grudnia 13, 2015

9 + 3,5 = wyobrażenia vs. macierzyńska rzeczywistość


Trzy i pół miesiąca temu, w apogeum najcieplejszego w tym stuleciu lata, toczyłam się ze swoim gigantycznym brzuchem i nadprogramowymi trzydziestoma kilogramami do szpitala w Rudzie Śląskiej, by urodzić swoje pierwsze dziecko. W głowie miałam, jak na taką chwilę, wyjątkowy spokój, nie mogąc doczekać się uwolnienia od swojego, bardzo niesprawnego już wtedy, ciała. Zaraz po tym była chęć powitania na świecie nowego człowieka, który miał okazać się moją własną osobistą córką. Poza spokojem miałam też w tej swojej otóż głowie tysiące chaotycznych myśli, uwag, komentarzy i rad ludzi, których podczas ciąży spotkałam na swej drodze. Jak się to wszystko miało, do obecnej naszej kilkumiesięcznej już rzeczywistości? Nijak! Ani jedno moje wyobrażenie nie było prawdziwe. I to okazało się w tym wszystkim najpiękniejsze...



# JAK OBRZYDZIĆ KOMUŚ DZIECKO?


Początkowo miałam żal do wszystkich i każdego z osobna, którzy za wszelką cenę próbowali w czasie ciąży obrzydzić mi posiadanie dziecka. Nie wiem po co to robili, ale logika podpowiada mi, że chcieli mnie przygotować, no bo po co mieliby straszyć? A może chcieli po prostu ulżyć sobie we wspomnieniach, jak to oni mieli ciężko i teraz ku ich radości, ktoś inny będzie miał tak samo, a może - daj bóg - jeszcze gorzej. I nie byli to tylko znajomi, rodzina, czy obcy, czujący nieodpartą chęć podzielenia się swoimi rodzicielskimi nieszczęściami z ciężarną pierworódką. Były to również same położne i pielęgniarki. Ale wiecie co? Przykro mi bardzo, że było Wam niebywale źle z Waszymi dziećmi - naprawdę, nie ma tu grama sarkazmu - ale niech wiedzą wszyscy Ci, którzy śmiali się z moich ciążowych nieszczęść i z uśmiechem na twarzy mówili jak się urodzi, to dopiero zobaczycie - owszem, zobaczyliśmy - cudowne dziecko uśmiechnięte od rana do wieczora, przesypiające całe noce i towarzyszące nam wszędzie, gdzie i my jesteśmy, nie ograniczając nas w niczym. Jak się robi takie dzieci? Nie wiem, ale wiem, że gadanie takich pierdół kobiecie, która ledwo jest w stanie wejść po schodach, za którymi ma urodzić swoje dziecko jest najgorszą z rzeczy, jakie można jej zafundować. I na Wasze nieszczęście może urodzić tam dziecko, które będzie zaprzeczeniem każdego Waszego słowa i co wtedy? Będzie Wam jakoby głupio... Dlatego drodzy, spodziewający się potomka, rodzice - nie wierzcie nikomu i w nic! Każde dziecko jest inne, każdy rodzic jest inny, każda jest również azaliż inna sytuacja. I to jest Wasza sytuacja i Wasze szczęście i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej, bo moje dziecko to...


# PRAWDY I MITY

Lista rzeczy, w które wierzyłam - bo nie miałam powodów, by było inaczej - a okazały się w naszym przypadku kompletną bzdurą. Trochę tego było i pewnie już nie pamiętam wszystkiego, ale oto kilka, które może pocieszą tych, którzy wysłuchują podobnych kwestii co ja:

1) PIERWSZY MIESIĄC TO KOSZMAR - i pierwszy z hukiem obalony MIT; pierwszy miesiąc z noworodkiem jest tak samo trudny, jak pierwszy miesiąc w nowej pracy, pierwszy miesiąc z nowym zwierzakiem, czy pierwszy miesiąc w nowym mieście... Każda nowa sytuacja jest trudna i wymaga od nas poświęcenia jej zdecydowanie więcej czasu i energii po to, by się do niej przyzwyczaić, nauczyć i zrozumieć. O to chodzi w pierwszym miesiącu. Nasze życie się zmieniło, dotychczasowe nawyki poszły w kąt i musimy wyrobić sobie nowe. Mamy pod dachem nowego człowieka, którego nie znamy, a i on nie zna nas. Potrzebujemy czasu, by się dogadać, zrozumieć i polubić - wiadomo, że kochamy się od pierwszej sekundy życia, ale polubienie to zupełnie inna kwestia.

2) LAKTACJA TO JESZCZE WIĘKSZY KOSZMAR - patos laktacji był dla mnie chyba najbardziej przerażający. Z każdej strony słowa, jak bardzo ważne jest karmienie piersią, jak wiele uwagi trzeba temu poświęcać, jak bardzo to jest męczące, ale i potrzebne. Jak mocno będziemy tego nienawidzić, walczyć z własnymi demonami, cierpieć i włosy z głowy rwać! Tak wygląda przygotowanie pierworódki do naturalnego i pięknego aspektu, jakim jest karmienie piersią? A jeśli jest problem z karmieniem, czy pokarmem? Jak według, takich doradców czuje się później kobieta, która chciała, starała się ale nie wyszło? Czy ten, jakże mało istotny aspekt psychologiczny ma dla kogoś znaczenie? Pierwsze pytanie każdej napotkanej kobiety lub faceta-ojca brzmi: czy karmisz piersią? Jeśli odpowiem TAK - oni odpowiedzą: mmm, to dobrze, tak powinno być, karm jak najdłużej. Jeśli powiem NIE - usłyszę: to bardzo niedobrze! dlaczego? przecież trzeba! tu chodzi o dobro dziecka! Bez dwóch zdań zgodzę się, że jest to dla dziecka najzdrowsze i najlepsze rozwiązanie. Karmiłam piersią miesiąc, po czym Lila domagała się więcej jedzenia niż byłam w stanie wyprodukować i często płakała; w między czasie pochorowałam się dość solidnie i przez kilka dni jechałam na kroplówkach, po których nie mogłam karmić, więc była dokarmiana mm, po którym przestała płakać, bo była najedzona. W związku z czym zaczęliśmy karmić mieszanie, a po trzech miesiącach nie chciała już jeść cycka w ogóle. Załamałam się, płakałam i czułam się winna. Czemu? Nie wiem. W niczym nie zawiniłam, robiłam wszystko, tak jak trzeba. Dziecko było głodne, to chyba logiczne, że zrobię wszystko, by takie nie było. Bez kroplówki przeciwbólowej zeszłabym w mękach z tego świata - jaki więc miałam wybór. Dałam dziecku tyle ile było to możliwe - chciałam karmić dłużej, ale nie wyszło. To nie powód, by się załamywać - trzeba zakupić mleko modyfikowane i żyć dalej. Bo wbrew pozorom ważniejsza jest równowaga psychiczna i dobre samopoczucie matki z mm niż człowiek nieszczęście z dzieckiem przy cycku...

3) CO NAJMNIEJ TRZY MIESIĄCE NIE BĘDZIECIE SPAĆ - nasze dziecko za dwa tygodnie kończy cztery miesiące, a nieprzespane noce mogę policzyć na palcach jednej ręki. Jak przynieśliśmy ją do domu spała bez przerwy po 5-6 godzin, kazano nam budzić ją na jedzenie - tak robiliśmy - a ona często ani wstać ani jeść nie chciała. Na siłę trochę ciężko... Co więc robić? Noce nieprzespane były głównie przez to, że nastawialiśmy budzik i próbowaliśmy dobudzić nasze dziecko na jedzenie. Po jakimś czasie się poddaliśmy. Lekarz i położna nie odpuszczali, choć twierdzili, że upał duży to może dlatego. My, po jakimś czasie stwierdziliśmy, że ma to w genach - rodzice śpiochy, to jak mogłoby być inaczej z dzieckiem - i dawaliśmy spać dziecku tyle ile chciało. Od tego czasu budziła się zawsze na jedno karmienie średnio między 5:00, a 9:00. Od jakiegoś miesiąca budzi się regularnie o 7:30 idcą spać zazwyczaj ok. 22:00 (kąpiel o 21:00, jedzonko i pięć minut usypiania). Po zjedzeniu idzie spać dalej z nami do łóżka i śpi zazwyczaj do 10:00/11:00. W ciągu dnia dziecko jest sobie z uśmiechem od ucha do ucha, non stop. Na początku w dzień była w stanie spać po 4-5 godzin bez przerwy, teraz robi sobie godzinne drzemki co ok. 2 godziny (śpi tam, gdzie aktualnie się znajduje), czasem przyśnie jej się na jakieś trzy. Zdążyłam już usłyszeć i wyczytać, że dziecko, które przesypia noce nieprawidłowo się rozwija - niestety, dla zwolenników tej teorii - nasze dziecko rozwija się jak najbardziej prawidłowo, jest szczęśliwe, a my wyspani.

4) CASARKA TO ZŁO - słyszałam to nie raz, równie często co stwierdzenie, że nie można nazwać się prawdziwą kobietą, nie rodząc naturalnie. Serdecznie zapraszam, więc wszystkie naturalnie rodzące przeciwniczki cesarskiego cięcia do zaznania tego jakże uroczego zjawiska. Do zmierzenia się z miesięcznym bólem brzucha, niepozwalającym na wyprostowanie się i podnoszenia własnego dziecka. Do niewyobrażalnego bólu przez parę dni po porodzie, kiedy ciało i wnętrzności świeżo pozszywane, a trzeba wstać i zacząć żyć normalnie. Do powikłań po podaniu znieczulenia i rany niepozwalającej na ubranie normalnych ciuchów. Nigdy nie umniejszałam naturalnym porodom, bo jest to kwestia nie podlegająca żadnym dyskusjom, tym bardziej scyzoryk się w kieszeni otwiera, kiedy słyszę coś takiego. Przez to, że nie krzyczałam, kiedy mnie cieli, bo byłam znieczulona od pasa w dół, czyni mnie gorszą matką? W życiu większej głupoty nie słyszałam! Cesarka jest operacją, podczas której może zdarzyć się wszystko, i to wszystko co najgorsze. Mam pozszywane mięśnie i macicę, która może pęknąć, kiedy za wcześnie zajdę w kolejną ciążę. Mam bliznę na pół brzucha i o wiele dłużej będę zrzucać nadprogramowe kilogramy. Nie są to przyjemne sprawy, ale cesarskie cięcie jest bardzo poważna sprawą. Jest też, nie mniej, dużo bardziej komfortowe dla psychiki kobiety w ciąży: po pierwsze, nie czekasz w stresie, aż odejdą Ci wody, tylko przyjeżdżasz z walizką na umówiony termin; po drugie, nie musisz walczyć z wielogodzinnym bólem, który nie wiadomo, kiedy się skończy i po trzecie, dla mnie najważniejsze, masz pewność, że Twoje dziecko jest dużo bezpieczniejsze niż podczas naturalnego porodu. Mój trwał 5 minut, tyle zajęło wyciągnięcie dziecka na świat. Miałam wskazania do cesarki, ale nawet gdyby ich nie było, zrobiłabym wszystko, by ją mieć. Za dobrze pamiętam moją mamę, która 25 lat temu poszła urodzić dziecko, a wróciła sama, bo powikłania po porodzie naturalnym były zbyt poważne...

5) WASZE ŻYCIE SIĘ SKOŃCZY - skończyło się życie, które prowadziliśmy wcześniej, tak samo jak rok temu wraz z otwarciem firmy skończyło się to wcześniejsze, albo sześć lat temu skończyło się to beztroskie, a zaczęło małżeńskie, albo 12 lat temu, kiedy skończyło się licealne, a zaczęło studenckie... Taka kolej rzeczy, coś musi się skończyć, by zacząć mogło się coś, a życie to nieustające zmiany...

6) BĘDZIECIE MUSIELI ODDAĆ PSA - o zgrozo, usłyszeliśmy to parę razy, nawet Adam nie tak dawno temu od osoby, która była w szczerym szoku, że mając dziecko nie oddaliśmy psa - dokądś. Mam ochotę prać takich ludzi, żeby aż furgało! Stąd tyle bezdomnych zwierzaków w schroniskach, na ulicach, bądź fundacjach, szukających im domów - z głupoty ludzi bez wyobraźni i serca! Owszem, bo trzeba być na szczycie piramidy głupoty, by oddać 6-letniego członka rodzinny, ponieważ urodziło się dziecko. Trzeba być w niej jeszcze wyżej, by nie potrafić sobie z własnym psem poradzić. I trzeba nie mieć za grosz wyobraźni, żeby w ogóle jakiekolwiek psa brać pod swój dach - bo co? 6 lat temu nie wiedzieliśmy, że kiedyś możemy mieć dziecko? A może myśleliśmy, że pies pożyje tylko ze trzy i kupimy se nowego maskotka... Jest to temat zbyt poważny, by tak go zostawić, więc za czas jakiś pojawi się o nim osobny post.

7) NIE BĘDZIECIE NORMALNIE JEŚĆ - tego zarzutu przyznam szczerze nie bardzo rozumiem. Zapewne trochę ciężej jest przygotować posiłek w pojedynkę z dzieckiem przy nodze (to za czas jakiś), ale nijak niestety ma się ten argument w przypadku, kiedy przygotowuje się posiłek w dwójkę (uwaga! kobieta nie musi przygotowywać mężowi obiadu, na jego powrót z pracy).

8) WASZE MIESZKANIE ZAMIENI SIĘ W POLIGON DOŚWIADCZALNY - moja chorobliwa pedantyczność, połączona z nerwicą natręctw nigdy, by na to nie pozwoliła. Nasze mieszkanie - niestety - nie powiększyło się nic a nic, co oznacza, że posiadamy ok. 46 metrów kwadratowych przestrzeni mieszkalnej. Zostało ono, przed pojawieniem się małego człowieka, doprowadzone i zatwierdzone, do przyjęcia nowego mieszkańca, co oznacza, że z przewidywalnością do roku w przód, jest miejsce na absolutnie każdą rzecz - przewidzianą kabarytowo przez projektanta - znaczy mnie. Mieszkanie więc wygląda tak jak wyglądać powinno, mieszcząc wszystko co do kreatywnego posiadania dziecka jest potrzebne.

9) PAMPERSY I KOSMETYKI - PÓJDZIECIE Z TORBAMI! - faktem jest, że takowych wcześniej nie kupowaliśmy, więc jest to wydatek bezpośrednio związany z posiadaniem, wcześniej nieposiadanego dziecka. Nie mniej, kosmetyków używamy trzech: emolient do kapieli, emolient do smarowania i emulsja do mycia. Na świecie jesteśmy ponad trzy miesiące i zużyliśmy 2 opakowania emiolentu do kapięli (ok. 25 zł/szt), 3 opakowania emolientu do smarowania  (ok. 25 zł/szt) i 2 opakowania emulsji do mysia (ok. 12 zł/szt). Ostatnio pojawił nam się katar, więc konieczne było zaopatrzenie się w aspirator (ok. 25 zł/szt - użyteczność dożywotnia) i woda morska (ok. 15 zł/szt). Pampersy - mówiono mi, że schodzi ok. 15 dziennie - szczerze, nie mam pojęcia, co to dziecko musiałoby robić, żeby zużyć ich aż tyle! I na szczęście jest wiele alternatywnych pieluch, które kosztują dużo mniej niż oryginalny Pampers. Z całym więc szacunkiem dla puszczających nas z torbami przeliczeń, ale można kupować kosmetyki Babydream z Rossmana, które są bardzo dobre i kosztują naprawdę niewiele, podobnie, jak pieluchy, które bardzo polecam również z tego względu, że są produktami nietestowanymi na zwierzętach.



# DZIECKO ZMIENIA WSZYSTKO

Tak jak pisałam wcześniej nie ono pierwsze i nie ostatnie. Nie mniej nasłuchałam się jak to będę strasznie wyglądać, jak to będę chodzić w dresie i na malowanie nie będzie czasu. Przyznać muszę, że coś w tym jest - dresy uwielbiam jak nigdy wcześniej, ale nie dlatego, że nie mam czasu ubrać się w nic innego, ale dlatego, że są wygodne i wychodząc z dzieckiem, psem i wszelakim ekwipunkiem, jest mi zdecydowanie wygodniej niż w szpilkach i sukience. Jestem też, jakby nie było, w takim stroju zdecydowanie sprawniejsza i przygotowana na różne dziwne okoliczności. 
Z malowaniem również nie mam problemu, bo maluję się zawsze przed wyjściem z domu, jednak nie poświęcam na to już tyle czasu, ponieważ najnormalniej w świecie jest mi go szkoda. Wolę 10 minut dłużej pobawić się z dzieckiem niż sterczeć przed lustrem, wolę iść z nim na spacer niż do sklepu, kupować ciuchy, wolę spędzić czas na dywanie, oglądając gwiazdy z projektora, niż iść na imprezę. Także tu się zgodzę - dziecko zmienia wszystko, zmienia priorytety i spojrzenie na świat. Pokazuje nam rzeczy, których wcześniej nie zauważaliśmy i daje nam coś, czego nigdy wcześniej nie mieliśmy. Swoją szczerość w czystym jak łza uśmiechu, swoje zaufanie w małych rączkach ściskających twoją szyję, swoją miłość w spokojnym śnie. Dziecko zmienia wszystko, ale przede wszystkim zmienia nas...


# JESTEM ZŁA MATKĄ

Mówiono mi, że jak urodzę dziecko to stanę się taką samą matką wariatką, jak kobiety, których unikałam jak ognia - wsyśnięte przez pieluchy, butelki i bodziaki z organicznej bawełny; uszczęśliwiające cały świat zdjęciami na fb, znające wszystkie poradniki, metody wychowawcze i opinie psychologów, przeczytawszy je uprzednio nudząc się w ciąży. Bałam się takich kobiet i boję się nadal! Kocham swoje dziecko bezgranicznie, spędzam z nim każdą chwilę, nie oddając nawet na pół dnia do babć, zabierając wszędzie, gdzie i ja jestem; śpiewamy piosenki, czytamy wierszyki Brzechwy i oglądamy kontrastowe książeczki, bo wiem, że to dla niego odpowiednie i rozwijamy to co w tym wieku jest do rozwinięcia; leżymy na macie edukacyjnej, mamy zabawki sensoryczne i drewniane gryzaki, bo wiem jak to dobrze wpływa na jego rozwój psychosomatyczny; od urodzenia chodzimy w chuście, używaliśmy otulaczków, mamy piłkę bobath'owska i hamak, bo wiem, że to daje poczucia bezpieczeństwa i bliskości... Wiem jeszcze dużo innych rzeczy, których nawet nie wiem skąd wiem, sama wypróbowałam, bądź posłuchałam intuicji, ale nie muszę tego oznajmiać całemu światu. A już na pewno nie ludziom, którzy dzieci oglądają w reklamach Lenora, albo za szybą pokoju zabaw w Ikei - ich ten temat naprawdę nie interesuje. Jak mnie zapytają mogłabym gadać godzinami, bo to zajmuje 99% mojej życiowej przestrzeni, ale jeśli spotykam takich właśnie znajomych to wolałabym uaktywnić ten 1%, w którym właśnie z nimi mogę pogadać o czymś innym. Dlaczego jestem złą matką? Bo nie lubię rozmawiać o dzieciach! Nie lubię opowiadać, jak sobie radzimy, co kupujemy, gdzie kupujemy i jak tego używamy. Po prostu, robimy to wszystko, tak samo jak kupuję masło, herbatę, bądź proszek do prania. Nie muszę o tym rozmawiać, bo to naprawdę nie jest ciekawe. Jeśli moje dziecko chwyciło zabawkę, pierwszy raz się uśmiechnęło na głos, albo przepełzło 15 cm cieszę się jak głupia! Ale dzwonię wtedy do Lilowego taty, albo wysyłam mu zdjęcia. Czasem coś wyślę mamie, siostrze, przyjaciółce, bo wiem, że to poprawia im humor, dlatego, że emocjonalnie są z nią związane, ale co obchodzi obcych ludzi zawartość pieluchy mojego dziecka, albo jego postępy w obgryzaniu kawałka sensorycznej zabawki. Tak więc, jakby na to nie patrzeć, jestem złą matką, ponieważ uważam, że są dużo ciekawsze tematy do rozmowy aniżeli rozprawianie o tematach, od których, wychodząc z domu chciałabym, choć na moment odpocząć. To, że mam dziecko ze sobą mi w tym nie przeszkadza, bo ona już teraz zawsze ze mną będzie i dlatego tak ważne jest, żeby nie zatracić w tym wszystkim siebie i swoich własnych potrzeb.



# I CO Z TYMI WYOBRAŻENIAMI?

Otóż sytuacja moja, niezaprzeczalnie, pokazuje, że wyobrażenia nasze i "przyjacielskie porady" nijak się mają do rzeczywistości. Że zarówno my sami, jak i nasze otoczenie, lubimy wynajdywać problemy, tam gdzie ich nie ma i tym samym wpadać w "gnój" pełen obaw, stresów i odczuć negatywnych oraz całkowicie niepotrzebnych. Że każde dziecko jest inne, i w żadnym wypadku nie mogę zagwarantować, że Wasze będzie właśnie takie, jak nasze, bo może okazać się, że jest właśnie tak, jak to opisywali znajomi fataliści. Jednak całkowicie bez sensu jest zakładać z góry, jak to będzie źle i strasznie i zamiast cieszyć się z pojawienia się na świecie własnego dziecka, zamartwiać się, jak to nie damy sobie z tym wszystkim rady. Nie ma takiej opcji! Każdy rodzic daje radę, każda matka będzie stawać na rzęsach i zrobi wszystko, by dziecko przestało płakać i było szczęśliwe. Nie ma na to żadnej, recepty, ani przepisu. Jest tylko jedna sensowna rada dla mam, która mieści się w paru słowach: myśl (o swoim dziecku i o tym, co dla niego najlepsze), czuj (czego potrzebuje), obserwuj (co je uspokaja, a co drażni), słuchaj (jego myśli, bo jesteś w stanie to zrobić), reaguj (na jego potrzeby), czytaj (swoje dziecko - nie po okładce, ale w całości, dogłębnie i do ostatniej strony) i zawsze ufaj swojej intuicji. Taka jest macierzyńska rzeczywistość, która nie ma nic wspólnego z wyobrażeniami...



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

TOP