marca 15, 2016

Świat oczami telefonu...


Żyjemy w czasach zdominowanych przez sprzęty i nowoczesne technologie. Czy to źle? Z całą pewnością nie, ponieważ robią one wiele dobrego: łatwy dostęp do informacji, kontakt z ludźmi na końcu świata, przelewy w trzy sekundy, zakupy bez ruszania się z kanapy, nieskończenie wiele możliwości zapisywania swych wspomnień na karcie pamięci i dzielenia się nimi ze światem, rozwijanie zdolności przestrzennych, nawigacja zamiast papierowej mapy... To daje nam ogromne oszczędności czasu, które możemy spożytkować na coś innego, własne przyjemności, wycieczki za miasto, spotkania z rodziną i znajomymi. Co więc w tym złego, skoro daje takie możliwości i ułatwia nam życie? Czy jednak ten zaoszczędzony czas pożytkujemy w taki sposób jakbyśmy chcieli? Czy potrafimy relaksować się i odpoczywać z "żywymi organizmami" zostawiając sprzęty w domu, czy chociażby w kieszeni?


# TELEFON WIDZI WIĘCEJ OD NAS

Jestem człowiekiem XXI wieku. Nie wyobrażam sobie życia bez komputera, czy telefonu - jak zapewne większość z Was. Mam profil na Facebooku, Instragramie, Google+ - prywatny, blogowy, firmowy... Skrzynkę mailową skonfigurowaną w telefonie, Messengera i Hangouts'a, dużą kartę pamięci na dziesiątki zdjęć. Jestem niewolnikiem swojego smartphona z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Dziennie bombarduje mnie setkami informacji, wyskakującymi na górze ekranu. Szczerze? Nie brzmi to dobrze, ale mimo wszystko uważam, że jest dobre. W granicach rozsądku...

Od jakiegoś czasu chodzimy co tydzień z Lilą na basen - fajne zajęcia, rodzice z dzieckiem w wodzie, oswajamy się, uczymy, rozwijamy wspólne więzi i zaufanie. Pewnie niedługo o tym wspomnę wraz z galerią zdjęć, które zrobimy, przychodząc na zajęcia z aparatem. Zdjęcia robimy z zawodową amatorszczyzną od wielu lat i świadomie wybieramy miejsca, gdzie będziemy je robić. Na basenie, jeszcze nie było. Na jednych zajęciach zapewne jedno z nas będzie w wodzie z bobasem, a drugie przez 10-15 minut porobi zdjęcia. Odłożymy aparat i wrócimy do wspólnego czasu, bo przecież jest taki tylko raz w tygodniu... Co miesiąc od początku roku odwiedzamy z Lilą teatr, gdzie odbywają się zajęcia muzyczne, dla dzieciaków - świetna sprawa i zabawa z dzieckiem. Pisałam o tym niedawno, nawet zrobiliśmy zdjęcia. Kolejne 45 minut raz w miesiącu, które spędzamy z dzieckiem w okolicznościach zgoła odmiennych od codzienności. Wyjątkowe zajęcia i wyjątkowy czas, dla nas, z bobasem, który wkracza w świat muzyki... Poco o tym piszę i jak się to ma do telefonu? To jest moja perspektywa na mój świat, a teraz inna.
Teatr, zajęcia muzyczne z bobasem, rezerwujemy, płacimy, przyjeżdżamy na ustaloną godzinę. Rodzice, rodzic lub większe grono z bobasem + telefon... Na sali ok. 30 osób nie licząc dzieci, 6 osób siedzi na krzesłach poza kręgiem zainteresowań i ogląda świat w telefonie, bo przecież to ciekawsze niż dziecko, które całym sobą chłonie muzykę i zabawę. Kolejne 10, widzi co robi jego dziecko przez pryzmat telefonu, którym nieustannie cyka mu fotki - czasem nie omieszka wydać z siebie jakiegoś dźwięku w postaci: nie ruszaj się na chwilę; uśmiechnij się; powiedz coś babci! 5 osób musi o wiele bardziej skupić swoja uwagę, ponieważ kręci reportaż! Przez bite 45 minut! Filmuje każdy gest swojego dziecka, które jeszcze nawet nie chodzi - ważna sprawa, przecież takie rzeczy trzeba dokumentować na bieżąco. Dwie panie biegają za chyba wnuczką i siostrzenicą, by nie umknął im żaden szczegół i przypadkiem dziecko nie mogło za bardzo skupić się na tym co dzieje się na scenie... Rodziców przeżywających te magiczne 45 minut z dziećmi, ok. 10 sztuk. 1/3 ze wszystkich, którzy przybyli tam w jakimś celu i telefon przeżył te chwile za nich...
Na basenie sytuacja nieco inna i procent rozłożony trochę inaczej, ale jednak... Mama w wodzie, tata na brzegu biegający wokół i cykający poklatkowo 15 zdjęć na sekundę - musi być wybór przecież. Niektórzy przychodzą w grupach, by mieć rodzinne zdjęcie: przy macie do przewijania, przy drabince, przy przebieralni. Później zobaczą na zdjęciach co tam się właściwie działo...

Telefon to nie zło, a tym bardziej robienie zdjęć. Zajmujemy się fotografią od wielu lat i znam doskonale magię obrazów i wspomnień, które po latach można powspominać patrząc na album lub zdjęcia na ścianie. Czasem bierzemy go na wycieczki, z założeniem, że to czas również dla naszej pasji, bardzo często tego nie robimy, ponieważ noszenie ze sobą sprzętu ważącego kilkadziesiąt kilogramów jest problematyczne. Odkąd piszę bloga robimy je również w miejscach, gdzie wcześniej nie przyszłoby mi to do głowy, bo mam pomysł na jakiś temat. Jednak zdjęcia to element dodany to jakiegoś wydarzenia, które w pierwszej kolejności chcę przeżyć, zapamiętać, zapisać w swojej głowie, a dopiero później na karcie pamięci aparatu. Sytuacje opisane powyżej to normalność, choć jeszcze nie tak dawno wszyscy śmiali się z Azjatów fotografujących wszystko co wpadnie im w oko. "To przecież nienormalne jechać gdzieś i zamiast cieszyć się miejscem robić 1500 zdjęć, które będą oglądać w domu". Aparaty w telefonach umożliwiły nam dokumentowanie absolutnie wszystkiego, tylko pytanie po co? Nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele przez to tracimy i ile rzeczy przeżywa za nas ekran aparatu/telefonu. Czy naprawdę chcemy, by zamiast naszego uśmiechu dziecko z każdego wydarzenia pamiętało telefon przy naszej twarzy? Zrobienie zdjęcia to kilka sekund, może minut - po co nagrywać 45 minutowe filmy, których i tak nigdy nie obejrzymy, albo będziemy nimi uszczęśliwiać znajomych i rodzinę, bo tutaj się tak cudownie uśmiechnął, a tam stracił równowagę i upadł. Zawsze w takich miejscach pytam organizatorów, czy wyrażają zgodę na robienie zdjęć. W owym teatrze Pani odpowiedziała "oczywiście, wie Pani co by było, gdybyśmy zabronili rodzicom robienia zdjęć?". Wiem. Byłoby tak jak być powinno. Byliby rodzice, ich dziecko i świat muzyki, który przyszli mu tutaj pokazać. Bez zdjęć, bez telefonu, przez jedyne 45 minut z 1440. tego dnia. Czy to naprawdę tak wiele?

Jestem człowiekiem XXI wieku, nie wyobrażającym sobie życia bez telefonu. Jednak bardziej nie wyobrażam go sobie bez pięknych wspomnieć, czasu spędzonego z rodziną i rozmów w cztery oczy. Nie chcę, by telefon przeżył życie za mnie i widział więcej niż ja będę w stanie zobaczyć. Kocham fotografię, ale jest to coś, czemu w danej chwili się poświęcam. Biorę aparat z założeniem, że chcę tam zrobić zdjęcia. Czasem odpuszczam, bo chwila nie warta jest skalaniem jej sprzętem, Trudno, nie będzie zdjęć, chociaż wiem, że wyszłyby świetnie. Albo wóz, albo przewóz. Nie da się robić wszystkiego naraz. Pytanie, czy wolimy żyć, mieć wspomnienia, dawać dzieciom, znajomym, rodzinie siebie, czy lepiej oglądać co się dzieje obok nas w telefonie. A co jeśli go zgubimy? Będziemy pamiętać, że gdzieś byliśmy i chyba było fajnie, ale dokładnie to nie wiadomo, bo to wspomnienie przepadło wraz z kartą pamięci...


# ODWYK

Nigdy nie nadużywałam telefonu do robienia zdjęć. Czasem wyciągam go na szybko, bo jest coś co warto uwiecznić w danej chwili, a innego sprzętu nie mam pod ręką - robię to głównie, by wysyłać te zdjęcia mężowi, czy mamie, którzy nie mają okazji zobaczyć pewnych sytuacji z życia Lilii, będąc w pracy, czy gdzieś indziej. Albo pies przybrał dziwną pozycję, której na pewno już nigdy nie powtórzy. Czasem wrzucam coś na blogowego Instagrama. Byc może dlatego powyższe sytuacje są dla mnie nie zrozumiałe. Ale niewątpliwie nadużywam tego urządzenia w wielu innych kwestiach. Wprowadziłam sobie pewien odwyk, bo z każdym uzależnieniem można walczyć i kiedy ingeruje za bardzo w nasze życie oznacza to, że "dzieje się źle". Zaczęłam od małych kroczków:

1) staram się nie używać telefonu, będąc z kimś; wiadomo, że czasem zadzwoni i trzeba odebrać, ale bez sensu jest przeglądanie maili, czy FB, które mogą poczekać; wystarczy, że bezsensownie scrolluję sieć w samotności - czasem w jakimś celu, a czasem, by zabić czas, którego nie mam; kiedy już uda mi się z kimś spotkać chcę ten czas wykorzystać na pogadanie i zobaczenie na żywo człowieka, który nieustannie uśmiecha się do mnie a avatara Messengera, czy facebookowych znajomych;

2) włączam telefon po 12:00; wcześniej jest to czas tylko dla mnie i dziecka; jeśli ktoś dzwonił, oddzwonię później; świat przeżyje beze mnie te kilka godzin do południa; wystarczy, że kolejne 12 godzin będę dla niego, te kilka do południa mogę poświęcić małej istocie, która za parę lat może przejąć te niechlubne nawyki i tyle ja widziałam;

3) telefon jest dla mnie, a nie na odwrót; nie zabijam się na domowym torze przeszkód, by dotrzeć do dzwoniącego kogoś; nie noszę telefonu przy uchu wychodząc z domu, by słyszeć jak będzie dzwonił, sms-ował, czy informował o sytuacji na świecie; to nie aparat stacjonarny i ma tą magiczna funkcję, że te wszystkie połączenia, sms-y i powiadomienia będą widoczne za parę godzin i mogę do nich wrócić; jeśli ktoś pilnie potrzebuje kontaktu, kiedy nie odbieram zawsze dzwoni do Adama

4) czytam gazety; kiedy siedzę w poczekalni do lekarza, urzędzie, czy gdziekolwiek indziej; korci jak cholera, żeby sięgnąć do torby i popatrzeć, na cokolwiek, ale wtedy widzę wszystkich wokół utkniętych w swych smatrphonach i przypominam sobie, że zawsze lubiłam być outsiderem;

5) przekonuję sama siebie, że przecież kiedyś dało się bez tego żyć; wiadomo, że sieć to nie tylko pożeracze czasu, ale również mnóstwo wartościowych treści - czytam sporo artykułów, blogowych postów, wywiadów... Jednak tak samo jak nie chodzę  z gazetą w kieszeni, tak na czytanie w sieci warto wyznaczyć sobie konkretny czas; nie zawsze się to udaje, kiedy coś wpadnie mi w oko, ale staram się to zapisać i na spokojnie poczytać w kanapowym zaciszu; takie niby banalne priorytetyzowanie zadań, a tak się człowiek musi namęczyć;

6) walczę z nawykami; każde uzależnienie (a 80% z nas jest uzależnionych od swoich telefonów) to przede wszystkim nawyki i przyzwyczajenia; rzucając palenie często bardziej niż nikotyny brakuje nam rytuału wyjścia na fajkę w pracy, zapalenia na imprezie, czy w apogeum stresu; walcząc z alkoholizmem tęsknimy za wieczorami z filmem i piwkiem; momencie relaksu po pracy, kiedy nalewaliśmy obie drinka, spotkaniem z przyjaciółkami przy dobrym winie... Z telefonem jest to samo, brakuje nam samego ruchu wzięcia go do ręki; zajrzenia do powiadomień, czy wiadomości, bo może akurat coś się tam pojawiło; przejechaniu palcem po ekranie, by zobaczyć co tam w świecie piszczy - do niczego nie jest nam to potrzebne, a jednak nie potrafimy bez tego żyć.


# PODRĘCZNA PAMIĘĆ MÓZGOWA

Telefon komórkowy niewiarygodnie ułatwia nam życie, ale w równym stopniu nam go utrudnia i komplikuje. Według ostatnich badań przeciętny Polak spędza dziennie 6,5 godziny wpatrując się w ekran jednego ze swoich elektronicznych urządzeń (komputer, tablet, smartphone), nie licząc, rzecz jasna pracy, jeśli wymaga ona pracy na komputerze. Prym wiedzie komputer, jednak smartphone zajmuje nam średnio 2 godzinny 11 minut. 6,5 godzinny dziennie daje nam 45,5 godziny tygodniowo, a to znów 195 godzin w miesiącu. To z kolei oznacza, że tracimy miesięcznie nieco ponad 8 dni naszego życia na użytkowanie wszelakich sprzętów elektronicznych, co daje 96 dni rocznie, czyli ponad trzy miesiące! Z telefonem, który jest tematem tego posta jet nieco bardziej optymistycznie: 2,11 godzin dziennie = 14,77 godzin tygodniowo = 2,6 dni miesięcznie = 31 dni rocznie, czyli jeden miesiąc w roku mamy z głowy. Nie wygląda to zadowalająca, ale obawiam się, że nie jesteśmy w stanie drastycznie zmniejszyć tych danych. Ja osobiście musiałabym zamknąć firmę, bloga i przejść na fotografię analogową, by zmniejszyć użytkowanie komputera, ponieważ to pochłania mi przy nim najwięcej czasu. Próby ograniczenia telefonicznego już podjęłam i jak na razie idzie mi całkiem nieźle.
Powrót do realiów sprzed lat jest nierealny i ja osobiście bardzo bym go nie chciała. Chciałabym jednak obciążać do granic możliwości swoją własna podręczną pamięć mózgową, odciążając jak się da tą telefoniczną. Nie oceniam, w żadnym wypadku, telefonicznych przypadków z teatru, czy basenu, ale po prostu ich nie rozumiem. A atakują mnie zewsząd. Co innego siedzieć w samotności z własną telefoniczną przestrzenią lub robić zdjęcia dla własnej przyjemności, a co innego jeść obiad z rodziną, siedzieć z dzieckiem na placu zabaw, na randce z mężem... i telefonem. Istnieją restauracje, gdzie jest zakaz ich używania, by ludzie mogli zacząć się zauważać i z sobą rozmawiać, a nie wiecznie zerkać na przyjaciela z torebki, czy kieszeni. Zupełnie inną kwestią jest telefoniczna obsesja zdjęciowa. Możliwość robienia zdjęć to jedna z fajniejszych rzeczy jaka mnie w życiu spotkała, więc rozumiem tą potrzebę jak mało kto. Jednak stawianie sobie za cel zrobienie jak największej ilości zdjęć z jakiegoś wydarzenia, spotkania, spaceru, wizyty stawia nas tak naprawdę obok całego wydarzenia. Świetnie jest mieć selfie z dzieckiem, też je robię,  ale do tego wystarczą trzy minuty, chowamy telefon do kieszeni i resztę czasu spędzamy razem. Często zdarza się, że słyszę stwierdzenie idąc na jakąś imprezę, a jak wy będziecie to zrobicie fajne zdjęcia. Nie, nie zrobimy. Albo idziemy na imprezę, na której mamy się dobrze bawić, albo idziemy robić zdjęcia, bo to jest ciężka i absorbująca praca. Zrobienie zdjęć wymaga skupienia na tym uwagi, którą odciągamy od imprezy. Nie bez powodu zatrudnia się na ważne wydarzenia fotografów, by główni zainteresowani mogli przeżyć je w całości, dobrze się bawić, być razem i nie przejmować się faktem, czy będą mieć z tego pamiątkę. Warto rozgraniczać te sprawy, by nie umknęło nam to co najważniejsze i co powinno zajmować naszą pamięć, a nie tą mała czarną 16 gigową. Pomijając fakt, że to może być dość uciążliwe dla innych. Pani nie zwracająca uwagi na leżące na ziemi dziecko, bo goni za odpowiednim kadrem; przeszkadzająca swojemu w zabawie, na które sama go zabrała, by się uśmiechnęło do aparatu; tata, z boku oglądający swoją żonę z dzieckiem, bo musi ich uwiecznić na filmie. Technologia nami zawładnęła, a my poddaliśmy się jej bez większych sprzeciwów. To nas ogranicza mentalnie, oddala od siebie i coraz bardziej przybliża do samotności. Ostatnio wymyślono młynek do pieprzu, który ukradkiem wyłącza wszystkie urządzenia elektroniczne w domu, by rodzina mogła wspólnie zjeść posiłek! Czy to jest normalne? Może jestem zacofana, ale dla mnie normalne to nie jest i nie chcę tak żyć. Chcę dotknąć szczytu gór, a nie oglądać je na zdjęciu; chcę poczuć morską sól na twarzy, a nie siedzieć na leżaku z telefonem; chcę trzymać za rękę na spacerze męża, a nie wypasionego smartphona; chcę z dzieckiem zjeżdżać na zjeżdżalni, a nie robić mu zdjęcie jak jedzie samo... Chcę żyć w swoim życiu, a nie obok.

Wszystko jest dla ludzi i nie zamierzam wyjeżdżać do dziczy i żyć w bambusowym szałasie. Jestem użytkownikiem: komputera, bo to narzędzie moje pracy i wielu przyjemności (jak to miejsce); tabletu, bo to wygodne urządzenie; aparatu, bo uwielbiam robić zdjęcia; telefonu, bo bez niego jak bez ręki. Ale przede wszystkim jestem człowiekiem, żoną, mamą, córką, przyjaciółką, siostrą... i wtedy słowo "użytkownik" jest daleko w tyle. Telefon zostaje w torbie, komputer w domu, aparat w samochodzie, a ja cieszę się chwilą, która jest jedyna i niepowtarzalna i żadne urządzenie mi jej nie odbierze, a już na pewno, nie zastąpi. Liczy się tylko moja własna podręczna pamięć mózgowa...

I tego Wam również życzę. Znalezienia złotego środka, by nie oszaleć w tym szalonym technologicznym świecie ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP