maja 06, 2015

Spieszmy się kochać ludzi...


To miał być normalny dzień... jak każdy inny. Rano śniadanie, codzienne poranne aktywności, trochę pracy na komputerze, zakupy... takie normalne normalności. Nikt nie przypuszczał, że ten dzień połamie na najmniejsze kawałeczki kilka serc za sprawą jednego telefonu...


Wczoraj kładłam się spać z poczuciem pewnej stabilności i nadziei na lepsze jutro. Minęły zaledwie 24 godziny, a moje życie, stabilność i nadzieja rozpadły się w drobny mak. Taki właśnie jest świat - okrutny, nieobliczalny i mający gdzieś nasze plany i nadzieje.

# JAK WIELE?

Niespełna miesiąc temu las zabrał nam babcię – wiekową 95 letnią, starszą panią, która przeżyła już wszystko co było do przeżycia i z godnością opuściła ten świat – zostawiła po sobie pustkę, jednak wszyscy wiedzieliśmy, że to już jest ten czas i bez większej rozpaczy pożegnaliśmy ją tak jak powinno to wyglądać.
Dziś los zabrał nam Babcię, której zabierać jeszcze zdecydowanie nie powinien. Czy 66 lat to nie za wcześnie, by opuszczać ten świat?! By zostawić rodzinę, która Jej potrzebuje, kocha nad życie i mają jeszcze wspólnie tyle do zrobienia?! Czy komuś wydaje się to zabawne, żeby w ten sposób nas doświadczać? Jak wiele jeszcze przygotowano dla mnie na ten rok cierpienia i "niespodzianek"?! Z czym jeszcze będę musiała się mierzyć własnym ciałem i własną psychiką podczas tych "błogosławionych" 9 miesięcy?! Przecież tak nie miało być! Przecież moje dziecko miało mieć trzy prababcie i każdej z nich miało sprawić radość, bo przecież to pierwsza prawnuczka... Jak wiele jeszcze wytrzymam?!
Jestem dzisiaj, przepełniona nieograniczoną ilością emocji tak skrajnych, że nie potrafię nawet sobe wyobrazić, jak miałabym to pokonać. Jestem zrozpaczona i nieszczęśliwa, ponieważ straciłam ukochaną Babcię; czuję ulgę i spokój, bo wiem, że już nie cierpi; jestem wściekła, że ludzi zżerają od środka straszne choroby, wobec których jesteśmy bezsilni; nie pojmuję jak można wierzyć w boga miłosiernego, skoro tak bezlitośnie obchodzi się z nami na tym świecie - jestem zagubiona, pusta i przepełniona bezgranicznym smutkiem...

#CO TRZECI...

Statystycznie co trzeci człowiek na Ziemi zachoruje na jeden z wielu "dostępnych" na rynku nowotworów, a praktycznie każdy będzie miał z nim styczność poprzez członka rodziny. O chorobie Babci dowiedzieliśmy się półtora roku temu - diagnoza od początku nie była nam przychylna: nowotwór płuc z przerzutami do kości, węzłów chłonnych i niektórych narządów. Jednak nie poddaliśmy się... leczenie farmakologiczne, zmiana stylu życiu i odżywiania, kuracje witaminowe i pozytywne nastawienie. Z początku dawało to rezultaty, co przynosiło kolejne dawki nadziei - dla nas rodziny i dla Babci oczywiście, bo wiadomo, że to ona była w tym wszystkim najważniejsza. Początkowe przerażenie i strach ustąpiło energii na walkę z chorobą - nie straszna była chemia i utrata włosów, uczyliśmy Ją zdrowego odżywiania, a sami siebie, jak żyć z chorobą, nawet jeśli to nie my chorujemy. Jakoś tak bardziej celebrowało się wspólne święta, spotkania, wyjazdy - niby nadzieja była cały czas, ale poczucie kruchości nie odstępowało na krok.
Babcia czuła się czasem źle, czasem lepiej, ale walczyła najsilniej jak tylko potrafiła - z chorobą, własnym zwątpieniem i poczuciem beznadziejności. Miała to, co w życiu i chorobie najcenniejsze: rodzinę, która nie odstępowała Jej w potrzebie na krok i zawsze była obok. 
Pogorszenie nastąpiło na początku roku, choć jeszcze można było wyciągnąć Ją z domu - od ponad miesiąca prawie nie wychodziła z łóżka. Podbudowała Ją bardzo wizyta w szpitalu, gdzie otrzymała potężne dawki witamin i mikroelementów, jednak ostateczna diagnoza wykluczała dalsze leczenie i odbierała nadzieje na wyzdrowienie. Próbowaliśmy namówić Babcię na leczenia alternatywne, chcąc zrobić cokolwiek, by móc przedłużyć Jej życie i dać jeszcze odrobinę radości bez bólu i cierpienia. W grę wchodzą również środki, o zgrozo! w Polsce nielegalne, mimo że ich skuteczność potwierdzają badania i naukowcy niemal z całego świata - niestety nie była do tego przekonana, do końca nie tracąc nadziei, że jednak uda Jej się pokonać potwora drzemiącego w jej coraz słabszym ciele metodami "tradycyjnymi". Ostatnie dni były naznaczone cierpieniem i bólem, stąd pilny telefon do hospicjum, by przez tydzień, dwa Ją wzmocnić środkami niedostępnymi w domu. Pojechała tam wczoraj... dziś otrzymaliśmy telefon, że zmarła...
Kiedy mama wyjeżdżała od niej wczoraj wieczorem była spokojna i zadowolona - podłączono Jej pompę, leki przeciwbólowe, a personel w wygodnym jednoosobowym pokoju dbał o każdy szczegół i komfort pobytu. Została z włączonym telewizorem, który pierwszy raz od wielu dni miała ochotę obejrzeć. Poszła spać i już się nie obudziła... Podejrzewają zator, który pojawił się nagle i zabrał Babcię, na drugą stronę, we śnie. W zaistniałej sytuacji to dobra i spokojna śmierć, ale nie byliśmy jeszcze na to gotowi. Miałam nadzieję, że doczeka pierwszej prawnuczki; że jeszcze pojedzie na swoją ukochaną działkę i pozwoli nam spędzić z sobą więcej czasu... Że pozwoli nam się przygotować do czegoś, do czego nigdy nie można się przygotować...

# MORZE ŁEZ

Życie u boku ukochanej nieuleczalnie chorej osoby, nawet jeśli nadal ma się nadzieję, jest najgorszą z rzeczy. Nie da się zliczyć morza łez wylanych przez te półtora roku - ukradkiem, by nikt nie widział, w obawie przed tą najgorszą chwilą, która kiedyś może nadejść. Co nam to daje? Nic. Donikąd nie prowadzi i w niczym nie pomoże, ale człowiek nie jest w stanie znieść tego strachu i niepewności. Niby żyje się jak dawniej, ale to już nie to samo...
Skąd biorą się te wszystkie łzy? Lecą cały dzień, z małymi przerwami, rozrywając serce na najmniejsze kawałki. Można sobie tłumaczyć, że już nie cierpi i jest w krainie błogiej szczęśliwości - szczerze w to wierzę, ale nie zmienia to faktu, że ja jestem tutaj nadal; wylewam tysiące łez i staram się jakoś składać złamane serce, ale nic nie pomaga... Podobno czas leczy rany, ale strata kogoś tak bliskiego pozostawia zadrę na zawsze... nigdy już nie będzie tak samo...

# OSTATNI

Dopiero w takim momencie, tym najbardziej tragicznym i nieszczęśliwym, człowiek uświadamia sobie, jak wiele rzeczy, czy czynności odbyło się w jego życiu po raz ostatni. Ostatnie urodziny Babci, na które każdy przygotowywał jedzenie, bo sama nie była już w stanie; ostatnie święta i świąteczny obiad z najlepszymi kluskami i surówką, których smaku nigdy nie zapomnę; ostatni wyjazd na ukochaną wieś, na którą nie zdążyłam już pojechać z nią, czego do końca życia będę żałować; ostatnia rozmowa przez telefon; ostatnie spotkanie i Babcia mówiąca z uśmiechem, że idzie do hospicjum i już nie wróci... ostatni buziak w policzek, pogłaskanie mojego ciążowego brzucha i usłyszenie Jej głosu...
Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez Niej, mojej najukochańszej na świecie Babci - przecież była w moim życiu od zawsze, od 31 lat zawsze mogłam na nią liczyć, zadzwonić i pogadać, odwiedzić, spędzić kilka dni, a nawet tygodni na wsi, zjeść najlepsze pod słońcem pierogi z jagodami, pograć w planszówkę, posiedzieć przy ognisku i po prostu z nią być... Niby nic, a jednak tak wiele - zawsze to doceniałam, ale dopiero teraz ma to nieocenioną wartość.

# WSPOMNIENIA

Niesamowite, jak wiele wspomnień pojawia się nagle w takich chwilach. Widzę Babcię wszędzie: w odbiciu w lustrze, kiedy nazywała mnie maciusiem i śmiała się, że jestem coraz większa; w ubrankach, które kupowałam i pokazywałam, bo cieszyła się na prawnuczkę; w remontowanym mieszkaniu, bo obiecałam Jej, że jak skończymy to ją przywieziemy... a kiedy nie widzę, wracają wspomnienia wszelakie, bo nasza Babcia nie była jak wszystkie Babcie. Wiadomo, że każda jest wyjątkowa, ale nasza była Babcią nowoczesną: biegała w krótkich spodenkach, niemal biegle obsługiwała laptopa i smartfony, miała konto na facebooku, lubiła modne ciuchy i w ogóle nie przypominała Babci - w końcu miała 66 lat - zawsze cieszyłam się, że jest taka młoda, bo znaczyło to, że moje dzieci długo będą mieć prababcię... niestety, los, jak zawsze, postanowił inaczej.
Była niesamowicie energiczną osobą - nauczyła się pływać w wieku 50 lat, chodziła na aerobik, jeździła na rowerze... nie była ideałem i nie miała łatwego życia, ale nigdy się nie poddawała i brnęła przez życie z podniesioną głową i uśmiechem na twarzy. Nawet w chwilach słabości i fatalnego samopoczucia śmiała się i żartowała... Nigdy nie usłyszałam od niej złego słowa i wiem, że była ze mnie dumna - regularnie chodziła do naszego BOTAKa, udostępniała i polecała, czytała też mojego bloga... i nie wyobrażam sobie, że nie będzie już tego robić. 
Nie potrafię sobie wyobrazić tego, że jak zadzwonię, to nie odbierze; że kiedy Ją odwiedzę, to Jej tam nie będzie; że już nigdy nie będę mogła jej przytulić, ani z nią porozmawiać... nie potrafię...



# POŻEGNANIE

Niektórzy powiedzą, że to zbyt prywatna sprawa, by o niej pisać, ale dla mnie pisanie to pewien rodzaj terapii, który mam nadzieję pomoże jakoś oswoić się z tą sytuacją. Nie zagoi ran i nie pozlepia rozsypanego serca, ale może pozwoli jakoś poukładać ten nowy świat. 
Chciałabym też jakoś, nie wiem jak, bo to przecież niemożliwe, się pożegnać. Powiedzieć, jak bardzo jestem z Niej dumna, że tak silnie i wytrwale walczyła do końca; jak wiele radości i wspaniałych chwil dała mi w życiu; jak bardzo za nią tęsknię i tęsknić będę do końca swych dni; jaką wspaniałą była Babcią i człowiekiem; jak bardzo ją kocham i kochać będę... Dlaczego nigdy nie powiedziałam Jej tego wszystkiego wprost? Wiem, że to wiedziała, ale zawsze to co innego wiedzieć, a usłyszeć.
Mam nadzieję, że kiedyś, gdzieś w innym wymiarze będę jeszcze miała okazje nadrobić te zaległości, bo tak naprawdę, nawet dziś przy jej łóżku, nie powiedziałam <żegnaj>, a <do zobaczenia Babciu>. Bo czymże byłoby nasze życie, gdyby tak nagle i bezsensownie miało kończyć się tutaj na Ziemi.
Dlatego wierzę w to mocno, że przyjdzie czas naszego ponownego spotkania; że poznasz moją córkę i będziemy mogły razem pójść w jakimś nieznanym kierunku...
A tymczasem pozostaje mi morze łez i rozpadnięte na kawałeczki serce... i znalezienie sposobu, jak żyć, bez Ciebie...


"Spieszmy się kochać ludzi, 
bo tak szybko odchodzą"
Jan Twardowski





1 komentarz:

  1. 3maj się dzielnie, Dario... piszę to po raz drugi na Twoim blogu... Bardzo mi przykro... dzisiejsza pogoda jakby wczuwała się w Twoje samopoczucie i opłakuje babcię...Dodam jeszcze, że za każdym razem, gdy słyszę, że ktoś przegrał walkę z rakiem, odbieram to jako podwójny cios, bo sama mam walkę z tą chorobą za sobą i cały czas mam nadzieję, że coraz mniej ludzi będzie z tego powodu odchodzić... Szkoda, że Twoja babcia nie doczekała prawnuczki... Moja babcia właśnie skończyła 95 lat, a w drodze jest trzeci praprawnuk... Jest już coraz słabsza, ale zachowuje świadomość i nawet trzymają się jej żarty...

    OdpowiedzUsuń

TOP