stycznia 04, 2016

2015 zakończony! Rok, który kocham i nienawidzę...


Patrzę na to zdjęcie i ten nowy rok z wielką nadzieją, która zagaduje do mnie z tych odległych słonecznych promyków... W zasadzie taką jedną, jedyną - by był lepszy niż ten miniony. Bo ze wszystkich dotychczasowych w całej mojej 31 letniej życiowej karierze, ten będzie takim rokiem, który się wspomina za dekadę, 50 lat i w swej ostatniej godzinie. Rok, który odmienił moje życie, odmienił mój świat, rodzinę i odmienił mnie. Bo między mną z zeszłorocznego Sylwestra, a tą teraz rozciągają się lata świetlne! Niesamowite, że w tak krótkim czasie, człowiek aż tak bardzo może się zmienić - i nie chodzi tu o dodatkowe kilogramy, które staram się chwilowo zaakceptować, ale o doświadczenia, z których należy wyciągnąć odpowiednie wnioski...



# POLICZEK OD LOSU

Powiedzenie, że miniony rok był najgorszym i najlepszym w moim życiu zdecydowanie nie będzie na wyrost. W zasadzie to pokusiłabym się o stwierdzenie, że był najgorszym, gdyby nie mały "szczegół", który pojawił się w moim życiu cztery miesiące temu. Dlaczego los się tak parszywie na mnie uwziął? Nie wiem. Ale wiem, że każde nieszczęście, prawie każde, można obrócić w zdobyte doświadczenia, dojrzałość i zmianę spojrzenia na świat. Jednak miło byłoby, gdyby owe doświadczenia rozłożyły swe siły na kilka lat, a nie skumulowały się w jednym, którego zakończenia nie mogłam się już doczekać. Jakie więc nauki wyciągnęłam z tych minionych 365 dni? Po kolei...



# PRÓBA CHARAKTERU

1) Tematem numer jeden, który nieustannie, codziennie i o każdej porze wychodził na tapetę był oczywiście BIZNES, niby otwarty w roku 2014, jednak to właśnie ten miniony był znaczący i tak naprawdę działający. A był to rok najcięższy z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Rzadko kiedy zdarza się, by raczkujący biznes działał od razu i przynosił dochody. Ja osobiście takiego nie znam i nasz również do takich nie należał - wiadomo, że firmę trzeba rozkręcić, wypromować, zapracować na dobrą opinię... Wszystko to udawało się do czasu, kiedy pojawiły się pierwsze problemy i pierwsze opinie niezadowolonych klietów (sprawa normalna, zawsze takie są). Ale te trzeba było naprawiać i pojawiały się kolejne problemy; nadszedł czas ogórkowy, który bardzo dał nam w kość finansowo, i z którego odgrzebujemy się do tej pory. Nie ma tygodnia, żeby coś w tym organizmie nie żyło własnym życiem: problemy z pracownikami, awarie sprzętu, zalanie przez sąsiadów, dziesiątki zobowiązań finansowych i to co w tym wszystkim najgorsze: zawsze zajęta głowa! Nie miałam przez ten rok dnia, kiedy nie myślałabym o tym, jak to będzie w przyszłym miesiącu, czy zarobimy na czynsz, czy będzie odpowiednia ilość klientów, czy będą zadowoleni, czy może nie i już więcej nie wrócą, co zrobić, by wszystko szło tak jak powinno. Tak wygląda prowadzenie własnego biznesu - często słyszę, że mam się świetnie, bo siedzę w domu, mam czas dla dziecka, a ludzie pracują za mnie... Jeśli w ten sposób postrzegacie prowadzenie swojej firmy, to absolutnie nie planujcie kiedykolwiek, że będziecie to robić, bo własna firma to własne życie, a to oznacza, że pracujecie 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu przez 365 dni w roku. Nawet jeśli nie pracujecie fizycznie, to pracuje Wasza głowa, myśląca, jak przetrwać kolejny miesiąc lub w jaki sposób planować rozwój... Ja osobiście oficjalnie prowadzę firmę od 408 dni, co oznacza, że postarzałam się przez ten rok mentalnie co najmniej o dekadę. I marzę o kilku tygodniach, albo chociaż dniach, kiedy będę w stanie wyłączyć umysł biznesowo-finansowo-rachunkowy i nie myśleć absolutnie o niczym.
WNIOSKI: wnioski z tego roku są przeciwnie do sytuacji wyjątkowo proste - realizacja marzeń jest możliwa, jednak płaci się za to wysoką cenę. Jakiś czas temu podsumowywałam rok naszej pracy i pisałam, że nie żałuję i zrobiłabym to jeszcze raz, ze względu na ludzi, i jest to najprawdziwsza prawda, ale biorąc pod uwagę swoje zdrowie psychiczne, spokój ducha i to, jak bardzo ta praca zmieniła moje życie - nie powtórzyłabym tego, a nawet jeśli, to zrobiłabym to zupełnie inaczej. Jest to oczywiście niemożliwe, ponieważ człowiek uczy się na błędach i nie miałabym tej wiedzy, gdyby nie ten rok, jednak jeśli macie w głowie jakieś szaleńcze plany i marzenia, róbcie wszystko, by móc je zrealizować, ale pamiętajcie, że nie ma w życiu nic za darmo...

2) Równolegle  z kwestią biznesową, zeszły rok minął nam pod tematem CIĄŻY. Była to najbardziej rewolucyjna wiadomość, jaką kiedykolwiek otrzymałam od losu, i której absolutnie się nie spodziewałam. Zapewne skumulowanie tych dwóch aspektów (biznesu i ciąży) w jednym roku było powodem totalnego chaosu, ponieważ nie mogłam poświęcić się pracy w takim stopniu jak tego chciałam i jak było to wymagane. 3/4 zeszłego roku spędziłam więc z coraz większym i większym brzuchem, z dziesiątkami dolegliwości, które wprowadziły mnie na nowy poziom braku porozumienia na polu ciało-umysł - nie pomagała w tym praca prawie do samego porodu. O ile biznes wykończył mnie psychicznie, o tyle ciąża dała mi na maksa popalić z moim ciałem. Nie ukrywam, że z wielką zazdrością patrzyłam na kobiety, które pokonywały ten stan niemal biegiem, chadzając w obcisłych dżinsach, podczas gdy ja do tej pory się w nie nie mieszczę. Niemniej przetrwałam ten czas, bo jakby nie było człowiek jest w stanie dostosować się do każdej sytuacji i wynagrodzono mi te trudny cudownym, zdrowym i niezwykle pociesznym dzieckiem. Ze stanu ciążowego płynnie przeszliśmy w stan macierzyński, który trwa nam w radościach, troskach i obawach, ale ze zdecydowaną przewagą uśmiechów na twarzach. Lila rekompensuje wszystkie nasze zawodowe niedoskonałości i daje poczucie faktu, że tak naprawdę są to kwestie zdecydowanie mniej istotne niż wydawały się przed jej pojawieniem. Czasem zastanawiam się, czy nie po to postanowiła przybyć na ten świat...
WNIOSKI: wniosek jest jeden, najważniejszy - dziecko zmienia wszystko! Z mojego punktu widzenia są to zmiany tylko i wyłącznie na lepsze. Bo co z tego, że mamy mniej czasu dla siebie; że przeorganizowały nam się wartości; że nie możemy już leżeć do góry brzuchem i wychodzimy z domu z piętnastoma elementami dziecięcego ekwipunku przez trzy godziny. Ale wiem, że cokolwiek by się w tym dniu nie działo, jak bardzo by mi nie było źle i jak wiele bym nie miała na głowie, kiedy wezmę tego małego człowieka, z uśmiechem od ucha do ucha, na ręce, całe zło tego świata znika w mgnieniu oka i tak długo, jak jest obok -  a jest nieustannie - moje wartości są trzysta lat świetlnych od tych, które wyznawałam rok wcześniej. I wiecie, jaki jest najważniejszy wniosek? Plany są do dupy! I najlepsze rzeczy, jakie spotykają nas w życiu dzieją się przez czysty przypadek

3) ZMIANY, zmiany, zmiany... - nieodłączny element posiadania dziecka, a bardziej przygotowania do jego posiadania. Mieszkania zmienić nam się nie udało, co było rzeczą koszmarną z tego względu, że musieliśmy zrobić remont naszego! Wyobrażacie sobie remont mieszkania, w którym mieszkacie, będąc w ciąży, z psem i firmą na karku? Ja również sobie tego nie wyobrażałam po paru dniach życia w takim chaosie, więc wylądowaliśmy na ponad miesiąc na kanapie u rodziców. Niby lepiej, ale przypominam, że chodziło o kobietę w ciąży, psem i firmą, więc przez miesiąc moje życie wyglądało niczym spuchniętej stewardesy, która codziennie wędrowała z walizką, buldogiem i tysiącami papierków i faktur od swego mieszkania (gdzie trzeba się było zaopatrzyć w materiał do życia na dzień następny) do domu rodziców (gdzie były warunki do życia i pracy). Była to wyjątkowa wykańczająca zmiana, przede wszystkim dla Adama, który to remont wykonywał sam, pracując normalnie i jeszcze działając po godzinach w naszym BOTAKu.
Oczywiście przez ten czas trzeba było się nieustannie doposażać w sprzęt dla dziecka, co było dość problematyczne, zważywszy na permanentny brak miejsca. Najbardziej jednak, dla mnie, dotkliwą zmianą, było pożegnanie się w moim ukochanym automobilem :( Żuczkowski, jak go ładnie nazywałam, był moim wymarzonym od dziecka, samochodem. Początkowo miał być starym, klasycznym, poczciwym garbusem, jednak ze względu na moją dość częstą i czasem daleką użytkowość samochodową stanęło na tym nowoczesnym modelu - nie mniej uwielbiałam ten samochód! Ogólnie mam słabość do jeżdżących pojazdów i traktuję je bardzo osobiście, jednak mój poczciwy Żuczkowski nie był w stanie pomieścić za bardzo solidnych zakupów, o wózku i dziecięcych sprzętach nie wspominając. Przyszło nam więc się rozstać ze łzami w oczach i zamienić pięknego Żuczkowskiego, na gigantycznych rozmiarów bagażnik w Botankowozie, jak została nazwana moja nowa towarzyszka motoryzacyjnego życia.
WNIOSKI: pierwszy i praktyczny, Dacia Logan jest rewelacyjnym samochodem rodzinnym, mieszczącym w bagażniku niemal cały dziecięcy pokój, wózek i jeszcze rowery - zdecydowanie polecam. A od strony bardziej duchowej? Zmiany są nieodłącznym elementem naszego życia, nie da się ich w żaden sposób uniknąć. Zawsze lepiej być przygotowanym na możliwość zmian, co w paradoksalny sposób da nam większe poczucie stabilności i bezpieczeństwa niż zamykanie się na ich natarcie. Bo jedyną stałą rzeczą w życiu są zmiany...


4) Najgorszym i najcięższym, bez dwóch zdań, elementem minionego roku były POŻEGNANIA. Specjalnie pozostawiłam je na koniec, ponieważ przy nich każdy powyższy punkt traci na znaczeniu. Dla mnie osobiście, najgorszym momentem była śmierć mojej ukochanej babci - do teraz mam wrażenie, że wyjechała gdzieś w długą podróż i niedługo wróci, nie mogąc pogodzić się z tym, że już jej nie ma wśród nas. Ta strata bardzo odbiła się na moim życiu i zmieniła mnie nie do poznania. Jakby tego było mało pożegnaliśmy też babcię Adama, bliskiego wujka, młodego przyjaciela i kilkumiesięczną córeczkę sąsiadów. Przez całe swoje życie nie byłam na takiej ilości pogrzebów, jak w zeszłym roku, nigdy nie straciłam tak ważnej osoby i tak wielu bliskich ludzi. To był pod tym względem straszny rok i nigdy nie chcę takiego drugiego! Bo drugi raz moje serce już tego nie przeżyje... Kiedy większość z Was czekała na pierwszą gwiazdkę nie tak dawno temu, ja odliczałam dni do końca tego nieszczęsnego roku, w obawie, że coś jeszcze może się wydarzyć. Parę dni przed końcem roku wykryto guza na nerce u mojej drugiej babci, a w ostatnim dniu żegnałam się z Tatą na co najmniej cztery miesiące - parszywy rok, doprawdy, parszywy...
WNIOSKI: są aż nazbyt oczywiste i powinny towarzyszyć nam przez całe życie, a nie dopiero w momentach, kiedy jest już za późno. Spędzajmy jak najwięcej czasu z ludźmi, których kochamy; odwiedzajmy babcie jak najczęściej, bo ich lata są już policzone; cieszmy się życiem i spełniajmy marzenia, bo nasze życie jest krótsze niż nam się wydaje. I najważniejsze: kiedy macie wśród swoich bliskich osobę, która jest nieuleczalnie chora bądźcie z nią ile się da, odwiedzajcie, przywoźcie coś do jedzenia, zabierajcie na spacer, jeśli ma siłę, przychodźcie codziennie do szpitala, czy hospicjum, zabierzcie ją w jej ukochane miejsce, bądźcie z nią! Bo nigdy nie wiecie, kiedy jesteście z nią ostatni raz...


POWITANIE - które nadało sens tym naprawdę trudnym momentom. Bez niego ten rok byłby nie do zniesienia - zbyt wiele negatywnych emocji i złych sytuacji nagromadzonych w tak krótkim czasie, by człowiek mógł przejść z tym do porządku dziennego. Lila, bo oczywiście o niej mowa, kiedy jeszcze jej nie było, dawała nadzieję, że jest w tym wszystkim jakiś sens i że będzie lepiej. Być może dlatego jest wiecznie uśmiechniętym dzieckiem - by dawać nam siłę na walkę ze światem naszej produkcji, ale też tym, na który nie mamy wpływu, a atakuje nas zewsząd. Najpiękniejszy moment mojego życia, pojawił się akurat w najgorszym roku mojego życia - widać musi być jakaś równowaga w naturze...



#AKTYWNOŚCI

Rok 2015 naznaczony był ogromną ilością aktywności, głównie zawodowych w naszym życiu. Najwięcej wygenerował oczywiście BOTAK i było wiele naprawdę dobrych momentów, z niesamowitymi ludźmi, w szczerych relacjach i świetnej pracy. Sporo ostatnio mam zarzutów do naszych pracowników, ale patrząc ogólnikowo są to świetni ludzie, wykonujący (bardzo często) kawał dobrej roboty - jednak w biznesie trzeba patrzeć przede wszystkim na detale, bo w końcu diabeł tkwi w szczegółach i stąd częste zgrzyty i pretensje. Nie mniej Ci wszyscy ludzie, którzy przewinęli się przez moje życie w minionym roku wypełnili je w większości przypadków pozytywnymi emocjami, które na pewno długo będę pamiętać. Bo miejsca się zmieniają, biznesy się otwierają i zamykają, źli ludzie odchodzą w zapomnienie naszych umysłów, a te fajne relacje pozostają w nas na zawsze - nawet jeśli o kimś lub o czymś zapomnimy, to te warte zapamiętania dusze, zawsze pozostaną głęboko w nas.


Zeszły rok pozwolił mi również na możliwości rozwoju osobistego, w dwóch kierunkach. Pierwszy, który kultywuję wraz z małżonkiem, czyli FOTOGRAFIA, którą bawimy się już od lat wielu. Ten rok dał nam możliwość zakupu sprzętu, z którym nasze możliwości się zwiększyły, a zabawa stała się poważniejsza. Zbieraliśmy na to wiele miesięcy, by w styczniu skoczyć na zdecydowanie wyższą sprzętową półkę, niż byliśmy dotychczas z naszym Nikonem D3000. Nowe body, trzy obiektywy, lampa, blendy, statywy... Duży sprzęt i duże możliwości - oczywiście do półki profesjonalnej brakuje nam jeszcze ze 40 tyś. złotych, ale i tak dało nam to wielką frajdę, mnóstwo pięknych zdjęć i przede wszystkim ogromną satysfakcję. Nie jest to tanie hobby, ale w tym roku pierwszy raz pojawiła się możliwość, by sprzęt na siebie zarobił, albo bardziej dorobił do własnego istnienia. Z pasji zdjęciowania, pojawił się również, za namową znajomych, fotoblog, pomału zapełniający się obrazami, gdzie KOŹLIKI-AMATORGRAPHY, dążą do uzyskania stopnia PHOTOGRAPHY, bez amatorskiego przedrostka.
Drugim okazało się BLOGOWANIE. Założyłam bloga w marcu, z ciekawości jak to będzie, jako miejsce, gdzie będę mieć możliwość upuszczenia co nieco emocji się we mnie kotłujących. Nie sądziłam, że tak bardzo mnie to wciągnie i będzie dawać tyle satysfakcji - na pewno, jako miejsce buforowania swojej głowy okazało się idealne. Wraz z pisaniem u siebie, coraz więcej zaczęłam czytać u innych i okazało się, że ludzie piszą naprawdę świetne teksty i poruszają bardzo wartościowe tematy. Blogowanie zawsze kojarzyło mi się z pierwotnym założeniem tej sfery, czyli prowadzeniem wirtualnego dziennika. Okazało się, że wykorzystując swoje życie można pisać o wszystkim i to w taki sposób, by ktoś chciał to czytać. Pisanie od zawsze było we mnie, zarówno zawodowo, edukacyjnie, jak i prywatnie - odkrycie więc miejsca, gdzie mogę pisać o czym tylko dusza zapragnie i na dodatek ktoś to czyta i nawet mu się podoba było moim odkryciem dekady. Okazało się również, że życie każdego z nas to księga inspiracji, doświadczeń i wiedzy, których aż żal trzymać w zamknięciu, kiedy mogą zrobić coś dla świata i blogosfery. Jeszcze długa droga przed moją blogową "karierą", ale ten krok z ręką na sercu mogę uznać za jeden z lepszych, które wykonałam w minionym roku.


#PRZYJAŹNIE?

Ciężkie czasy generują dobrych przyjaciół. I taki też był ten rok. Przez moją pracę i BOTAKowe kontakty spotkałam na swej drodze dziesiątki przeróżnych, naprawdę wartościowych ludzi, których w żadnych innych okolicznościach spotkać bym nie miała szans. Przez ciążę, nawiązałam nowe, albo odbudowałam niektóre stare relacje, które gdzieś się zapomniały, a teraz pojawił się wspólny mianownik i ciekawe tematy do rozmów. Przez bloga, podtrzymuję wiele naprawdę fajnych kontaktów wirtualnych, które w normalnych okolicznościach, by nie przetrwały. Przez ogół spadniętego na nas losu wzmocniłam wiele bezpośrednich przyjaźni i cudownych relacji z rodziną, o tych małżeńskich nie wspominając.
Jest i druga strona, wbrew pozorom dobra, ponieważ wiele kontaktów się urwało, albo z przytupem skończyło, bo jednak okazało się, że nasze drogi rozlazły się niemiłosiernie. Bo tak naprawdę przyjaźnie, jedne dłuższe, drugie krótsze, jedne bezpośrednie inne tylko prze maile, czy fb, są dobrem na całe zło. Wiedząc, że zawsze gdzieś jest ktoś, kto poda Ci pomocną dłoń, rzuci dobre słowo, zabierze na wino, albo soczek, jeśli jesteś w ciąży, życie i jego upierdliwość stają się bardziej znośne. Ten rok obfitował w dobre relacje, a o tych złych już dawno zapomniałam...



# NADZIEJA I OPTYMIZM: włączone!

Nowy Rok witałam w całkowicie dotąd nieznany mi sposób. Do godziny 11:00 spędzaliśmy Sylwestra na BOTAKowej imprezie, po czym pojechaliśmy odebrać dzieci nasze dwa (Lilę i Gacosława) do dziadków. Wyjeżdżaliśmy od nich o 23:50, co oznacza, że zaczęło się już gremialne strzelanie. Jestem, rzecz jasna, wielką przeciwniczką strzelania w Sylwestra, ponieważ zwierzęta dostają w tym czasie masowych zawałów - co też czekało naszego Gacka, więc wsiedliśmy w samochód i postanowiliśmy "przejeżdzić" ten newralgiczny czas, czyniąc to po obrzeżach Katowic przez jakieś pół godziny i mając niebywałą okazję zobaczenia tych pięknych, jakby nie było fajerwerków, których jestem przeciwniczką, w pełnej krasie, w całych Katowicach. Był to niewątpliwie niebywały widok i doświadczenie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Nie było słychać huku wybuchów, krzyczących nad fajerkami ludzi, tylko odliczanie w radiu, i o północy rozbłyski w różnych częściach miasta, przy akompaniamencie płynącej z głośnika muzyki...
W taki, dość mało popularny sposób (przez te całe Katowice minęliśmy jedną taksówkę) powitaliśmy rok, na który czekałam, jak na żaden inny. Wiem, już teraz, że będzie to rok trudnych decyzji, trudnych rozmów i jeszcze trudniejszego życia, ale wkraczam w niego z wielką nadzieją i optymizmem, licząc, że plany, które są, rozjaśnią moją ponurą aurę, wiszącą jeszcze znad 2015. A plany są! I biznesowe i prywatne i te realizujące mnie samą. Nie zdradzę, bo są zbyt ważne, bym mogła zapeszyć. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. Mam jednak nadzieję, że będzie to rok lepszy niż ten miniony i jest na to duża szansa, ponieważ jestem innym człowiekiem, mam wiedzę i spojrzenie na świat, o jakim rok temu nawet mi się nie śniło. Wchodzę w ten rok ze świadomością, że jestem w stanie przetrwać niemal wszystko. I mimo to jestem wdzięczna za doświadczenia, które zdobyłam; dojrzałość, która niespodziewanie musiała nadejść; łzy, które wylałam, te hormonalne, te szczęścia i te totalnej rozpaczy; i emocje, które towarzyszyły mi każdego dnia minionego roku. Bo to oznacza, że mam po co i dla kogo żyć, w przeciwnym razie nie robiło, by to na mnie żadnego wrażenia. Dziękuję wszystkim, którzy przeżyli ten rok razem ze mną i czekam na tych, którzy przejdą ze mną przez tą wielką niewiadomą, czekająca za drzwiami o numerze 2016...



"Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć od nowa,
żeby pójść inną drogą i raz jeszcze spróbować.
Nigdy nie jest za późno, by na stacji złych zdarzeń,
złapać pociąg ostatni i dojechać do marzeń..."

Jan Paweł II




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

TOP