grudnia 15, 2015

NIESPEŁNIENI HUMANIŚCI - dlaczego warto pisać bloga?


Miało być o czymś innym, ale wyszły jakieś takie przemyślenia. Dlaczego zaczęłam pisać publicznie o sobie? Co skłoniło mnie, by odkrywać przed światem zakamarki duszy, które w normalnych okolicznościach nie zostałyby odkryte? Co z tego mam i po co to robię? Myślę, że to będą nie tylko moje odpowiedzi, ale jak zawsze powiem jak to jest u mnie...




# NIESPEŁNIONA HUMANISTKA

Mówi się, że kiedy ludzie, wybierający studia i nie wiedzą co z sobą zrobić idą na polonistykę. Mówi się, że aby nie skończyć polonistyki musi przejechać cię tramwaj. Coś w tym jest niewątpliwie, ale jakby się to ludziom nie podobało są jednostki, które znalazły się właśnie tam, gdzie trzeba we właściwym miejscu i czasie. Kiedy przypomnę sobie drogę swojej edukacji, stwierdzam, że jest ona tak samo spontaniczna i chaotyczna, jak całe moje życie. Rok przed rozpoczęciem studiów chodziłam CO WEEKEND! w każdą sobotę i niedzielę, od 10:00 do 15:00, przez niemal cały rok na zajęcia plastyczne przygotowujące mnie na studia na ASP. Odkąd pamiętam chciałam studiować architekturę wnętrz, której niestety w "moich czasach" nie było na katowickiej ASP, nie było również na żadnej innej śląskiej uczelni. Do innego miasta, ze względu na specyfikę mojej rodziny, wyjechać niestety nie mogłam. Stwierdziłam więc, że wybiorę malarstwo. Do dziś nie wiem, dlaczego nie zdecydowałam się na grafikę, tylko na to nieszczęsne malarstwo, z którego zrezygnowałam dwa miesiące przed maturą, udając się czym prędzej na kursy przygotowujące mnie do egzaminu na filologię polską. Na ASP, więc nie poszłam, czego nie żałuję, ponieważ nie mam zwyczaju żałować żadnych swoich decyzji, wiedząc, że nie byłabym tym kim jestem, gdyby nie one. Tak więc filologia polska, pięć lat strzeliło jak z bicza, w między czasie pracowałam jako florystka i w tym kierunku rozpoczęłam swoją ścieżkę zawodową. Zaczęło mnie jednak ciągnąć do czegoś innego i po jakimś czasie wylądowałam w wydawnictwie - SPEŁNIENIE MOICH ZAWODOWYCH MARZEŃ. Zawsze chciałam pracować właśnie w wydawnictwie - nie, jako dziennikarz newsowy, przed kamerą, w radiu, tylko zawsze w wydawnictwie, produkującym czasopisma (nie gazety!) i książki. Nigdy przez myśl mi nie przeszło, by pracować w szkole, więc zawsze wiązałam swoją przyszłość właśnie ze słowem pisanym. Patrząc teraz na kierunki studiów i możliwości młodych ludzi, nie ukrywam, że całkiem solidnie im zazdroszczę, bo 12 lat temu, kiedy zaczynałam studia wybór był zdecydowanie mizerniejszy. Przepracowałam w spełnieniu wydawniczym cztery lata, w między czasie kończąc wymarzoną architekturę wnętrz, by ruszyć w coś swojego, całkowicie odmiennego. Jak widać, bez pisania nie wytrzymałam długo, ponieważ parę miesięcy po pożegnaniu się z zawodem piśmiennym, zaczęłam pisać bloga. Tak naprawdę dopiero teraz widzę, że ja bez pisania, po prostu żyć nie mogę. Zawsze pisałam do szuflady, czasem coś czytał Adam, ale najczęściej lądowało to w archiwalnych plikach komputera lub wcześniej, w szufladzie właśnie. Kiedy pojawiły się możliwości blogowania, uważałam to za totalny ekshibicjonizm i nie dopuszczałam do siebie myśli, że kiedykolwiek mogłabym to robić. Po czasie dotarło do mnie, że to tylko forma komunikacji z czytelnikiem i rzeczywistość, którą sama kreuję, nie musząc zagłębiać się w sprawy, które mają pozostać tylko prywatne. Piszę to, czym chcę podzielić się ze światem, bo uważam, że warto, by ktoś o tym wiedział. Traktuję bloga, jako miejsce na publikację artykułów, które nigdy nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby nie to miejsce. A to, że piszę o sobie i swoim życiu? Gdzie indziej miałabym znaleźć tematy i inspiracje do pisania czegokolwiek. Bez dwóch zdań jestem więc niespełnioną humanistką - pisać muszę, bo muszę, a że ktoś zaszczyca mnie tutaj swoją obecnością i czyta te moje "wypociny" jest dla mnie najlepszym spełnieniem mojego niespełnienia.


# TAKA JESTEM NAPRAWDĘ

To był chyba impuls to tegoż tematu. Dowiedziałam się właśnie od osoby, z którą "przyjaźnimy" się od ponad dekady, że w blogu pokazałam prawdziwą siebie i nie mamy już wspólnych tematów do rozmów. Cóż powinnam odpowiedzieć? W zasadzie to nie odpowiedziałam nic konstruktywnego, ponieważ nie mam pojęcia, jak odeprzeć taki zarzut. To co piszę to czysta ja, zawsze taka byłam, z czasem pewne tematy i poglądy się klarują, z czasem do pewnych treści dorastam i mam odwagę o nich pisać głośno, ale to zawsze są moje osobiste, przez nikogo nie narzucone poglądy i doświadczenia. Przebywając w towarzystwie, bardzo wiele tematów się unika, bo są zbyt konfliktowe, bo o polityce i religii lepiej nie rozmawiać nigdy, bo człowiek w normalnych okolicznościach nie powie, tak po prostu tyle, ile ma w głowie, czy w sercu. Publicznie jest to możliwe jedynie w wywiadzie, ale raczej mało którzy znajomi mają zwyczaj przeprowadzania z sobą wywiadów, by poznać swoje zdanie na różne tematy. Blog daje możliwości opowiedzenia swoich przekonań, wytłumaczenia swojego zdania w danej kwestii i tym samym pokazania siebie od strony, której w żaden inny sposób nie będzie się dało pokazać. Pisząc posta spędzam nad nim zwyczajowo kilka godzin, odpowiednio dobieram słowa, ważę swoje myśli i przekonania w taki sposób, by to co będzie później przeczytane, zrozumiane zostało w taki sposób, jak chciałabym by zrozumiane było, choć niestety interpretacja jest sztuką totalnej dowolności. Nie mniej jestem chyba jednym z bardziej lewackich lewaków, co oznacza, że liberalizm to moje drugie imię i podchodzę do życia ze skrupulatnie wyważoną dozą racjonalności, uczuciowości i pragmatyzmu. Że walczę swoimi poglądami z nietolerancją, okrucieństwem i cechami, które czynią nas po prostu złymi ludźmi. Nie wiem, gdzie tu miejsce na brak wspólnych tematów, bo są to kwestie o nieograniczonych możliwościach do rozmów, tudzież postów, jednak pisząc publicznie trzeba mieć świadomość tego, że nie każdy będzie się z tym zgadzał i tolerował takich NAS. Ale to chyba jest cena szczerości w każdej postaci.


# AUTOTERAPIA

O zbawiennym wpływie pisania wie każdy, kto kiedykolwiek pisywał pamiętniki/dzienniki. Pisywałam kiedyś, czasem, ale nigdy nie było to moim nawykiem. Zawsze zapominałam, żeby o czymś napisać, a pisanie trzech zdań, bo wydarzyła się jakaś tam rzecz z życia szkolnego wydawał mi się bez sensu. Nigdy nie byłam typem szaleńczo zakochanej w liderze zespołu, fanki, czy kochliwej panienki, która musiałaby wylewać żale i dawać upust miłosnym rozterkom. Działo się nie mało, ach działo :) aż miło wspomnieć teraz te czasy, ale zawsze wolałam wziąć telefon i godzinami rozprawiać z przyjaciółką mieszkającą dwie ulice dalej. Teraz wręcz przeciwnie. Odkąd telefon stał się moim narzędziem pracy, dzwoni nieustannie i wiąże się często z niemiłymi rozmowami, unikam go jak ognia. Wolę napisać maila, spotkać się w cztery oczy, albo zamknąć się w czterech ścianach i przeczekać ciężki czas. I tu, jak zbawienie, pojawił się blog. Odkąd nasze życie przybrało szaleńcze tempo, blog jest moim najlepszym przyjacielem - miejscem, które jest tylko dla mnie, w którym jestem tylko ja, mój umysł, wyobraźnia i wola pisania. Nie mam czasu na swoje własne, osobiste przyjemności - zawsze robię coś z kimś lub dla kogoś, a tutaj jestem całkowicie sama. Tutaj się wyciszam, wykrzykuję kiedy trzeba, spełniam w słowie pisanym i w obrazach na fotoblogu. Tutaj jest tylko to, co chce by było i to co w danym momencie jest mi potrzebne. Wylewałam tu łzy po babci, próbowałam ulżyć w ciążowych niedogodnościach, krzyczałam w sprawie nietolerancji i niesprawiedliwości na świecie, próbowałam zrozumieć tematy, których nieograniam i mówiłam głośno z czym się nie zgadzam; cieszyłam się z życia, pisałam do swojej córki, czasem w pewnych kwestiach doradzałam. Przez ten blog przeszły, w dość krótkim, czasie i tak naprawdę niewielu postach, wszystkie emocje, które mi wtedy towarzyszyły. Każdy post był upustem ich pewnej ilości i przekonań - wyrzucałam te myśli ze swojej głowy i serca, by umieścić je w słowach. Tam, robiło się lżej, tutaj pojawił się tekst. Nie mnie oceniać, czy są to teksty wartościowe, bezsensowne, czy nijakie. Są to teksty pochodzące ze mnie i tym samym dające ogromną satysfakcję. Kiedy czytam komentarze, lub wiadomości, które dostaję od ludzi, którzy są moimi CZYTELNIKAMI (nie sądziłam, że kiedykolwiek takowych będę mieć), jest to najlepsza terapia na zły dzień, załamanie formy, czy najzwyklejszą w świecie chandrę. Czasem spotykam na ulicy ludzi, których bardzo dawno nie widziałam i mówią, że wszystko wiedzą, bo czytają mojego bloga i jest świetny - nie mogą doczekać się kolejnego posta - patrzę na nich wtedy trochę jak nie z tego świata, bo nie dociera do mnie, tak do końca, że to co piszę leci w świat i każdy może to przeczytać. I że czytając to, czytają tak naprawdę MNIE i są to ludzie, których nigdy bym się nie spodziewała. Nie ukrywam, że wtedy pojawia się nieznany aspekt dumy, bo blog jest czymś powstałym z niczego - nie trzeba mieć pieniędzy, by go założyć, nie potrzeba niczyjej pomocy, ani wsparcia (może poza internetem, bo bez niego trochę ciężko) - wystarczy siąść i zacząć pisać. To jak malarstwo, jak muzyka... choć nie do końca, bo tam trzeba mieć płótna, farby, sztalugi; instrumenty, sprzęty... Tutaj potrzebny jest tylko komputer i Twoja głowa. I wszyscy psychoterapeuci mogą się schować.


# PRZECHOWALNIA

Geneza powstania bloga jest taka jak pisałam wyżej, czyli niepohamowany pęd ku pisaniu. Kiedy jednak już zaczęłam pisać. dotarło do mnie, ze to wszystko ląduje w internecie, a tu przecież nic nie ginie i jest wieczne - choć podobno prezydent Obama ma guzik do wyłączenia internetu na całym świecie :). Co oznacza, że zawsze będę mogła do tego wrócić, że nawet jeśli szlag trafi mój komputer, dyski i chmurę, to będą tutaj zdjęcia i teksty, których nigdzie indziej nie zapisuję. Od jakiegoś czasu traktuje więc to miejsce, jako przechowalnię... Własnych myśli, doświadczeń, wspomnień - tych w słowach i tych w obrazach. Podejrzewam, że kiedy sięgnę do tych tekstów i zdjęć za 10 lat, będę czytać to z wypiekami na twarzy i zalanymi policzkami. Bo mimo że najpiękniejsze są te wspomnienia zachowane w pamięci, to nic tak nie przywraca klarownych obrazów, jak impuls, który leci z prędkością światła właśnie z takiego, zapomnianego przez lata tekstu...


# DLA POTOMNYCH?

Ten aspekt pojawił się w zasadzie dopiero w momencie mojego pierwszego wpisu do córki. Bo przecież skoro może czytać to każdy, to i ona, pewnie z najnormalniejszej w świecie ciekawości, sięgnie, by poczytać, co tam mamie w duszy gra, a bardziej grało. Nie piszę tu nic, czego mogłabym się wstydzić lub chciałabym ukryć przed dzieckiem - kiedy więc za lat kilka otworzy ten spis matczynych myśli, myślę, że nasza więź będzie jeszcze silniejsza, a tematów do rozmów nieskończenie wiele. A i o sobie dowie się wielu rzeczy, których nie byłaby w stanie dowiedzieć się w żaden inny sposób. I nie obawiaj się córeczko - nie będzie tu żadnych kompromitujących Cię zdjęć, ani tekstów i kiedy zażyczysz sobie bym więcej o Tobie nie pisała, tak zrobię :)


# JAKI TAM ZE MNIE BLOGER???

Czytam wiele blogów, o różnej tematyce. Część osób znam osobiście, część nigdy nie poznałam i pewnie nie będę mieć okazji poznać. Zawsze bloger kojarzył mi się z człowiekiem sukcesu, który osiągnął w życiu tak wiele, że ma prawo o tym pisać. Że jest celebrytą, znanym w środowisku, rozpoznawanych na ulicy. Mój przykład pokazuje, że bloga może pisać każdy, jednak ciężko przechodzi mi przez gardło słowo BLOGER. Bo jaki tam ze mnie bloger? Nie jeżdżę na blogerskie spotkania, nie uaktywniam się w środowisku, nie mam sponsorów i reklam, co oznacza, że na tym nie zarabiam. Jestem w blogowym świecie na szarym końcu łańcucha pokarmowego. Czy chciałabym wspiąć się wyżej? Nie wiem, nie starałam się i nie próbuję. W jakiś sposób obawiam się, że jak już się wejdzie w świat komercyjnego blogowania to w pewien sposób zatraci się swoją blogową wolność. Wiadomo, że blogerzy zarabiają na reklamie - jeśli reklamujesz jakiś produkt, bo masz odbiorców, którzy się tym zainteresują, to możesz na tym nieźle zarobić. Kiedy jednak staniesz przed wyborem - dostać całkiem solidne pieniądze, by opisać coś z czym się nie zgadzasz, co zrobisz? Wybierzesz swoje zdanie i swoje przekonania, czy pieniądze, które umożliwią Ci spłatę części kredytu? W tym momencie wkraczamy już w blogowy biznes, który nie zawsze, a w zasadzie bardzo rzadko idzie w parze z przyjemnością pisania. Była jakiś czas temu afera z pewną blogerką modową, która napisała ile dostawała za pokazywanie ciuchów na swoim blogu i jak bardzo te ciuchy były beznadziejne - pokazała tym samym siłę i przekaz internetu i mediów, które kreują rzeczywistość w sobie tylko dogodny sposób. Myślę, że dla mnie najważniejsi są czytelnicy - nie mam ich tylu, co topowi blogerzy, ale cieszy mnie każdy skaczący w górę wskaźnik w statystykach. Jak potoczy się moja blogowa przyszłość tego nie wiem - na chwile obecną zbieram w sobie wszystkie te większe i mniejsze doświadczenia, by robić z tego użytek we własnym osobistym rozwoju, bo to jest w tym wszystkim najfajniejsze. I z tego miejsca, "blogera" z dziesięciomiesięcznym stażem polecam tą formę komunikacji ze światem i samym sobą z całego serca. Jeśli pisanie sprawia Wam choć w połowie tyle frajdy co mnie i nie przerażają Was blogowe systemy (w dwa tygodnie da się opanować, wszystko, choć nadal mam pewne braki, których nie potrafię przeskoczyć) zdecydowanie POLECAM. Dla świata - bo na pewno macie coś ciekawego do powiedzenia, dla rodziny - która będzie mieć jedyną w swoim rodzaju pamiątkę i przede wszystkim - DLA SIEBIE - bo to jest wasza przestrzeń, wasza rzeczywistość i wasza kreacja. Dlatego WARTO pisać bloga :)



2 komentarze:

  1. To już 10 miesięcy zleciało? Oj, a ile się zdarzyło przez ten czas... Trzymam kciuki za dalszy rozwój bloga, za dalsze wpisy i za Botakowy biznes. Muszę się koniecznie do Was wybrać, może uda mi się trafić na całą rodzinkę :-)...choć ostatnio pis syn mnie obwarczał... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On i na nas często warczy, bo taki nam się trafił syn z jakąś niezdiagnozowaną chorobą psychiczną :/ zapraszamy więc ;)

      Usuń

TOP