marca 23, 2015

PODróżnie, czyli co w tym Karpaczu piszczy


Za nic w świecie przypomnieć sobie nie mogę, czy kiedykolwiek w Karpaczu byłam, więc całkiem możliwe, że nie. Dolny Śląsk uwielbiam, począwszy od Wrocławia, który jest jedynym z dużych miast po Trójmieście, w którym mogłabym zamieszkać, przez okolice Kotliny Kłodzkiej, Wałbrzycha, Paczkowa, po Karkonoski Park Narodowy i Sudety. Uwielbiam te miejsca przez ich krajobrazy, klimat i magię, która gdzieś tam drzemie. Na tych ziemiach rozgrywała się też akcja Trylogii Husyckiej Sapkowskiego, do której mam wyjątkowo duży sentyment sięgający jeszcze czasów studiów...

Po samym Dolnym Śląsku można jeździć tygodniami i cały czas mieć coś ciekawego do zobaczenia, czy zrobienia, Ale co robić w samym Karpaczu i okolicach? Na dodatek w ciąży i z psem. Jak pisałam już otóż wcześniej ciąża wygenerowała u mnie chęć pojechania do hotelu z basenem i wanną w pokoju z możliwością zabrania z sobą czworonoga, które to warunki zostały spełnione i tym samym z dużą satysfakcją mogę polecić hotel Mercure, gdzie w niedzielę napotkaliśmy trzy psy chadzające po korytarzach plus jednego pozostawionego w pokoju i niemiłosiernie uzewnętrzniającego werbalnie swoje niezadowolenie. Jeśli chodzi o oczekiwania człowiecze również spełnione - komfort bardzo przyzwoity, śniadanka ogromne i obfite z widokiem na Śnieżkę i obsługa, aż zbyt miła.
Ze spędzeniem czasu wolnego z czworonogiem było już gorzej - wiadomo do muzeum, na wystawę, czy do tym podobnych miejsc psa nie weźmiemy, więc jedyne o co pokusiliśmy się to Sztolnie Kowary, które pozwoliły Gackowi na relaksujący wypoczynek w ciążowym rogalu na hotelowym łóżku. 



Chcąc pobyć odrobinę z matką naturą i wybrać się w góry już wsiadając w samochód nabierałam obaw, czy aby znacząca nazwa Karkonoski PARK NARODOWY nie będzie wiązać się dla nas z utrudnieniami i oczywiście się nie pomyliłam. Również i o tym wspomniałam, ale "rzecz jasna" (nie dla mnie oczywiście) z psami do parku nie wolno, na Śnieżkę tym bardziej. Tym oto sposobem opuściliśmy granice kraju, tudzież polskiego parku narodowego i udaliśmy się 45 minut drogi od Karpacza do Pecu pod Śnieżkou w Czechach. W tymże uroczym, pogierkowskim miasteczku, znajduje się gondolowa kolej linowa na sam szczyt Śnieżki - rozwiązanie dla ciężarnej i buldoga, idealne, zważywszy na fakt, że oczywiście z psami można. Koszt wjazdu dla dwóch osób w obie strony (pies bezpłatnie) wyniosła nas ok. 120 zł, ale zdecydowanie było warto. Można płacić złotówkami, niestety nie można kartą, więc trzeba mieć gotówkę w portfelu (co niestety u nas jest dość rzadkim zjawiskiem). I tym o to sposobem znaleźliśmy się na Śnieżce, na której widoki, przy błękitnym klarownym niebie i cudownym słonku były niesamowite...








Wypad był udany, relaksujący i energetyzujący - zdecydowanie naładowało nam to baterie na kolejny miesiąc pracy :) choć Gacosław po przybyciu do hotelu zapadł w sen trwający do rana... Oczywiście nie obyło się bez absurdów. Na rzeczonej Śnieżce, na którą wjechaliśmy za pozwoleniem i akceptacją narodu czeskiego z psem, czynna jest restauracja prowadzona już przez obywateli narodu polskiego, i która przywitała nas tabliczką ZAKAZ WEJŚCIA Z PSEM. Kiedy po przeczytaniu owej tabliczki zrobiliśmy w tył zwrot na zewnątrz, a wraz z nami dwie inne rodziny również z psami - łaskawie pozwolono nam wejść. Brak mi słów, by komentować takie rzeczy... W zasadzie to nie dziwię się, że pozwolono nam wejść, ponieważ za kwaśnicę, miseczkę łazanek, herbatę i piwo zapłaciliśmy ponad 50 zł!
Niestety czasu nie mieliśmy na zwiedzenie wszystkiego, a w planie dnia był również błogi wypoczynek na basenie, z książką lub pospolitym nic nie robieniem, na dzień następny wybrałam Kowary - intrygująca miejscowość, w której wyjątkowo wiele było atrakcji turystycznych. Intrygująca była im bardziej się w nią zagłębialiśmy - wiele widziałam biednych mieścin w Polsce, ale ta przeszła sama siebie. Widać, że kiedyś była to nawet bogata miejscowość - przecież w pobliskich górach wydobywano kamienie szlachetne, ozdobne, a nawet uran, co w latach 50.-60. było zdecydowanie rentowną działalnością. Jednak w momencie, kiedy te kopalnie pozamykano z bogatego miasteczka, przez całe dekady zaczęła się robić wyjątkowo uboga wieś. Piękne, co niektóre kamienice, w stanie wołającym o pomstę do nieba, zawalone budynki, chłopi na ławkach przez swoimi chałupami i cyganie w obskurnych kamienicach... A na przedmieściach, nie wiadomo nawet czy czynna, fabryka dywanów z piękną, pokryta patyną czasu mozaiką na frontowej ścianie. Gdzie te atrakcję? myślę sobie, i druga myśl, która mnie naszła: z czego Ci ludzie tutaj żyją? przecież tu nie ma nic! ani zakładów pracy, ani gospodarstw, ani turystów; szybko otrzymałam odpowiedź: z twoich ZUSów! no tak, też prawda.
W owych Kowarach znajduje się zabytkowa kopalnia, piękny ratusz, Dom Kata i park miniatur, do którego udało nam się również dotrzeć. Od dziecka uwielbiam miniatury, makiety, kolejki pociągów. Dla wielu parki miniatur to kiczowata atrakcja, ale nawet sobie nie zdają sprawy ile czasu, energii, precyzji i umiejętności wkładają ci ludzie, którzy te makiety tworzą. Odwzorowują je niemal ze 100% zgodnością z oryginałem. Na park miniatur i zdjęcia poświęcę osobnego posta, ponieważ wlazłam z aparatem niemal w każdą makietę, szukając odpowiedniego kadru i tak masakrycznie mnie to zmęczyło, że muszę temu poświęcić więcej czasu. Tymczasem jedno zdjęcie, które musiałam zrobić, ponieważ nie często spotyka się takie tabliczki:


Nic dodać nic ująć, dlatego zdecydowanie polecam do odwiedzenia Parku Miniatur Dolnego Śląska w Kowarach.
Przewodnik zachęcił mnie również do odwiedzenia Kruczych Skał w Karpaczu - jak się okazało znajdowały się parę set metrów od naszego hotelu i zdecydowanie jest to niezwykle urokliwe i magiczne miejsce. Mała rzeczka w dole, a nieco w górze piękne majestatyczne skały. Można się tam poczuć jak w baśni lub powieści fantasy - niestety żadnego z magicznych stworzeń nie udało spotkać :(








I niestety tylko tyle mieliśmy okazję zobaczyć, by poczuć magię Karpacza i okolic - czuję niedosyt pod dwoma względami: 1) przejeżdżając przez Karpacz Górny zauważyłam stary opuszczony hotel - uwielbiam takie miejsca i bardzo żałuję, że nie udało nam się do niego dostać; 2) Karkonoskie Tajemnice - muzeum, wystawa, czy ciężko nazwać co tam - marketingowo mnie kupili, jednak nie mieliśmy już czasu, żeby się tam udać. Mamy więc powód do powrotu :) zawsze lubię takie małe szczególiki zostawić się na ewentualność powrotu w dane miejsce.

Jeśli mogłabym wystawić jakąś ocenę - choć w zasadzie nie wiem po co - to Karpacz, a bardziej Karkonosze, Sudety i Dolny Śląsk to zdecydowanie miejsca warte odwiedzenia, ponieważ jest tu po prostu pięknie. Zawiodłam na się przede wszystkim na gastronomi: po pierwsze zjeść coś w tym mieście poza sezonem w godzinach wieczornych graniczy z cudem. Zaraz przy małym rondku obok głównego deptaka znajduje się restauracja Astoria, gdzie mają dobre jedzonko, przystępne ceny, płatność kartą i akceptują zwierzęta. Polecam, mimo że wystrój bardzo babciny, a w sobotę przy pełnej restauracji postanowili kuć dziury w ścianach wiertarką udarową. Nie można mieć wszystkiego, ale przynajmniej była otwarta. Najbardziej przerażający był dla mnie fakt, że w ciągu dnia, kiedy coś było otwarte, przeszliśmy 10 restauracji i w żadnej nie można płacić kartą! A w Karpaczu znajduje się jeden jedyny bankomat, jakieś 3 km od centrum! To była dla mnie totalna paranoja! Żyjemy w XXI wieku - przywykłam już do tego, że wszędzie jem pierogi ruskie, albo frytki, ponieważ słowa wegetariański to w takich miejscowościach nie znają, ale żeby nie można było płacić kartą! To już jest absurd. Nie wiem, czy właściciele zdają sobie sprawę ile na tym tracą. W naszej restauracji płatności kartą stanowią 70% całego dochodu - gdyby nie ta możliwość poszlibyśmy z torbami i stracili połowę klientów.
Przeżywałam te sytuację chyba przez pół dnia i dalej jak o tym pomyślę jest to dla totalnie niezrozumiałe. Ale poza takimi szczegółami i paroma absurdami zwierzęcymi wyjazd uznajemy za udany - z zasady jesteśmy mało wymagającymi i narzekającymi turystami, więc jeśli już mówimy, ze coś jest nie tak, to faktycznie musiało tak być. Jednak w odbiorze ogólnym - Dolny Śląsk jest piękny, więc korzystajcie z jego uroków, da się podróżować po nim ze zwierzakiem, choć wymaga go odrobiny kreatywności i jak z każdego miejsca wyjechaliśmy z uśmiechami na twarzach, dziękując, że mieliśmy w ogóle sposobność, żeby wyrwać się z domu :)




5 komentarzy:

  1. Twoj wpis przekonuje do odwiedzenia urokliwego miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę, byłam na Śnieżce i nie pamiętam, żebym widziała tam kolejkę... jedyne, co mam na swoje wytłumaczenie to to, że była potworna mgła... Zapytałam mojego współtowarzysza wyprawy, czy wie, że na Śnieżkę można wjechać kolejką, a on na to: No co ty, nie mów, że nie zauważyłaś... No więc nie zauważyłam... W samym Karpaczu byłam tylko przelotem, noclegowałam się w Szklarskiej Porębie, która czasy swojej świetności ma już za sobą... Z jedzeniem też było kiepsko, mam na myśli głównie śniadania, które można było spożyć od 10.00, co - jeśli chciało się wyjść w góry, a nie miało się noclegu z wyżywieniem - było zdecydowanie za późno... A w jednej z restauracji w menu była pozycja w kategorii Dania wegetariańskie: Pierogi z kapustą i grzybami ze skwarkami ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. No powiem Ci, ze trzeba tak trochę specjalnie zleć w dół, żeby zobaczyć kolejkę, także nie jest z Tobą tak źle ;) a gastronomią jestem z lekka załamana, bo jednak nigdy na aż takie problemy się nie natknęłam :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy coś się zmieniło od 2014 roku??? Od kiedy do Karkonoskiego Parku Narodowego nie można wejść z psem? Byliśmy w zeszłym roku i wjechaliśmy z naszym buldożkiem kolejką krzesełkową na Kopę. Dlaczego piszesz, że na teren Parku nie wolno z psami? Poza tym fajny wpis i super pomysł na wjazd gondolką :) Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety w regulaminie parku widniała wyraźna informacja, że z psem nie można. Nie podejmowaliśmy prób, by bezproduktywnie tego czasu nie spędzić i wybraliśmy stronę naszych sąsiadów. Może Wam się udało, a może coś się zmieniło... W zasadzie to już mnie takie rzeczy nie dziwią, ale zawsze wyprowadzają z równowagi, zwłaszcza w sytuacji, kiedy w kasie kolejki w Parku Śląskim pani mi mówi, że pies nasika i - za przeproszeniem - nasra w gondolce! No szlag mnie jasny trafia!
      A na kolejce krzesełkowej to nasz by dostał zawału na miejscu i najprawdopodobniej skoczył ;)

      Usuń

TOP