nie ważne co mówią inni, nieważne, że w nowoczesnym świecie liczy się dobra posada i pozycja społeczna. Nie żyję dla tego świata, żyję dla siebie, swojej rodziny, dziecka, wspólnych małych planów na przyszłość, ludzi, z którymi spędza się dobry czas. Nie marzę o wielkim domu z ogrodem i wypasionym suvie, to nie są prawdziwe marzenia, a jedynie zastępniki tych najważniejszych wartości. Marzę o spokoju, wielkiej łące, trzymaniu dziecka za rękę podczas jej pierwszych kroków, wietrze we włosach (może kiedyś odrosną mi te nieszczęsne loki), spełnionym buldogu po weekendzie na wsi, wieczorach na kanapie w mężem, kieliszkiem wina i dobrym filmem, popołudniu w hamaku z jedną z książek ze sterty czekającej na półce. Czy to się nazywa starość? Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że będę miała takie marzenia po trzydziestce wyśmiałabym go. Ja! Przecież muszę zdobywać świat i ciągle biec do przodu! I tak właśnie zamierzam. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zdobyć świat małymi kroczkami i na zasadach, które sama będę sobie dyktować. Czasem trzeba się zatrzymać, ponieważ biegnąc wiele uchodzi naszej uwadze. Tak naprawdę nigdy nie lubiłam biegać. I teraz wiem to na pewno. Zostawiam przeszłość za sobą - praca, biznesy, kariery... będą jakie będą, nie dbam o to. Tak naprawdę nie ma przyszłości, jest tylko to co już przeżyliśmy i to co zrobimy dzisiaj. A dzisiaj spędziłam przesympatyczny dzień na spotkaniu z innymi mamami - taki normalny, spokojny i bardzo sympatyczny. Nudy? Marzę o NUDZIE! Mam na to teraz czas! Mogę z nim robić co chcę i ta świadomość jest dla mnie jak dotąd, najlepszym doświadczeniem, które mnie spotkało.


# SYMBOLICZNE POŻEGNANIE

Pożegnanie z przeszłością, która tkwiła we mnie bardzo długo. Przeszłością, która jako pierwsza uświadomiła mi, że coś nie tak w tym moim czasowym rozrachunku. Rok temu pożegnałam jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Pożegnałam, ale nie pogodziłam się z tym, nie zaznałam spokoju, nie zrozumiałam do końca. Potrzebowałam na to całego roku - teraz już wiem, dlaczego symboliczna żałoba trwa właśnie tyle. To najtrudniejsza kategoria czasu. Majowy weekend spędziłam w jedynym miejscu, gdzie mogłam definitywnie się pożegnać i odnaleźć spokój. Dzika wieś, ukochane miejsce mojej Babci - cisza, spokój, natura, śpiew ptaków i niemal namacalna obecność Jej osoby, w każdym krzaczku, który tam posadziła, w kolorowych kwiatach, ulubionym kubku do kawy, zapachu żelu pod prysznic... Potrzebowałam tego weekendu, by dostrzec wyższy wymiar tego zjawiska, jakim jest pożegnanie. Tak naprawdę nie musiałam tego robić, ale zrozumiałam fakt, że jeśli kogoś nie ma już wśród nas, nie oznacza, że zniknął. Zawsze pozostanie tam, gdzie pozostać powinien i nie da się go pozbyć, choćbyśmy chcieli, ponieważ jesteśmy składową wszystkich naszych życiowych doświadczeń i osób, które miały wpływ na nasze życie. Bo nasi rodzice, babcie i dziadkowie żyją po to, by stworzyć dla nas najpiękniejsze wspomnienia. I jak się okazuje to również moje zadanie...


Stracony czas? Nie istnieje... Każde przeżycie i doświadczenie pozostaje w nas. Możemy jedynie żałować, że nie wykorzystaliśmy go w inny sposób, ale pojawia się pytanie po co? Czy to coś zmieni? Czy wmawianie sobie, że zrobiliśmy coś nie tak, jak powinniśmy zmieni naszą przeszłość? Nie warto tracić CZASU na myślenie co by było gdyby... Było, minęło. Jeśli nie czujemy się z tym dobrze, zmieńmy to. Tu i teraz, bo dzisiaj jest najważniejszym dniem w naszym życiu...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP