kwietnia 04, 2015

Zające, jajka i egzystencjalne świąteczne postulaty


Teoretycznie świąt tych obchodzić nie powinnam, bo przecież z kościołem się nie utożsamiam, a zbrodnia to jest wielka, w czasie, gdy świętują inni miło z rodzinką spędzać czas. To nic, że tak naprawdę osób, które obchodzą te święta, tak jak powinni i praktykują swą wiarę na co dzień jest może z 30%, ale zbyt konfliktowe są to tematy na dziś.
Ciekawa jest to swoja drogą zależność, że gdy robi się to co robią tłumy, nawet jeśli nie jest to dobre, to jest w porządku, a gdy choć odrobinę z tego tłumu się wychylamy, zawsze znajdzie się grono specjalistów, którzy chcą naprawiać nasze życie... naszą dietę, poczynania moralne, wychowanie dzieci, spanie z psem z łóżku i wiele by tu jeszcze wymieniać. Ale nie o tym dzisiaj...
Jak każde święta w tym kraju, tak i te łączą się, a w zasadzie opierają na komercji - żeby mieć dużo, żeby mieć bogato, żeby mieć... Od tego może zacznę krótką listę moich świątecznych postulatów.


# MIEĆ albo nie mieć...

Życie to ciągły wyścig szczurów, w którym zatraciliśmy swoje człowieczeństwo, na rzecz posiadania. I jest to posiadanie kierujące się zasadą: "kupować za pieniądze, których nie mamy, rzeczy, których nie potrzebujemy, by zaimponować ludziom, których nie lubimy". Och, ile w tym wszystkim prawdy... Zasadnicze pytanie, które się nasuwa to <po co?> Po co nam to wszystko? te kilogramy mięsa, pięć rodzajów ciast, trzysta rolad, sto kotletów i tysiąc klusek? z których ponad połowa i tak wyląduje w koszu. Niby chodzi o wspólne biesiadowanie, spędzanie czasu z rodziną, stworzenie świątecznej atmosfery... Spędzamy godziny w kuchni, bierzemy urlop, w którym umieramy z przemęczenia, albo od razu z pracy wpadamy do kuchni, gdzie zasypiamy nad garnkiem z burakami. Jesteśmy źli na siebie, że tyle to trwa (a już nie daj boże, żeby coś nie wyszło), jesteśmy źli na męża, że nam nie pomaga, bo sam pada już na pysk, wypychamy czym prędzej dziecko z koszykiem do kościoła, bo przecież pokarmy trzeba poświęcić... I gdzie w tym wszystkim świętowanie? Gdzie sens i logika w tym wszystkim?
Nie wiem, i im bardziej się nad tym wszystkim zastanawiałam, przez lata moich obserwacji Kościoła i świąt religijnych, tym bardziej oddalałam się od tradycji chrześcijańskiej, by znaleźć paradoksalnie większy kontakt z bogiem, absolutem, antymaterią, czy jak tam TO w co większość wierzy nazwiemy. Przygotowuję jedzenie, takie jakie lubimy najbardziej, w ilości pozwalającej nasycić się przez święta i nie musieć nic robić w kuchni; czas spędzam na spokojnie z rodziną, może jakiś spacer, może wycieczka w góry, a może błogie lenistwo na kanapie z filmem, książką, czy przy stole z planszówką. Święta to jedyne wolne dni, w które naprawdę nie mam chęci, ani siły zarzynać się dla wyższej idei i mogę choć na moment zatrzymać się i odciąć od komercyjnej codzienności. 
Postulat mój jest więc następujący: zatrzymajcie się choć na chwilę, wyłączcie się na te kilka dni z obowiązków, oczekiwań innych wobec nas i nas wobec innych, nie spędzajcie całej soboty w sklepie, polując na ostatni słoik chrzanu, tylko zastanówcie się poco w zasadzie to wszystko, jakie jest nasze miejsce na tym świecie i zróbcie coś dobrego dla siebie i świata - myślę, że bóg, jeśli istnieje, doceni to bardziej niż te ogólnoprzyjęte szaleństwa... 

# PĘKAJĄCE BRZUCHY

Nie wiem, czy jest to domena naszego społeczeństwa, czy pokolenia naszych rodziców, ale każde święta wiążą się u nas z, nazwanym po imieniu, obżarstwem. Szpitalne Izby Przyjęć pękają w te dni w szwach i główną przyczyną tych wizyt, jest właśnie wchłanianie takiej ilości pokarmów, że nasze organizmy tego nie wytrzymują! Ludzie! Co jest z Wami?! To nie czasy, że tylko na święta udało się zdobyć coś pysznego i nie można się było oprzeć - to jedzenie jest w sklepach cały czas! Piątek, świątek, czy niedziela, jak Ci się zachce schabu, idziesz, kupujesz i masz.
Zostałam, wychowana w rodzinie, gdzie zawsze było co jeść, moja mama pysznie gotuje i piecze genialne ciasta, ale jedliśmy po to, żeby żyć, a nie odwrotnie. Nie jadało się u nas dwóch dań na obiad, jak obiadu nie było, bo nikomu nie chciało się robić i zjadło się jajecznicę, albo kanapkę, nic się stało; często jadaliśmy też poza domem. Kiedy wyprowadziłam się z domu razem z A jego rodzice niemal codziennie przywozili nam jedzenie w słoiku, a codziennie dzwonili zapytać, co żeśmy jedli. Rozumiem, że każdy ma swój sposób na życie, ale dla mnie ten patos jedzenia był po prostu nie zrozumiały. Doceniałam i doceniam tą troskę, ale jeśli człowiek jest głodny to po prostu je, jeśli odmawia, nie tłumacząc się dlaczego, uszanujmy to i nie wciskajmy w niego na siłę. Myślę, że te problemy świąteczne wynikają właśnie z tego - nie potrafimy być asertywni. Uważamy, że odmówienie zaproszenia, albo poczęstowania się czymś, po słowach "a tyle czasu spędziłam w kuchni" jest nie na miejscu. Wydaje nam się, że zrobimy komuś przykrość, bo w takiej kulturze nas wychowano, ale nikt nie bierze pod uwagę tego, że później nam będzie przykro, kiedy resztę świąt spędzimy z bolącym brzuchem w łóżku...
Postulat: bądźmy asertywni; nie objadajmy się na tydzień do przodu, bo więcej  z tego nieszczęścia przyjdzie niż radości; uczmy nasze dzieci, że święta to nie tylko jedzenie i telewizor, ale przede wszystkim rodzina i wspólne spędzanie czasu ;)

# OKNA

Okna są dla mnie osobiście najzabawniejszym elementem świąt, zarówno wielkanocnych, jak i bożonarodzeniowych. W internecie krąży na ten temat już wiele memów, więc chyba to nie tylko moje spostrzeżenie. O co w zasadzie z tymi oknami chodzi? Czy święta to po prostu dobry pretekst, bo normalnie nam się nie chce, czy przeżycie świąt z nieumytymi oknami jest z zasady niemożliwe? Mieszkałam w domu, gdzie mycie okien było koszmarem, bo było ich ponad 30! To była masakra! Przeprowadziliśmy się do domu z bloku, gdzie patos świątecznego mycia okien był praktykowany i to samo próbowano wprowadzić i w domu - przetrwało to kilka lat i w momencie, kiedy każde święta kojarzyły się z okiennym koszmarem stwierdzono wspólnie, że jak nam się będzie chciało to umyjemy, a jak nie to nie. Cudowne rozwiązanie :)
Postulat jest więc oczywisty: święta z brudnymi oknami się odbędą; świat z powodu ich nie umycia się nie zawali (co najwyżej wścibskie sąsiadki nas obgadają, ale kto by się tam przejmował); odpuście więc sobie drogie kobiałki - i tak już macie zapieprz niezły przed tymi świętami, więc jak umyjecie je za dwa tygodnie, uwierzcie mi, że brew pozorom, świat będzie piękniejszy...

# JAJKO

Jajko to symbol Wielkanocy, na którym producenci zbijają w tym okresie fortunę. Jajko, to również produkt pochodzenia zwierzęcego, dlatego bardzo ważne jest, by wybierać go świadomie. Od dwóch lat Otwarte Klatki organizują akcję Jak one to znoszą?, która ma celu pokazanie ludziom, jakie jajka kupować, żeby jak najmniej szkodzić kurom. Poniżej krótka instrukcja jak "czytać" jajka...


Najbardziej optymalnym wyborem jest oczywiście "0" lub "1". Parę lat temu znalezienie takich jajek w sklepach niemal graniczyło z cudem, teraz jest ich czasem nawet więcej niż pozostałych, czyli tzw. "trójek". Produkcja tych jaj, czyli chów klatkowy to najgorsza rzecz, jaka może spotkać kurę nioskę. Nie będę tutaj opisywać, jak to wygląda, ponieważ są to rzeczy straszne i uwłaczające naszemu człowieczeństwu, ale kto nie wie, zachęcam do zapoznania się z materiałem np. tu http://jakonetoznosza.pl/. Jajka "0" lub "1" są droższe od tych "najzwyklejszych", ale nie jest to jakaś ogromna różnica - różnica jest w tym, że kupując takie jajka, po pierwsze, nie przykładasz się do cierpienia zwierząt, a po drugie, dostajesz dużo lepsze gatunkowo i zdrowotnie jajko.
Postulat: NIE KUPUJCIE jajek "trójek"!

# ZAJĄC

Zając, jak i jajko symbolem świąt jest - na szczęście się go nie jada, natomiast często (króliki) bywają prezentem zajączkowym dla dzieci. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie aż nad to oczywisty fakt, że za miesiąc bądź dwa królik się znudzi i pojawia się problem, co tu z królikiem zrobić? Oddać komuś? a może się nie zajmować i sam zdechnie? albo wypuścić, przecież ciepło się robi to sobie pohasa? W takich sytuacjach nasuwa mi się na język litania, której przyzwoitość nakazuje mi tutaj nie zamieszczać! Ograniczę się więc do oczywistości w jednym zdaniu, które dla niektórych są zbyt odległe intelektualnie: królik to nie zabawka, a żywe stworzenie! 
Postulat: NIE KUPUJ DZIECKU KRÓLIKA!

Takie oto egzystencjalne postulaty mi się w głowie narodziły - notabene, między czekaniem na ścięcie się galaretki i robieniem zdjęć do jutrzejszego przepisu :) Bo będzie, pierwszy mój, a za nim dwa następne:
- bomba owocowa - przepysznie kolorowe ciasto owocowe z galaretką
- paszteciki cukiniowe - coś w czym się zakochałam i zawsze je robię na święta
- sałatka wiosenna - zielono, czerwono, serowa ;)
Mało tradycyjnie, ale za to lekko i pysznie. Ale to jutro... tymczasem, życzę wytrwałości w przygotowaniach i mam nadzieję, że postulaty, moje osobiste, dadzą Wam choć ociupinkę do myślenia, bo odkąd je stosuję jestem szczęśliwszym człowiekiem :D



1 komentarz:

  1. Dario, jakże bliska mi jesteś w tym świątecznym poście... Muszę się przyznać, że w tym roku kontynuuję zwyczaj z roku poprzedniego i nie umyłam okien na święta. Trochę dlatego, że nie mogłam, trochę dlatego, że pogoda mi nie sprzyjała, i trochę dlatego, że mama mi powiedziała: a co się stanie, jak nie umyjesz okien? Choć ona sama umyła ;-) Inna sprawa, że moje okna proszą się o umycie, więc w najbliższym dogodnym terminie to zrobię, ale to dla siebie, bo lubię mieć czysto, a nie dla świata, sąsiadek i świąt... bo dla mnie święta to w sumie czas, kiedy idziemy z Januszem na obiad czy śniadanie do rodziny, ale nie przeżywamy tego w inny sposób, bo nie chodzimy do kościoła. A co do pękających brzuchów... tu jestem bardzo asertywna, po mojej chorobie mam tak, że nie mogę od razu zjeść dużo, więc nie grozi mi przejedzenie, więc jeśli tylko moja teściowa chce mi wcisnąć więcej jedzenia, kategorycznie jej odmawiam. Jem tyle, ile mogę, i nie chodzi tu o jakieś anorektyczne zapędy, po prostu wiem, ile chcę zjeść i koniec. Zresztą jak potem słucham, że ktoś jest za gruby... to mam ochotę mu powiedzieć: to po co tyle jesz na tym wielkim talerzu? Bo moja teściowa ma takie ogromne talerze, w zasadzie półmiski, i uważa, że powinny być one pełne... Nie mam nic do tego, kto ile je i jak wygląda. Ale nie mam też ochoty słuchać komentarzy, że ktoś jest taki, siaki i owaki, a ja... ja to jestem chuda... Won ode mnie ;-) A, i jeszcze jajka, prawie przez całe życie mieliśmy jajka od babci, która mieszka na wsi i traktuje swoje kury dobrze. One potem, co prawda, są zjadane, bo moja babcia m.in. po to je hoduje. Ale to już inny temat, z babci raczej wege nie zrobimy ;-)
    Dobra, trochę się rozpisałam, kończę więc i życzę miłego czasu świątecznego, a dla tych, dla których to ważne, niech święta mają większy, duchowy sens, bo to najważniejsze święta dla katolików!

    OdpowiedzUsuń

TOP